Czytaj dalej

Czytelnia Krytyki Politycznej (4)

Oates, Tkaczyszyn-Dycki, Grossman – w Czytelni KP co miesiąc piszemy o książkach, które czytamy. O tych, które chcemy polecić lub przed którymi chcemy ostrzec.

Manuel Arriaga, Rebooting Democracy, Thistle Publishing 2014

Czy nie macie czasem wrażenia, że coś jest nie tak ze współczesną demokracją? Że politycy utworzyli co na kształt kasty, która ponad głowami obywateli podejmuje decyzje, które często rozmijają się z oczekiwaniami społeczeństwa? Dlaczego tak się dzieje? Manuel Arriaga odpowiada na to pytanie w przystępny sposób, tłumaczy punkt po punkcie, jak to jest możliwe, że wybrani w wolnych wyborach politycy nie reprezentują czasem swoich wyborców. To jednak tylko początek książki. O tym, że mamy problem z demokracją, wiadomo nie od dziś i jej usprawnienie to jeden z priorytetów zarówno dla Indignados w Hiszpanii, jak i dla ruchu Occupy w Stanach Zjednoczonych. Najistotniejsze pytanie brzmi jednak – jak to naprawić? Co zrobić, by demokracja zaczęła funkcjonować lepiej?

I tu mamy przegląd konkretnych rozwiązań z różnych części świata, od panelu obywatelskiego w Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie, poprzez głosowanie preferencyjne w Irlandii, aż po zasady finansowania kampanii wyborczych we Francji. Jestem zachwycony tym, że autor docenia wartość deliberacji. Znalazłem w tej krótkiej książce kwestie, o których nie pomyślałem wcześniej, choć interesuję się tematem demokracji od dość dawna. Szczególnie trafił do mnie pomysł, że z budżetu państwa mogą być finansowane kampanie wyborcze wszystkich zarejestrowanych komitetów, a nie tylko partii politycznych. No tak, rzeczywiście. Dlaczego nie mielibyśmy tak mieć w Polsce?

Marcin Gerwin, Sopocka Inicjatywa Rozwojowa


***

Armen Avanessian, Robin Mackay (red.), #ACCELERATE, Urbanomic/Merve Verlag 2014

Żeby porządek kapitalistyczny doczekał się należnego i rychłego końca, należy przyspieszyć jego bieg – ze wszystkimi alienującymi, globalizującymi i destrukcyjnymi dla tradycyjnych porządków konsekwencjami. Tylko wtedy rewolucyjny, cyborgiczny, niepozbawiony jeszcze przyszłości polityczny podmiot dzisiejszych czasów – usieciowiony, cyfrowo biegły i sproletaryzowany moloch pracownic i pracowników umysłowych, wykorzysta swój potencjał do buntu. Tak w największym skrócie brzmi przesłanie akceleracjonizmu – lewicowej herezji, której korzenie sięgają rewolty 1968, ale wybrzmiewającej naprawdę głośno dziś, w dobie internetowego przyspieszenia.

Na pierwszy rzut oka, czyli przy lekturze Manifesto for Accelerationist Politics (ze zrozumiałych względów będącego osią książki), to wszystko to próżny bełkot i wygodna akceptacja bieżących przywilejów wypracowanych przez kapitalizm. Gdy jednak zastanowić się nad akceleracjonizmem chwilę dłużej, okaże się, że to jedyny być może nurt, który pozwala prowokująco i w niepozbawiony treści sposób postawić problem lewicy i technologii. Krytycznie przyjrzeć się kaskadzie cyfrowych utopii i dystopii i zapytać, czy współcześnie możliwa jest lewica, która ma swoją nowoczesność.

I temu własnie służy #ACCELERATE, najszersze ujęcie tego nurtu, od Marksa i Veblena po EgdeRank i Avatara.

Jakub Dymek, Dziennik Opinii


***

Samuel Beckett, Czekając na Godota, Państwowy Instytut Wydawniczy 1994

Wedle okładki – jeden z najwybitniejszych dwudziestowiecznych dramatów. Cóż począć – wypadałoby przeczytać, w końcu klasykę trzeba znać, czyż nie?

Pierwsze kilkanaście stron wywołało u mnie jednak poczucie dysonansu. Jak to, to – najwybitniejszym dramatem? Według kogo? Przecież tu się nic nie dzieje, a w ogóle to jakieś dziwadło. Pewnie według kolejnych „krytyków”, co to film o zbieraczach ziemniaków z Pakistanu uważają za lepszy od wszystkiego, co przeciętny Kowalski jest w stanie obejrzeć do końca.

Nie wiem, gdzie nastąpił przełom. Chyba gdzieś w okolicy początku Aktu II. Wtedy stopniowo z „dramatu o dwóch patałachach, co to nie wiadomo czemu stoją codziennie pod drzewem i na coś czekają, prowadząc absurdalne dialogi”, wyłania się coś więcej. Sęk w tym, że nie wiem do końca co – i clue sprawy tkwi bodaj w tym, że dla każdego będzie to coś innego.

Nagle sceny, samodzielnie bez sensu, nabierają go w zestawieniu z poprzednim dniem. Postaci, wcześniej po prostu paplające nieskładne zdania, wyrażają w ten sposób nieskładnie to, co tak naprawdę wiemy o naszym życiu i świecie. A że wiemy niewiele, przypomina to „nieco” bełkot.

Jestem pewien, że nie wychwyciłem u Becketta wszystkiego, co wychwycić się dało – nie zmienia to jednak faktu, że jest to jedna z tych książek, które faktycznie każą mierzyć się nam z własną egzystencją. I szukać trzeciego i czwartego dna.

Po prostu robi wrażenie.

Szymon Pytlik, Klub Krytyki Politycznej w Opolu


***

Egon Bondy, Szaman, przeł. Arkadiusz Wierzba, wyd. Ha!Art 2012

Prehistoryczna komuna, w której żyje starzejący się szaman, to oczywiste odniesienie do ówczesnej Czechosłowacji po stłumieniu praskiej wiosny (Šaman ukazał się w 1972 roku). Siermiężna rzeczywistość i surowy krajobraz opisywanego obozu przypomina ulice jakiegoś małego czeskiego miasteczka przy granicy z Polską, gdzie mogły przejechać się czołgi, zostawiając ślad przede wszystkim w głowach mieszkańców. Ludzie myślą tylko o tym, jak przetrwać, a mimo to kultywują stare, zakazane przez Urząd Bezpieczeństwa obrządki, dające im poczucie jedności i oczywistą satysfakcję seksualną, także zabronioną przez polityczną biowładzę.

Gdyby jednak Bondy stworzył Szamana wyłącznie jako powieść paraboliczną, moglibyśmy sobie odpuścić lekturę i potraktować ją jako historyczną ciekawostkę, antyutopię ważną dla uczestników tamtych wydarzeń, nic więcej. Siła książki tkwi zupełnie gdzie indziej: w filozoficznym rozmachu nadanym osobie Szamana, Kukułki i instytucji Urzędu Bezpieczeństwa (Wielkiego Szamana, Wielkiego Naczelnika), przedstawionym w ich relacjach oraz punktach wspólnych.

Dzięki temu proste przełożenie obozowiska na ówczesną Czechosłowację staje się banalne i zgoła zgubne dla dzisiejszej interpretacji dzieła. Po przeczytaniu zróbmy sobie małą zabawę intelektualną: która instytucja w miejsce Urzędu Bezpieczeństwa dba o naszą seksualność? Który szaman czuwa nad naszymi potrzebami duchowymi, zaspokajając tym samym swoje potrzeby materialne? Jaka ideologia każe traktować się jako naturalną i wręcz odruchową? I czy Polskę stać na własnego Szamana?

Marcin Sierszyński, Klub Krytyki Politycznej we Wrocławiu


***

Michael Crummey, Pobojowisko, przeł. Michał Alenowicz, Wiatr od morza 2014

Tego nowofudlandzkiego pisarza poznaliśmy w zeszłym roku dzięki świetnej powieści Dostatek. Teraz przyszła kolej na następną jego książkę i powrót na te same tereny. I znów jest to smaczny kąsek dla miłośników „prawdziwej powieści”, tym razem opartej na schemacie romansu.

W małej nadmorskiej osadzie w 1940 spotyka się para młodych ludzi, nastolatków. Pojawia się i miłość – taka jedna, jedyna na całe życie? To jest pytanie, a nie odpowiedź, bo Crummey jest zbyt dobrym pisarzem, żeby nie podrążyć pod podszewką tego mitu. Ona jest protestantką, on katolikiem, czego nie może zaakceptować jej rodzina. Po krótkim i nieskonsumowanym romansie musi uciekać z wyspy jako morderca i złodziej. Zaciąga się do armii, a potem, nie oddając ani jednego wystrzału, trafia do obozu jenieckiego pod Nagasaki. Ona ucieka z domu w jego rodzinne strony i postanawia na niego czekać. Zajmie nam trochę czasu, żeby dowiedzieć się, czy się doczeka, kiedy i co z tego wyniknie. Powieść kończy się w roku 1994. A tło obyczajowe i historyczne jest równie ciekawe jak losy bohaterów.

O różne perturbacje, zło i nieszczęścia w tym kontekście łatwo oskarżać rozmaite siły zewnętrzne – religijne uprzedzenia, okrucieństwa wojny. Jednak autor sięga głębiej, pytając też o odpowiedzialność jednostkową. Opowieść o „ludziach sobie przeznaczonych” okazuje się bardziej skomplikowana, niż mogło nam się wydawać.

Kinga Dunin, Dziennik Opinii

***

Jenny Diski, Lata sześćdziesiąte, przeł. Maciej Płaza, Officyna 2013

W swojej krótkiej, osobistej i angażującej książeczce-pamiętniku i teoretycznej rozprawce o kontrkulturze w jednym Jenny Diski stawia tezę, która zostaje w pamięci na długo. Taką mianowicie, że cała kontestacja pamiętnej dekady hipisów, wolnej miłości i dragów tak naprawdę nie tylko nie podważyła reguł panującego systemu, ale ugruntowała pole pod thatcheryzm i tryumf wolnorynkowego fundamentalizmu. To, co stało się w dekadzie między 1975 a 1985 rokiem, nie było nawet kontrrewolucją czy konserwatywnym backlashem, pisze Diski, a jedynie dojrzałą kontynuacją samolubnego, antyinstytucjonalnego i nastawionego na doraźne, antysystemowe działania buntu z dekady poprzedniej.

I choć to nie pierwsze ujęcie problemów kontrkultury w krytyczny i odrobinę rozczarowany sposób (w Polsce robiła to na przykład Anna Nacher), to osobista i jednocześnie daleka od mitologizacji narracja prowadzona przez Diski czyni te spostrzeżenia jeszcze bardziej gorzkimi. Bo jeśli nie udało się zaszkodzić instytucjonalnej edukacji, kapitalizmowi, państwu w czasach największej pokoleniowej rewolty XX wieku, to kiedy jeszcze może się udać?

Jakub Dymek, Dziennik Opinii

***

Wasilij Grossman, Wszystko płynie, przeł. Wiera Bieńkowska, Wydawnictwo W.A.B. 2010

Antysemickie nagonki, czystki lat 30., Wielki Głód na Ukrainie. Wszystkie te epizody z dziejów ZSRR, a także historię gułagów i pierwszych lat po tajnym referacie Chruszczowa mieszczą karty niewielkiej jak na ciężar tylu tematów narracji. Rozstrzelani, zmarli w tajdze, zagłodzeni na śmierć w trakcie „rozkułaczania” wsi – milionowe ludzkie straty z cynicznego zdania Stalina o statystyce zyskują tu imiona, twarze i myśli.

Ludzkie losy na tle wydarzeń historycznych to oczywiście jedna z najpopularniejszych konwencji literackich, jednak warto sięgnąć po Wszystko płynie także – albo zwłaszcza dzisiaj, gdy mija pół wieku od śmierci jej autora. Dziś informacje o zamachach na ludzką wolność i godność, zbrodniach reżimów podaje się nam jak na talerzu, wszystko to jest relacjonowane niemal na bieżąco. Może powieść, inaczej niż media, które wydarzenia traktują w kategoriach gorączki aktualności bądź mniej lub bardziej naukowej analizy faktów, pozwala inaczej obcować z ludźmi – ofiarami, katami, bohaterkami; towarzyszyć im.

Ta książka łączy w sobie bezpośredniość i faktograficzną solidność reportażu, moralitet z czasów hekatomby wartości i rozważania o istocie rosyjskiego totalitaryzmu oraz kultury, która go zrodziła. W doświadczeniu głównego bohatera, zwolnionego z łagrów po trzydziestu latach Iwana Grigorijewicza zawiera się coś, co było udziałem tysięcy ludzi w ZSRR. Daremność przetrąconego, złamanego życia, wykreślonego z uczestnictwa w rzeczywistości społecznej, w nurcie regulowanym zawsze przez taką czy inną tyranię umysłu. Skazany na zapomnienie w podobny sposób został zresztą sam Grossman – Wszystko płynie oraz Życie i los, jego największe dzieła, ukazały się w ZSRR dopiero wiele lat po śmierci pisarza.

Mikołaj Denderski, Klub Krytyki Politycznej w Krakowie


***

Aleksandra Gumowska, Seks, betel i czary, Znak 2014

Trobriandy to mityczna kolebka współczesnej antropologii. Gumowska jedzie tam sto lat po Malinowskim i podąża jego śladami, w dwóch spódnicach, bo mężatki powinny nosić dwie. A my razem z nią wracamy w miejsce, które dobrze znamy – jeśli czytaliśmy Malinowskiego. A nawet jeśli nie – autorka przybliży nam jego ustalenia i postać. Już on dostrzegał sygnały rozkładu tradycyjnej kultury i winił za to chrześcijańskich misjonarzy i kolonizatorów. A jaki jest dzisiaj wynik meczu Trobriandczycy kontra nowoczesność?

Triobriandczycy nie poddali się tak szybko, jak podejrzewał Malinowski. Nadal bardzo silne są więzi społeczne wspierane złożonym systemem pokrewieństwa (o ile pamiętam, nazywa się to awunkulat, kiedy w matrylinearnej rodzinie najważniejszy jest wuj), powiązań w ramach klanów i podklanów, których nie sposób zliczyć, oraz wynikających stąd zobowiązań. Trobriandczycy nadal uprawiają swoje magiczne ogrody, potrafią obywać się bez pieniędzy. Nadal naszyjniki krążą między wyspami w jedna stronę, a naramienniki w drugą (wymiana kula) chociaż już nie na taką  skalę jak kiedyś. Powierzchowne chrześcijaństwo znalazło jakiś modus vivendi z magią.

Nowoczesność jednak napiera – komórki, chińskie podkoszulki, kilkadziesiąt samochodów i inne ustrojstwa. Jest szpital z jednym lekarzem. Edukacja – nieobowiązkowa – która pozwala na opuszczenie wysp, zajęcie nowych pozycji społecznych.

Słabną dotychczasowe mechanizmy kontroli społecznej, a demokracja w stylu zachodnim niezbyt się sprawdza. W rezultacie w życiu „dzikich”  pojawia się coraz więcej społecznej „dżungli”, podobnie jak to się dzieje w większych ośrodkach Papui-Nowej Gwinei, niebezpiecznych i opanowanych przez gangi.

A jak wygląda ich słynne życie seksualne? Proszę sobie samemu przeczytać, warto.

Kinga Dunin, Dziennik Opinii


***

Inga Iwasiów, Umarł mi, Wydawnictwo Czarne 2013

Solidarność, współodczuwanie, zrozumienie… 126 stron historii bliskiej relacji, zapiski osobiste a jakże uniwersalne, jak temat, którego dotyczą – śmierć, umieranie, odchodzenie i życie, codzienność tak wówczas dotkliwa, dosłowna, realna.

Chciałam wiedzieć, czy innych boli tak samo, czy strata zawsze zostawia wyrwę, czy zasadnym jest prosić o wybawienie od śmierci „nagłej, a niespodziewanej”? Czy na śmierć można się przygotować, uodpornić, zaszczepić? Co robić, kiedy pewnym się staje, że tym razem to mnie – umarł?

Przeczytałam.

Teraz mam pewność, że jedno łączy nas wszystkich – nasza śmiertelność i to, jak się bronimy przed ostatecznym. Nawet kolejność jest ta sama: niedowierzanie, niezgoda, złamany bunt, funeralne rytuały i wspominanie; przenoszenie w pamięci w kolejny dzień, który się rozpoczyna z nadzieją, że codzienność impregnuje skutecznie, a zatrzymany czas to złudzenie.

Ponadto upewniłam się po raz kolejny, że mimo iż „żyjemy na mentalnych cmentarzach, mamy niedobory radości, nie umiemy się śmiać, jesteśmy martyrologiczni, defetystyczni i zbyt serio” – nasze istnienie ma sens, a obecności Drugiej Osoby niczym nie można zastąpić.

Joanna Przybyło, Klub Krytyki Politycznej w Koszalinie

>> czytaj także: Tomasz Stwiszyński, Umarł jej

***

Wojciech Jaruzelski, Być może to ostatnie słowo (Wyjaśnienia złożone przed Sądem), Wydawnictwo Comandor 2008

Przyznaję bez bicia – to nie jest książka, którą przeczytałem w ostatnim miesiącu. Jednak w związku ze śmiercią generała Jaruzelskiego, postanowiłem coś o niej napisać.

Nie mam wątpliwości, że wprowadzenie stanu wojennego było mniejszym złem. Na tym kończę włączanie się w ów jałowy spór, w którym tak aktywnie brałem niegdyś udział. Wystarczy. Lektura zeznań złożona przez Jaruzelskiego przed sądem to jednak kopalnia fascynujących źródeł i cytatów z Polski lat 80. (i nie tylko), które z jednej strony chwytają szczękę i mocno ciągną ją do ziemi, a z drugiej bezlitośnie wwiercają w serce głęboki niepokój o sposób, w jaki pisana jest najnowsza historia. Kto dziś pamięta, co pisał o „Solidarności” Borusewicz w 1983 roku? Komu przyszłoby do głowy, do czego wzywał młody Donald Tusk tuż przed grudniem 1981 roku? Kto wie, jak na ogłoszenie stanu wojennego reagowała zachodnia prasa?

Książka Jaruzelskiego obnaża narosłe w dzisiejszej narracji historycznej mity, o których mogliśmy już zapomnieć, a które stale podtrzymują nie tylko politycy, ale również historycy w podręcznikach szkolnych i akademickich. Widząc naocznie, jak może być pisana historia, zmusiłem się do postawienia pytania: skoro przy tak licznych i nigdzie nieskrywanych źródłach dostajemy historyczną papkę, przemieloną przez tożsamość uczestników tamtych wydarzeń, to w jakim stopniu można ufać historii napisanej dawno temu? Nie wiem, strach pomyśleć.

Michał Pytlik, Klub Krytyki Politycznej w Opolu


***

Eugeniusz Kopeć,„My i oni” na polskim Śląsku (1918-1939), Wydawnictwo „Śląsk” 1986

Ślązacy to swego rodzaju polscy „inni”. W wielu regionach kraju uznawani za obdarzonych jakimiś niespotykanymi nigdzie indziej w Polsce cechami. Niejeden zresztą polityk zbił, lub zbić się starał, na tym fakcie swój polityczny kapitał.

Kopeć w swoim świetnym studium My i oni… pokazuje – teoretycznie rzecz biorąc – odległe dla nas czasy II RP i ówczesną genezę owych kategorii „nas” i „ich”. Teoretycznie – w praktyce bowiem okazuje się, że duża część z tego przetrwała do dziś. Reszta zanikła w zbiorowej pamięci, przykryta „mitami narodowymi”, które zostały nam do głów wtłoczone. Wszystkie jednak korzenie miały właśnie w okresie, kiedy rozstrzygała się przynależność państwowa Śląska.

Nie sposób przytoczyć tutaj wszystkich ciekawostek, jakie autor wyłuszcza czytelnikom – nie mogę jednak pisać o My i oni nie przywołując jedneh z nich. Ilu z nas, zwłaszcza pochodzących spoza Śląska, pod wpływem podręczników historii uważa, że Śląsk „wybrał” Polskę z powodów narodowo-patriotycznych? Ilu, że to z powodu zachęt, jakie wobec Śląska robiono przed plebiscytem? Kopeć jednak akcentuje to, co umyka naszej uwadze jako bardzo niewygodne: Ślązakami kierował przede wszystkim tzw. „mit Polski Sprawiedliwości Społecznej”. Jako że od wieków uciskani klasowo przez Niemców, nigdy zaś przez Polaków (ci bowiem zwykle się nie dorabiali) – stworzyli w głowie obraz Polski, gdzie każdy jest równy, nikt nie wyzyskuje drugiego, a podział na pana i chłopa nie istnieje.

Oczywiście mit ten szybko upadł w zetknięciu z rzeczywistością. Było już wtedy po fakcie. O ironio, chciałoby się rzec w czasach, kiedy to Polska jest krajem z nierównościami i stosunkami społecznymi nieporównywalnie bardziej nierównymi i niesprawiedliwymi niż nasz zachodni sąsiad.

Szymon Pytlik, Klub Krytyki Politycznej w Opolu


 ***

Robert Krasowski, Czas gniewu. Rozkwit i upadek SLD, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, 2014

Jak napisać książkę o polityce bez ludzi? Robert Krasowski ma na to idealną receptę – napisać o politykach. Ci bowiem ludźmi nie są, są tylko „graczami”, „reformatorami”, „zwierzętami”, w zależności od tego, do którego z obozów należą. Graczem jest Miller, reformatorami Balcerowicz i Hausner, zwierzęciem – oczywiście – Lepper.

Poza nimi nie ma już nic: ani tych, którzy ich wybrali w wyborach, ani tych, którzy pozwolili im się przy władzy utrzymać, nie ma też żon, partnerek, współpracowników, gdzieś na horyzoncie jest jedynie jakaś masa, która rządzi się zasadami prymitywnej grupowej psychologii. To wizja ograniczona, bo nie ma w niej miejsca na cokolwiek poza lepszymi bądź gorszymi posunięciami rozgrywających. Trochę więc w tym szachów, trochę sportu, trochę walki gladiatorów – ale ta prawda o polityce, którą opisuje Czas gniewu, może budzić jedynie uprzejme zainteresowanie, nie żywe emocje, jak interesująca partia szachów właśnie, nie dramat. Nie panorama polityki, a zbliżenie na detal.

Nie znaczy to, że czyta się książkę Krasowskiego źle, przeciwnie. Ale to pozycja dużo słabsza niż pierwszy tom trylogii i nie da się tego wytłumaczyć jedynie tym, że historia duumwiratu Millera i Kwaśniewskiego była mniej interesujący niż polityczna szamotanina na górze, pod znakiem której upłynęły pierwsze lata III RP. Bo nie była, sam Krasowski o tym pisze, choć szkoda, że poniżej swojego poziomu.

Jakub Dymek, Dziennik Opinii


>> czytaj także: Maciej Gdula o Krasowskim: Spektakularna porażka

***

Errico Malatesta, At the Cafe: Conversations on Anarchism, AK Press 2006

Życie Malatesty, słynnego włoskiego działacza i jednego z największych twórców anarchokomunizmu, było przepełnione podróżami, konspiracją i ucieczkami przed władzą. Dzięki jednemu z tych zdarzeń powstała właśnie ta książka. Bardzo ciekawa jest jednak jej forma. Otóż Malatesta, będąc ścigany przez prawo, zbiegł do Ankony, a po przybyciu zmienił tożsamość i wygląd. Pomysł na to dzieło wpadł mu do głowy przez uczęszczanie do jednej z kawiarni, w której spotykał się raczej z poglądami innymi niż jego. To doprowadziło do wielu fascynujących kłótni i dyskusji. Między innymi z częstym klientem tej kawiarni – policjantem, który nawet nie zdawał sobie sprawy, z kim rozmawia.

Te właśnie dialogi, po części oparte na prawdziwych konwersacjach, po części na doświadczeniu Malatesty, zostały ostatecznie wydane w 1922 roku. Mamy w nich do czynienia z paroma charakterystycznymi bohaterami: Giorgiem – młodym anarchistą (odpowiednikiem Malatesty), Ambrogiem – prokuratorem, czy Prosperem – biznesmenem. Dzięki temu luźnemu formatowi autor był w stanie w pomysłowy, a jednocześnie szczegółowy sposób wyłożyć wizję wolnego społeczeństwa, krytykę państwa, kapitalizmu i własności.

Filip Brzeźniak, Klub Krytyki Politycznej w Opolu


***

Joyce Carol Oates, Tatulo, przeł. Lukasz Witczak, W.A.B. 2014

Oates lubi zaczynać swoje powieści od „trzęsienia ziemi”, jakiegoś dramatycznego wydarzenia, ale często to tylko wabik, który ma nas wciągnąć w subtelne psychologiczne portrety i rozmaite problemy społeczne. Tatulo to jednak ani nie Blondynka, ani mój ulubiony Wodospad. To dobrze napisany thriller psychologiczny do przeczytania w jeden wieczór. Kilkuletni chłopczyk zostaje porwany, a broniąca go matka okaleczona przez porywcza. Jest nim charyzmatyczny kaznodzieja, pedofil, który wykorzystuje kolejnych chłopców, zmuszając ich do całkowitego poddania się jego woli. Czy kilkulatek może oprzeć takiej przemocy, zachować coś z dawnej tożsamości, czy zostanie okaleczony na zawsze? To w zasadzie jest najważniejsze i najciekawsze pytanie tej powieści, która niestety kończy się zbyt wcześnie i nie znajdziemy na nie odpowiedzi. Poza tym uczestniczymy w rodzinnym dramacie, który rujnuje nie tylko dotychczasowe życie, ale też małżeńskie relacje. Mocny temat, dobrze stopniowane napięcie – czyli świetna literatura popularna.

Kinga Dunin, Dziennik Opinii

>> czytaj fragment powieści

***

Leokadia Oręziak, OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce, Le Monde Diplomatique 2014

Leokadia Oręziak w niezwykle przystępny sposób mieli znane z mediów argumenty zwolenników OFE w drobny mak. Wielką zaletą tej pozycji jest sposób, w jaki została napisana: poza tym, że jest w pełni zrozumiała dla laików, to wielokrotne, acz nienachalne powtarzanie skutków wprowadzenia OFE i kryjących się za nimi mechanizmów (ileż razy można mówić o sposobach i konsekwencjach pokrycia ubytku składki w ZUS?) nie pozwala zapomnieć o tym, jak działają OFE i na czym polegała reforma emerytalna z 1999 roku. Garść cytatów zamyka również usta tym, dla których „wpływ międzynarodowych instytucji finansowych” to teoria spiskowa połączona z antyprywatyzacyjnym doktrynerstwem.

Choć pierwsze kilkadziesiąt stron może trącić banałem, to Leokadia Oręziak tak naprawdę odwala w ten sposób kawał doskonałej roboty, której intelektualiści mogą już nie zauważać: trafia do prostych, niezaangażowanych lub zdezorientowanych w kwestii emerytur ludzi, którzy jeszcze stoją u progu decyzji: ZUS czy OFE? Biorąc pod uwagę skalę zjawiska, jest to sprawa wielkiego znaczenia. Dyskusja o reformie systemu emerytalnego bez znajomości tej książki – nieuniknionego punktu odniesienia – musi być o wiele trudniejsza i mniej wiarygodna.

Michał Pytlik, Klub Krytyki Politycznej w Opolu


***

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Kochanka Norwida, Biuro Literackie 2014

Im bardziej Dycki zagnieżdża się w polszczyźnie, tym swobodniej idzie mu wierszowana historia swojej rodziny / tożsamości. Poruszającym wyzwoleniem i przyznaniem jakiejś wartości własnej genezie było nazwanie matki „banderówką”, a ojca „polskim nacjonalistą” posługującym się językiem chachłackim. Te słowa pochodzą z jego poprzedniej książki, Imię i znamię, a kto śledzi jego twórczość od dawna, zrozumie, jak bardzo owe motywy stanowiły wielki krok do przodu dla człowieka, który od wielu lat pisze jeden wiersz. Jeden, ale znakomity wiersz.

W Kochance Norwida wraca zaś do znanego i – wydawałoby się – oswojonego już tematu chorującej na schizofrenię matki. Tytułowa kochanka to właśnie rodzicielka, która uwierzyła w swój romans z romantykiem-szydercą. Czuwa on nad tą poezją nie jako patron, a jako widmo, do którego trzeba odnieść się za każdym razem, gdy poruszane są struny polszczyzny, rodzicielstwa, choroby.

Tuż obok tytułowego wątku pojawiają się inne, na równi konstytuujące tożsamość poety. Pomimo że przywarł „do polszczyzny niczym Polaczysko”, wciąż daje do zrozumienia, że nie jest głosem większości, a upokarzanym na każdym kroku przedstawicielem przeróżnych mniejszości, na które składa się całościowy „projekt” ukryty za jego podwójnym nazwiskiem. I tak Wojsko Polskie, przeprowadzające swego czasu akcję „Wisła”, potem inspirujące akcję „Hiacynt”, zrobiło z niego bażanta; jako Konrad Bełski ogłaszał wiersze w magazynie gejowskim; ojciec zaś pod postacią psa zmusza go do zaakceptowania swojej polskiej krwi.

Przetłumaczenie tych doświadczeń na poetycki język jest sprawą pierwszorzędną dla zrozumienia pogranicza polsko-ukraińskiego, pełnego nieuzasadnionej brutalności i resentymentu. To, co skrzętnie ukrywane w zbiorowej pamięci Polaków i Polek, poeta wydobywa na światło dzienne właśnie za sprawą mowy wiązanej, dużo lepiej radzącej sobie ze sprzecznościami niż dyskursywne i nierzadko toporne dzieła historyków pielęgnujących narodowy habitus.

Marcin Sierszyński, Klub Krytyki Politycznej we Wrocławiu


***

Paulina Wilk, Znaki szczególne, Wydawnictwo Literackie 2014

Znaki szczególne Pauliny Wilk to powieść o pokoleniu przemian i transformacji – „pokoleniu urodzonych około 1980 roku”. Jest to opowieść o świecie, w którym czas nie odgrywał znaczącej roli, za to wszystko miało jakiś smak, kolor i wyjątkowy zapach. Dzięki dokładnej pamięci Wilk przenosi czytelników i czytelniczki do rzeczywistości, w której doświadczało się kupna pierwszych jeansów, telewizora, płyt winylowych czy coca-coli. Ale ten świat zabaw w chowanego pod blokiem z wielkiej płyty dotyczy tylko tych, którzy wychowywali się na podwórkach większych miast. Jedynym elementem łączącym ludzi pokolenia 1980 roku jest okres zmian, jakie zachodziły w kraju – od czasów transformacji po wejście Polski do Unii. Ze wspomnieniami Wilk mogą utożsamiać się ci, których rodzice „inwestowali” w wakacje w Turcji, Grecji lub w Egipcie czy w dodatkowe lekcje języka angielskiego. Dziś rówieśnicy autorki należą do osób, które organizują wydarzenia kulturalne, prowadzą spółdzielnie i promują literaturę. Zbiorowemu wspomnieniu umykają chłopcy z bloku, którzy przesiadują całymi dniami na ławce „w czystych, wypielęgnowanych adidasach” – wypełniają tylko rolę brudnego elementu opowieści, którym nie warto się zajmować.

Osobisty pamiętnik Wilk urzeka bogactwem nagromadzonych opisów i zdarzeń z przeszłości, w której główną rolę odgrywało boisko, trzepak i ławka. Ale autorka pisze także o zanikającej wspólnocie i solidarności między mieszkańcami tych samych osiedli. Pisze o postępującej technologii oraz nieobecnej już prawie tradycji pisania kartek z wakacji, o dzikim kapitalizmie, który większości z pokolenia ’80 odebrał szanse i nadzieję na sukces czy karierę. Bohaterami tych wspomnień są osoby, które wychowane w poczuciu niedostatku – dorastały w świecie pośpiechu i rywalizacji. Dziś współtworzą rzeczywistość, która nie sprzyja przypadkowym rozmowom w autobusie czy w windzie. Żyją w społeczeństwie, gdzie ludzie traktują siebie nawzajem jak intruzów czy potencjalnych złodziei. Mimo wszystko Wilk wierzy, że jej pokolenie ma potencjał, który może być wykorzystany do zmiany. Jednak sprowadzanie wszystkich ludzi urodzonych w podobnym czasie do jednej kategorii, którą nazywamy pokoleniem, jest dosyć ryzykownym zabiegiem. Dlatego punktem wyjścia do dyskusji o dzisiejszych trzydziestolatkach i transformacji w ogóle, którą bez wątpienia podejmują Znaki szczególne, powinna być krytyka przyzwyczajeń, każących postrzegać wspólnotę głównie w kategoriach pokoleniowych. A tego w książce Wilk zdecydowanie zabrakło.

Natalia Sawka, Klub Krytyki Politycznej we Wrocławiu


Czytaj także:

Czytelnia Krytyki Politycznej, odc. 1

Czytelnia Krytyki Politycznej, odc. 2

Czytelnia Krytyki Politycznej, odc. 3

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco