Miasto

Pobłocki: Wskrzeszenie człowieka publicznego [polemika]

Największe wyzwanie dla ruchów miejskich? Znalezienie odpowiedniej formy na żywioł politykowania.

Zgadzam się z Joanną Erbel, że strategia polityczna Roberta Biedronia jest zbieżna ze ścieżką obraną przez ruchy miejskie. Ale z zupełnie innych, wręcz przeciwstawnych, powodów. Między innymi dlatego, że polityczność rozumiem dokładnie tak samo jak Richard Sennett – jako odejście od wojen tożsamościowych i „systemu gwiazdorskiego” na rzecz otwarcia sfery publicznej na ulicę.

Kruszenie betonu

Gdy na początku lipca tego roku szykowaliśmy inaugurację Porozumienia Ruchów Miejskich, jeden ze znanych ogólnopolskich dziennikarzy, którego namawialiśmy, aby zainteresował się tematem, postanowił z dnia na dzień wycofać zaproszenie do swojego programu. Bezpośrednią przyczyną były kolejne taśmy opublikowane przez tygodnik „Wprost”. Napisał do nas wtedy: „Może kiedy opadnie zainteresowanie nagraniami i polityką, będzie dobry czas na nagłośnienie Państwa działań. Proszę mnie dręczyć”.

„My też robimy politykę” – odpisaliśmy. „Oczywiście mniej pasjonującą od taśmowej, ale ciągle wierzymy, że to właśnie jest ta prawdziwa polityka. Jesteśmy też szansą na to by dziennikarze przestali wreszcie narzekać na zabetonowanie sceny”. Pozostali dręczeni przez nas dziennikarze skorzystali z tej okazji. Odebranie monopolu na politykę „zawodowcom” uważam za nasz największy sukces. Nawet i sceptyczna wcześniej Janina Paradowska już na początku listopada przewidywała, że „ruchy miejskie są nadzieją na bardziej obywatelską samorządność”, a „suma różnych zdarzeń… zaczyna tworzyć nową masę krytyczną”. Stąd, „być może ta mijająca kadencja była ostatnią prezydenckiego spokoju i królowania”. Kto by się spodziewał, że będzie miała rację.

Ja też nie spodziewałbym się jeszcze pól roku temu, że będę zgadzał się z Janiną Paradowską i nie zgadzał z Joanną Erbel. W tekście o groźbie pełzającej „Konserwy 2.0” Erbel stawia moim zdaniem fałszywą tezę, że ruchy miejskie, zwłaszcza PRM, uprawiały „pseudoapolityczność”, udając, że nie są lewicowe. „Odcinanie się od postulatów socjalnych – twierdzi Erbel – zdarzało się w tych wyborach często. Większość komitetów określających się jako miejskie odżegnywała się od »ideologii« a nawet od wszelkiej ideowości”. PRM z kolei, zdaniem Erbel, przyjęło „strategię judo: przygiąć się, aby zwyciężyć”. W odróżnieniu od tych „prawdziwie lewicowych” komitetów oraz ukrytej „opcji prawicowej” ludzie z PRM, zdaniem Erbel, „uwierzyli, że trzeba udawać, żeby nie spłoszyć wyborcy.”. Może była to strategia skuteczna (udało nam się wygrać w Gorzowie, a w innych miastach zdobyć dwucyfrowe wyniki i kilku radnych), ale jest ona długoterminowo niebezpieczna, gdyż, twierdzi Erbel, „deklaracje w rodzaju ani prawo, ani w lewo, tylko prosto do celu znaczą tak naprawdę: właściwie to w prawo, tylko trochę modniej”. Dlatego, zdaniem Erbel, jedynym „strażnikiem” prawdziwej lewicowości ruchów miejskich jest Robert Biedroń – nowy prezydent Słupska. 

Jeszcze przed ukazaniem się tekstu Erbel mówiliśmy z Joanną Kusiak publicznie, że nie definiujemy się plemiennie, tylko programowo, i dlatego Biedroń w naszym odczuciu oczywiście mieści się w kategorii „ruchy miejskie”, nawet jeśli sam tej nazwy prawie nie używał. Wbrew temu, co pisze Erbel, jako PRM nigdy nie twierdziliśmy, że mamy monopol na to zjawisko – wręcz przeciwnie, zawsze powtarzaliśmy (jak np. w materiale dla radiowej Trójki), że jesteśmy wyłącznie „czubkiem góry lodowej”. Dlatego też uznaliśmy, że następnym krokiem po wyborach powinno być zorganizowanie dużego Kongresu Ruchów Miejskich.

Chcieliśmy w ten sposób zapoczątkować dyskusję na temat tego, jak ruchy miejskie mają odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w której nie są już wyłącznie w opozycji do władzy, ale często w niej (współ)uczestniczą.

A jednocześnie pozwolić PRM-owi powrócić ze swoim doświadczeniem zdobytym w wyborach z powrotem do jego „bazy” – do szerokiego i z definicji otwartego środowiska KRM.

Podobna intuicja zdawała się przyświecać Arturowi Celińskiemu, który w swojej propozycji zasugerował, aby KRM stał się „wędrowny” i skupił się na polityce miejskiej na szczeblu krajowym. Propozycja Erbel, w której debata o tym, czym mają być ruchy miejskie, przeradza się w dyskusję o tym, kto ma zorganizować KRM, to niestety krok w kierunku logiki plemiennej. Z tekstu można odnieść wrażenie, że sympatia (i zaufanie) Erbel dla Biedronia wynika z tego, że Biedroń (chociażby ze względu na częstszą obecność w mediach) jest jej dobrze znany. O ile dla Celińskiego kandydatami na polskiego Penelosę czy Mockusa (słynnych burmistrzów Bogoty) są nowi prezydenci Gorzowa Jacek Wójcicki i Poznania Jacek Jaśkowiak (bo każdy z nich ma za sobą szerokie poparcie ruchu miejskiego), tak u Erbel obie te postacie wzbudzają obawy. Mam wrażenie, że wynikają one z niewiedzy. O Wójcickim Erbel pisze że jest byłym wójtem, a nie aktywistą. Zapewne nie wie, że jako wójt Wójcicki wprowadził w swojej gminie darmowe przedszkola i obniżył o połowę ceny biletów autobusowych. O Jacku Jaśkowiaku, który w 2010 roku był kandydatem na prezydenta ruchu My-Poznaniacy, a w tym roku startował z ramienia PO, pisze z kolei, że za jego plecami do głosu doszli konserwatyści tacy jak Rafał Grupiński. I dlatego zdaniem Erbel Jaśkowiak „bał się nawet użyć niektórych lewicowych postulatów jako obietnic” – co w zestawieniu z jego programem zwyczajnie nie jest prawdą. Na poziomie programu, różnic między Biedroniem, Wójcickim a Jaśkowiakiem nie ma wiele.

Polityka gęby, polityka masek 

Podczas swojej kampanii Biedroń bardzo wyraźnie podkreślał, iż nie chce przenosić do Słupska „wojny polsko-polskiej”. Słynne zdanie wypowiedziane na ulicy przez jedną z mieszkanek, że „wybiera Biedronia na prezydenta a nie do łóżka” pokazuje, że Biedroń znalazł tutaj wspólny język z mieszkańcami. Dlatego zgadzam się z Joanną Podgórską, że „Biedroń wygrał w Słupsku nie dlatego, że jest gejem. Raczej mimo to” – pokazał, że fakt bycia gejem nie ma znaczenia w tym, czy będzie dobrym czy złym prezydentem. W tym sensie poglądy Erbel dość mocno się od jego strategii różnią. Są paradoksalnie lustrzanym odbiciem tezy konserwatystów, którzy również uważają, że istnieje związek między orientacją seksualną a poglądami politycznymi (tyle, że chcą, by w sferze publicznej byli tylko heteroseksualiści). Empiria pokazuje, że nie ma. Warto przypomnieć tu postać holenderskiego polityka Pima Fortuyna – który jako jeden z pierwszych w Europie pokazał, że można być jednocześnie otwartym gejem i otwartym ksenofobem, islamofobem i rasistą, czy Klausa Wowereita w Berlinie, który, mimo bycia „pierwszym gejem w ratuszu” i mimo przynależności do „lewicowego” SPD, zniszczył wiele zabezpieczeń socjalnych, w tym sprywatyzował wodociągi (ich rekomunalizację wywalczył nota bene w referendum ruch miejski). Kariery obu tych panów pokazują, że prywatne nie zawsze musi być polityczne.

W tym sensie to właśnie Robert Biedroń (wbrew temu, co twierdzi Krzysztof Nawratek) jest przedstawicielem nowego, a nie tradycyjnego sposobu uprawiania polityki. W Upadku człowieka publicznego Richard Sennett pokazał, jak zabito sferę publiczną podczas rewolucji przemysłowej, sprowadzając politykę do konfrontacji prywatnych osobowości. Wcześniej, w dobie oświecenia, sfera publiczna była miejscem, w którym ludzie przybierali maski (często dosłownie: stąd ówczesna moda na peruki, silny makijaż i duża ilość pudru) i wchodzili w publiczne role, ściśle odseparowane od prywatnego „ja” (i nagiego ciała, które ukrywane było pod wieloma warstwami ubrań). Tak zachowywano się nie tylko na ulicy, ale też na scenie – artysta był jedynie rzemieślnikiem i nie było jednoznacznej granicy między sceną a publicznością. Dlatego nie było nic zdrożnego np. w rozmawianiu podczas wykonywania utworu – każdy mógł zabrać głos. W chwili, gdy romantyzm wprowadził system gwiazdorski, w którym to (uciszona i wyrażająca się jedynie poprzez oklaski) publiczność musi słuchać (genialnego) artysty (pierwszym z nich był zdaniem Sennetta Paganini), umarła też i demokracja, gdyż sfera publiczna zaczęła być miejscem dla prezentacji wytwarzanego w domenie prywatnej „ja” – a nie miejscem publicznych, a przez to i politycznych, sporów w którym abstrahuje się o tego, kto jest kim, a liczy się to, jakie kto ma poglądy.

W chwili, gdy sfera publiczna została spersonalizowana i zdominowana przez tożsamościowe spory, umarła prawdziwa polityka – i zastąpił je medialny spektakl pt. „kto komu”. W tym sensie sennetowskie „maski” zostały zastąpione przez gombrowiczowskie „gęby” – a cała sfera publiczna została, również po gombrowiczowsku, „upupiona”.

Biedroń wygrał w Słupsku nie dlatego, że „nie ukrywał” swojej orientacji seksualnej, ale dlatego, że założył „maskę” polityka, który nawiązuje swoisty pakt z mieszkańcami i obiecuje reprezentować ich interesy bez względu na to, kim obie strony są prywatnie. Mówiąc „to nieważne, że jestem gejem”, mówił też „to nieważne, czy jesteś ładny czy brzydki, mądry czy głupi, wierzący czy niewierzący”, bo jesteś dla mnie słupszczaninem i mam zamiar reprezentować twój interes. Gdy w 2011 roku przed pierwszym Kongresem Ruchów Miejskich Erbel pytała mnie, kto jest, a kto nie jest mile na nim widziany, odpowiedziałem, że o ile media i urzędnicy mogą przyjechać jako obserwatorzy, tak „to będzie Kongres Ruchów Miejskich, czyli nie władzy, nie mediów, ale osób, które starają się… reprezentować mieszkańców”. To właśnie brak reprezentacji głosów mieszkańców był powodem powstania ruchów miejskich i na tym polega wciąż radykalność naszej (oraz Biedronia) propozycji. Tutaj analogia do Mockusa jest faktycznie uprawomocniona – ten po objęciu urzędu powiedział, że jedynym jego koalicjantem będą mieszkańcy. I taka pozostaje moja definicja tego, kto jest, a kto nie jest ruchem miejskim. Polityczna, a nie plemienna.

W tym sensie taka radykalna propozycja dla mieszkańców mogła paść wyłącznie od osoby „z zewnątrz”. Biedroń wyraźnie różnił się od tradycyjnej strategii oddolnych komitetów, które odnosiły się do lokalnego patriotyzmu (w stylu „kochamy nasze miasto, bo jest nasze”) lub wręcz lokalnego szowinizmu (jak w Bydgoszczy, gdzie jeden z kandydatów rzucił hasło „więcej dla Bydgoszczy – mniej dla Torunia”). Dlatego gorzowscy Ludzie dla Miasta, namawiając do startu Jacka Wójcickiego, zrobili dokładnie to samo – jako reprezentanci „żywiołu” mieszkańców mogli też pokazać, że potrafią wejść w rolę sprawnych samorządowców. Dzięki temu udało im się przekonać wyborców, że ich program będzie jednocześnie oddolny i skuteczny. Ludzie dla Miasta byli (polityczną) treścią, a Wójcicki jako postać-maska gwarantem jej profesjonalnego wdrożenia. Tak też zostało zaprojektowane (przez Kubę Sowińskiego i Kubę de Barbaro) nasze logo – gdzie obok P-R-M- widniało zawsze logo którejś z organizacji. Samo PRM musiało być „zimne” gdyż „ognia” dodawały mu tak różne od siebie i tak nasycone treścią lokalne symbole. Ale tylko dzięki zjednoczeniu (początkowo sześciu) miast udało nam się przebić przez „taśmy” i pokazać, że „działania” ruchów miejskich to polityka najczystsza, bo wychodzi poza jałowe dyskusje na temat (prywatnych) rozmów politycznych „gwiazd”, i jest jednocześnie lokalna i „ogólnokrajowa”. Wyciągnięcie polityki z telewizora na ulicę – a raczej na szereg ulic w różnych zakątkach kraju – uważam za nasz największy sukces. 

Jaki kierunek obierze owa miejska masa krytyczna? Tego nie wiadomo. Na pewno jest tutaj też wiele wyzwań i zagrożeń – ale nie są one programowe czy personalne, tylko instytucjonalne. Nie chodzi tutaj o to, kto będzie lepszym strażnikiem czystości ideowej ruchów miejskich. Gdy dyskusja o rewolucji przeradza się w spór o to, kto jest prawdziwym rewolucjonistą, to, jak przypomina Sennett, właśnie ma miejsce jej koniec. Każda polityka tożsamości, bez względu na to, jaką przyjmie (i jaką dorobi przeciwnikowi) gębę, jest konserwatywna. Ruchom miejskim udało się odbudować swoisty pas transmisyjny między ulicą a sferą publiczną. Pokazaliśmy, że nie tylko partie polityczne mogą być podmiotem politycznym i że publiczne to nie tylko suma prywatnych „ja”. Ale to, co było naszą największą siłą – nieformalność – okazało się też piętą achillesową, co ujawniła niedawna „zdrada” członków (i wyborców) stowarzyszenia Miasto Jest Nasze przez trójkę ich radnych w warszawskim Śródmieściu. To, jak przekuć „miasto-pogląd” i „politykę ulicy” w ciało, jest największym wyzwaniem jakie przed nami stoi.

Poza lewicę i prawicę

Jeszcze parę lat temu część aktywistów i aktywistów miejskich faktycznie bardzo wyraźnie odżegnywała się od polityki, twierdząc, że ruchy miejskie powinny spełniać rolę ekspercko-doradczą wobec urzędników czy partii. Jest ich wciąż sporo, warto tu może wymienić stołeczny SISKOM, Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia (które w statucie ma zapis, że nie może wystartować w wyborach) czy katowickie Napraw Sobie Miasto (które w lutym tego roku przyjęło uchwałę, że do wyborów pod żadnym warunkiem nie pójdzie). Taka postawa była z resztą zgodna z duchem czasów – przecież jeszcze podczas wyborów z 2010 roku Platforma Obywatelska głosiła, że „nie robimy polityki, budujemy mosty”.

Niemniej debata, czy ruchy miejskie powinny być podmiotem politycznym, była przez 3 lata istnienia Kongresu Ruchów Miejskich główną osią sporu.

Jedni uznali, że chcą być ekspertami, inni, jak część środowiska z Łodzi, postanowiła zmieniać system „od środka”, wchodząc w struktury urzędnicze (zarządzane przez PO). Inni, jak sama Joanna Erbel czy Krzysztof Nawratek, uznali, że czas ruchów miejskich jako niezależnego podmiotu politycznego skończył się i że nadszedł czas partii politycznych – a dokładniej Partii Zieloni.

My szanowaliśmy ścieżki obrane przez naszych kolegów i koleżanki związanych z partiami, urzędami lub instytucjami eksperckimi. Dlatego nie angażowaliśmy KRM do wyborów i stworzyliśmy nowe ciało. Faktycznie stroniliśmy od jednoznacznej deklaracji, czy jesteśmy lewicowi czy prawicowi, lecz nie ze względu na oportunizm, ale dlatego, że z żadną z tych „gęb” nie czuliśmy się komfortowo. Oprócz przekonania, że polityka ulicy to ta prawdziwa polityka, spajało nas coś więcej. W 2011 roku podczas pierwszego KRM o kilku, dziś wręcz oczywistych, zdaniach (zapisanych jako Tezy Miejskie) debatowaliśmy burzliwie przez cały weekend. Przez te ostatnie 3 lata zakres tego, co uznajemy za „sprawę miejską” z jednej strony się rozszerzył (m.in. o postulaty socjalne występujące w programach PRM): budowę mieszkań komunalnych, tanią komunikację publiczną, dostępne żłobki, dobrą publiczną edukację etc.), a z drugiej na tyle wyklarował, że przyjęcie „filarów programowych” (przyjazne miasto, obudowa samorządu oraz porozumienie miast) przez 11 niezależnych organizacji zrzeszonych w PRM było stosunkowo łatwe. W tym sensie PRM bez tych trzech lat wielu dyskusji, tekstów i spotkań bardzo wielu osób nie byłby możliwy jako byt instytucjonalny oraz ideowy.

Jedną nogą tkwił on w debacie „lewica czy prawica”. Gdy rozmawialiśmy latem z ludźmi, którzy chcieli dołączyć do PRM (a zgłoszeń mieliśmy ponad trzydzieści – od Białegostoku, Koszalina i Szczecina, przez Łańcut, Łódź i Bydgoszcz, po Jelenią Górę, Jaworzno, Rzeszów i Racibórz), to wszystkie te rozmowy przebiegały identycznie: opis patologii, jakie trawiły polskie samorządy, oraz proponowanych rozwiązań, był zaskakująco podobny. Różnice tkwiły w szczegółach: w miastach, gdzie rządząca elita miała rodowód etykietowany jako lewicowy (SLD-owski, czasem wręcz PZPR-owski), ruchy protestu często sięgały do języka prawicowego (np. mówiąc o potrzebie dekomunizacji czy o lokalnym „układzie”). W miastach, gdzie rządząca ekipa była prawicowa, używano języka bardziej lewicowego (np. mówiąc o konieczności deklerykalizacji). To, co połączyło te na pozór odmienne od siebie zjawiska, to „miasto-pogląd”. Dzięki niemu ludzie, którzy z perspektywy polityki „telewizyjnej” są na dwóch różnych biegunach politycznych, mogą zobaczyć, że de facto więcej ich łączy, niż dzieli. Próbując wyjść poza kategorie prawica-lewica, staraliśmy się np. nie mówić językiem „układu”, dlatego zaproponowaliśmy pojęcie „samorządowych dinozaurów”, które dość szybko zeszło pod strzechy. Może to nie jest jeszcze „dojrzały” nowy język dla polityki, ale na pewno jest to jego zaczątek.

Dlatego uważam, że stosunek ruchów miejskich do lewicy powinien być taki sam jak stosunek lewicy do chrześcijaństwa – jest to swoista kontynuacja tego samego etosu (stąd „jesteśmy ideowi”), ale artykułowana innym językiem („nie jesteśmy ideologiczni”).

Uważam też, że współczesny język uprawiany zarówno przez lewicę, jak i prawicę, ze względu na to, że jest tożsamościowy, jest językiem martwym. I szczerze wierzę w to, że jesteśmy w momencie bardzo fundamentalnego przewartościowania, w którym podział na lewicę i prawicę, w dłuższej perspektywie historycznej dość nowy, odchodzi do lamusa. Język lewicy powstał w XIX wieku właśnie dlatego, że dominująca wtedy ideologia nie była już w stanie skutecznie wyjaśnić świata, jaki wtedy ludzi otaczał. Synowie i córki chłopskie, którzy przenosili się ze wsi do miast i pracowali w fabrykach, nie byli w stanie zrozumieć otaczającej ich rzeczywistości za pomocą lektury Biblii. Stąd konieczność uaktualnienia etosu chrześcijaństwa – zresztą, jak pokazuje E.P. Thompson w klasycznym The Making of The English Working Class, brytyjska klasa robotnicza jako podmiot polityczny (a nie tożsamościowy – pod tym względem nie było jednej klasy robotniczej, ale amalgamat bardzo różnych grup, które zyskały stosunkową spójność kulturową pod koniec XIX wieku, czyli sto lat później po tym, jak klasa robotnicza stała się podmiotem politycznym) czerpał z (radykalnego) chrześcijaństwa pełnymi garściami. I dopiero z czasem się wyemancypował. 

Uważam, że zaproponowanie ponownej aktualizacji języka polityki do rzeczywistości (w której to miasta, przynajmniej w naszej części świata, zastąpiły fabryki jako kluczowe maszynki do robienia pieniędzy) leży u podwalin sukcesu (nie tylko wyborczego, ale ideowego) ruchów miejskich. Zaczęliśmy nazywać pewne zjawiska, które wszyscy przeczuwali, ale których wcześniej nie uznawano za „politykę”, bo były mniej ważne niż takie taśmy „Wprost”. O ile dominacja sporów tożsamościowych w polityce „telewizyjnej” sprawia, że podział na lewicę i prawicę zdaje się walką między ogniem a wodą (bo trudno sobie wyobrazić jakiś złoty środek między Jarosławem Gowinem a Januszem Palikotem), tak po wyjściu na ulicę, okazuje się, że niewiele osób tak naprawdę ma „podręcznikowe” poglądy. Z jednej strony badania pokazują, że np. terenowy aktyw SLD ma poglądy konserwatywno-liberalne. Ale z drugiej ta „cicha większość” wcale nie musi być biernym sojusznikiem Konserwy 2.0. Dlatego ożywiając wraz z nimi język polityki, wciągamy ich do sfery publicznej. To, co oferują ruchy miejskie, Lech Mergler nazwał kiedyś „narracją konkretną” (przeciwstawioną wielkim narracjom, takim jak socjalizm, konserwatyzm, nacjonalizm, liberalizm etc.) – to wizja polityki, którą realizujemy konsekwentnie od niemal 5 lat. Ale dopiero w ciągu ostatnich miesięcy przebiła się ona do oficjalnej sfery polityki.

Aikido, czyli siła nieformalności    

Ostatnie 6 miesięcy było swoistym festiwalem tego, co Charles Tilly nazywa contention, a co na polski można przetłumaczyć jako „politykowanie” – czyli żywiołowe uczestnictwo „zwykłych ludzi” (w tym wielu „amatorów”) w życiu publicznym.

Frekwencja nie była w tym roku wyższa – ale to, co wyróżnia te wybory, to właśnie mnogość oddolnych komitetów.

My bardzo świadomie byliśmy czubkiem tej góry lodowej – dlatego też za wszelką cenę unikaliśmy strategii celebryckiej, w której to jedna osoba jest niejako „symbolem” całego zjawiska. Nie mieliśmy lidera, ale koordynatora, który pełnił rolę służebną wobec sieci (i bardzo rzadko mówił w jej imieniu), oraz rzeczniczkę, której przypadła rola „tłumaczki” oscylującej między światem ulicy a światem telewizora. W tym sensie rację ma Krzysztof Nawratek, pisząc, że „jeśli Zieloni mocno usiłują zdefiniować się jako ugrupowanie lewicowe, PRM stara się za wszelką cenę dystansować od jakichkolwiek deklaracji ideowych (…) Na pierwszy rzut oka przypomina to strategię Komitetów Obywatelskich z początku lat 90. Lub populizm z początków Platformy Obywatelskiej. Deklaracje programowe PRM idą jednak w innym – napawającym znacznie większym optymizmem i sympatią – kierunku (…). Gdyby zdobyli władzę i dotrzymali słowa, to chyba po raz pierwszy w polskiej polityce po 1989 roku pojawiłaby się siła, dla której neutralność ideologiczna nie jest próbą oszukania wyborców, lecz szczerą deklaracją demokratycznych państwowców chcących zbudować w Polsce społeczeństwo obywatelskie”.

Władzę udało nam się zdobyć tylko w Gorzowie i ja z optymizmem (który już nie musi być „urzędowy”) patrzę na to, co szykują Ludzie dla Miasta z Jackiem Wójcickim. Gdy piszemy, że sukces Gorzowa jest też sukcesem Poznania, Krakowa i Płocka, to znów nie jest to wyborcza retoryka. Faktycznie Jacek Wójcicki nie zgodziłby się kandydować, gdyby nie przekonaliby go do tego Ludzie dla Miasta (a zdecydował się ostatecznie w połowie września), a Ludzie dla Miasta nie byliby go w stanie przekonać, gdyby uchodzili za oszołomów. To, że w ogólnopolskich mediach mówiono o zjawisku „ruchów miejskich”, uwiarygodniało ich propozycję – gorzowianie dzięki temu uwierzyli, że zmiana jest możliwa i realna. A to jest efekt pracy wielu osób – ruchu My-Poznaniacy, który w 2010 jako pierwszy poszedł do wyborów, działaczek i społeczników z Krakowa Przeciw Igrzyskom, którzy wspólnie zatrzymali olimpiadę i ten sposób pokazali mediom, że ruchy miejskie mogą być skuteczne, ale również tych, którzy w tym roku nie startowali, bo wcześniej wybrali ścieżkę ekspercką lub urzędniczą. To lodowiec, a nie jego czubek, sprawił, że kruszenie skały było możliwe.

W tym sensie Ludzie dla Miasta są pierwszym prawdziwym ruchem miejskim w Polsce. Ich „miasto-pogląd” dał coś więcej niż konglomerat poglądów „prawicowych” (rozwalić i rozliczyć „układ”) z „lewicowymi” (uspołecznić miasto). Co prawda wyrośli na proteście, ale byli ruchem oporu niecałe kilka miesięcy i nie będzie to nad nimi w żaden sposób ciążyć. Taka była tragedia ruchy My-Poznaniacy – uznawanego za prekursorski w Polsce ruch miejski. Po „wspaniałej porażce” z 2010 roku, kiedy wynik blisko 10% w wyborach do rady miasta nie dał ani jednego mandatu, ruch ten pogrążył się w wewnętrznych animozjach i dwa lata temu rozpadł. Jednak w chwili, gdy odsunięcie od władzy Ryszarda Grobelnego okazało się realne, dawni My-Poznaniacy pogodzili się dosłownie na tydzień, aby po zwycięstwie Jaśkowiaka znów powrócić do sporów. Okazało się, że pomimo wielu innowacji, jakie z tego środowiska wyszły, jedynym twardym spoiwem, które cementowało tę organizację, była chęć „obalenia Rycha”. 

To, że Ludzie dla Miasta mogą być pierwszym prawdziwym ruchem miejskim, uświadomiłem sobie podczas naszej rozmowy w wieczór przed ich konferencją prasową, na której ogłosili start Wójcickiego. Pojawiło się wtedy następujące pytanie: „co wyróżnia konferencje prasowe ruchów miejskich?” Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem – udało nam się wspólnie wyliczyć kilka czynników, m.in. to, że występujemy zawsze w grupie, a nie solo, ubieramy się raczej elegancko, ale nie jak „krawaciarze”, oraz że na konferencję wybieramy „znaczące” miejsce (jak warszawski Plac Bankowy, na którym odbyła się inauguracja PRM). Ale nie oznacza to, że to jest „przepis” na bycie ruchem miejski – to znowu byłaby polityka tożsamości. To pytanie sugeruje raczej, że nowa treść, jaką są ruchy miejskie, powinna też znaleźć własną, niezależną formę.

I to znalezienie odpowiedniej struktury na ten żywioł politykowania jest największym dla nas w tej chwili zadaniem.

Sami Ludzie dla Miasta mają prezydenta, 7 radnych oraz ruch społeczny liczący jakieś 200 osób, który nawet nie jest nigdzie zarejestrowany. A zatem w jaki sposób stworzyć relacje między tymi trzema podmiotami tak, aby ów „pas transmisyjny” między obywatelami a polityką (a wierzę, że to właśnie tym jest miasto, rozumiane jako bardzo konkretna sfera publiczna) wciąż działał i nie zepsuł się?

Nie jest to problem nowy – debata o tym, jaką strukturę powinni przyjąć My-Poznaniacy, była główną kwestią, o której dyskutowano przez dwa lata między wyborami 2010 roku a ostatecznym rozpadem. My-Poznaniacy byli stowarzyszeniem, gdyż ich głównym sposobem egzekwowania prawa do miasta było przystępowanie do postępowań administracyjnych o wydanie tzw. warunków zabudowy (więcej o tym tutaj). Po jakimś czasie ta struktura zaczęła być bardziej obciążeniem niż zasobem. Chcąc wyjść poza strukturę protestu, Jacek Jaśkowiak postanowił wstąpić do partii – także dlatego, że wiedział, iż jedynie jako kandydat Platformy Obywatelskiej jest w stanie wygrać wybory w Poznaniu.

Wchłonięcia ruchów miejskich do partii spodziewa się też Radosław Markowski, który przy różnych okazjach (m.in. podczas dyskusji o ruchach nieformalnych w Kancelarii Prezydenta RP 17 listopada) powtarza, że jeśli miałby do dyspozycji pieniądze, to zainwestowałby je w reanimację struktur partyjnych. Zgadzam się z Markowskim, że partie swojego czasu były bardzo skutecznym instrumentem instytucjonalizacji „politykowania”. Ale z różnych względów przestały one spełniać swoją rolę, zamieniając się aparat sprawowania władzy nad ludźmi, a nie dla ludzi. Nie oznacza to, że ruchy miejskie muszą pozostać nieformalne – wręcz przeciwnie. I tak jak jeszcze sto lat temu życie polityczne nie było zorganizowane wokół partii politycznych, tak jestem sobie w stanie wyobrazić świat za 30, może 50 lat, kiedy partie zostają zastąpione przez innego rodzaju instytucje. Być może ta zmiana zaczyna się właśnie teraz.

Nie oznacza to, że nieformalność jest zła. Gdybyśmy nie byli strukturą nieformalną, to pewnie nie udałoby się „skruszyć betonu”.

Bardziej niż technika judo do opisu naszego działania metaforą pasuje aikido – czyli budowania siły na słabościach przeciwnika.

W My-Poznaniacy funkcjonowało kiedyś powiedzenie, że „rację ma ten, kto działa, a nie ten, kto wygrywa spór” – faktycznie, gdyby ruchy miejskie pół roku temu były „twardą” strukturą, to najprawdopodobniej nie wystartowałyby w wyborach. Na Kongresie w Białymstoku rok temu doszło do dyskusji, czy KRM ma stać się taką sformalizowaną „superinstytucją” i ostatecznie odpowiedź na to pytanie była negatywna. Przez tę próżnię w „środku” energia do startu w wyborach, która pojawiła się na obrzeżach środowiska KRM (czyli w organizacjach i miastach, które ani nie działały w nieformalnym kierownictwie KRM, ani nie były „twarzami” tego zjawiska – Gdańsk Obywatelski, toruński Czas Mieszkańców, warszawskie Miasto Jest Nasze czy Kraków Przeciw Igrzyskom nie istniały jeszcze rok temu!) zostałaby zablokowana. Dlatego powstała nowa instytucja, która niejako w sposób performatywny, po prostu idąc do wyborów,  wygrała argument z tymi, którzy jeszcze pół roku temu twierdzili, że ruchy miejskie nie powinny mieszać się do polityki.

Podstawową rzeczą, jaka scala struktury nieformalne, jest zaufanie. My w PRM mieliśmy dwie zasady: samoograniczania się (czyli unikanie sporów ideologicznych i skupienie się na miasto-pogladzie oraz zrozumienie, że interes całości to nie zawsze suma interesów poszczególnych organizacji czy miast) oraz konsensusu (czyli robimy tylko to, co do czego wszyscy się zgadzamy). Okazało się, że całkiem sporo można na tej bazie zdziałać.

Ale też była to instytucja, która była skrojona na bardzo określoną sytuację – pojedynek aikido z partyjnym betonem. Po 16 listopada sytuacja strukturalna się zmieniła – nie jesteśmy już w opozycji. Jako antropolog rozumiem siłę instytucji nieformalnych, ale też znam i ich ograniczenia. Nie wierzę też w to, że w ruchach miejskich są „lepsi” ludzie niż gdzie indziej – tak jak mamy takich dziennikarzy, na jakich zasługujemy, tak mamy takie ruchy miejskie, na jakie zasługujemy (ze względu na długoletnią selekcję negatywną na polityków zasługujemy lepszych). Ale wierzę w to, że ci sami ludzie będą inaczej zachowywać się w różnych sytuacjach strukturalnych – i to właśnie nową strukturę należy dla nich zbudować. Działalność ruchów miejskich mogła opierać się wyłącznie na zaufaniu w sytuacji pospolitego ruszenia. Teraz weszliśmy do nowej rzeki. Jak pokazuje casus Miasto Jest Nasze, które zaraz po wyborach straciło trzech z czterech swoich radnych w warszawskim Śródmieściu (postanowili oni wejść w koalicję z Platformą Obywatelską na własnych zasadach, a nie reprezentując wolę stowarzyszenia, z którego dostali się do rady) nawet i „zaufani” ludzie mogą w nowych okolicznościach zachować się zupełnie wbrew oczekiwaniom.

Nie jest to pierwszy taki przypadek – podczas kampanii w 2010 rou w Poznaniu jeden z liderów My-Poznaniacy Adam Pawlik przeszedł niespodziewanie do obozu… Grobelnego. Szybka reakcja ze strony Stowarzyszenia i usunięcie Pawlika z jego szeregów załatwiło sprawę – i choć MJN postąpił podobnie, to ze względu na to, że tutaj „zdrada” odbyła się po wyborach, a nie przed nimi, będzie im zdecydowanie trudniej odbudować zaufanie mieszkańców. Co ciekawe, gdy jednocześnie dokładnie to samo działo się na warszawskim Bemowie (gdzie PO straciła aż 5 radnych, którzy przeszli do obozu „niezależnego” byłego burmistrza Jarosława Dąbrowskiego), nikogo to już nie zdziwiło – dziennikarze pisali o sprawie w suchym tonie sprawozdawczym, bo wszyscy przywykliśmy już do tego, że partie czy samorządowi „wyjadacze” tak działają. Ruchy miejskie, obiecując inny styl uprawiania polityki, podniosły wyżej przez wiele lat leżącą na ziemi poprzeczkę. I bardzo dobrze. Można oczywiście dojść do wniosku, że rozwiązanie tego rodzaju kryzysów jest personalne – a jeśli następnym razem na jedynkach będą odpowiedni ludzie, to takie sytuacje się nie powtórzą. Ja jednak, wraz z Radosławem Markowskim, bardziej niż w ludzi wierzę w instytucje. Znów: nie chodzi tutaj o pytanie kto?, ale bardziej jak?.

Sprawa ta obnażyła bowiem problem fundamentalny – stowarzyszenie, które ma „swoich” ludzi w radzie, w zasadzie nie ma żadnego mechanizmu kontroli nad nimi. Może powołać lub odwołać swój własny zarząd, ale radnych może jedynie w zasadzie ładnie prosić.

Partie polityczne wypracowały sobie różne mechanizmy (jak na przykład słynne weksle, które podpisywali kandydaci Samoobrony), choć lojalność wobec partii przestała być czymś pozytywnym, a raczej jest symbolem braku lojalności wobec obywateli. Jak zbudować struktury, w których lojalność nie będzie formą patologii (nie będą, jak to jest na warszawskim Bemowie, „folwarkiem”, lub, jak to było u Leppera. strukturą wodzowską) – ale jednocześnie nie będzie też „kombatanctwem” (gdzie najważniejszym kryterium będą „zasługi”) i umożliwi zmianę pozycji czy chwytu w walce aikido ze zdecydowanie silniejszym przeciwnikiem? Do jakiego stopnia Wójcicki jest prezydentem Ludzi dla Miasta? Czy Maciej Wudarski, powołany przez Jaśkowiaka na wiceprezydenta Poznania, ma reprezentować stanowisko poznańskiego Prawa do Miasta, z którego się wywodzi, czy może powinien kierować się własnym rozsądkiem albo zbudować zupełnie nowy sposób utrzymywania łączności ze środowiskiem? To wszystko nie są pytania łatwe, ale musimy zacząć na nie szukać odpowiedzi. Czas struktur nieformalnych dobiega końca. Oczywiście można powiedzieć, że nadszedł czas reanimacji partii. Ale myślę, że stać nas na więcej.

Autor jest antropologiem, pracownikiem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Z ruchami miejskimi związany od 2009 r. W 2011 r. współorganizował pierwszy Kongres Ruchów Miejskich (publikowaliśmy wtedy rozmowę z nim o Kongresie) a podczas ostatnich wyborów samorządowych był koordynatorem ogólnopolskiego Porozumienia Ruchów Miejskich. Wiosną 2015 r. wydawnictwo „Bęc Zmiana” wyda jego książkę pt. „Kapitalizm miejski – antropologia globalnej urbanizacji i nierównego rozwoju”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.