Kraj

Nie mówcie dziewczynkom, że są ładne

W naszej kulturze tzw. „męskie oko” jest najważniejszym punktem odniesienia w kontekście oceny atrakcyjności kobiet. Ciało dziewcząt i kobiet w tym spektaklu jest przedmiotem, który uznaje się za atrakcyjny lub nie. To czysta seksualizacja – mówi nam dra hab. Iwona Chmura-Rutkowska.

Paulina Januszewska: Mamy za sobą kolejny rok szkolny w cieniu pandemii, kondycja psychiczna dzieci i młodzieży jest w opłakanym stanie. A jednak tym, co zdominowało dyskusje ostatnich przedwakacyjnych tygodni był temat zbyt krótkich szortów i odsłoniętych ramion uczennic. Co pani na to?

Iwona Chmura-Rutkowska: Czuję irytację, ale wiem, że to nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz. Całkiem niedawno dyskutowaliśmy przecież o ogłoszonych przez ministra Czarnka planach odchudzania dziewczynek.

Ale nie chłopców.

Bo w przeciwieństwie do dziewcząt, wygląd chłopców nie jest uznawany za ich kluczowy zasób społeczny. W patriarchalnym społeczeństwie bardzo silnie zakorzeniona jest są chęć kontrolowania, oceniania, dyscyplinowania i wywierania presji na młode i dorosłe kobiety w kwestii ich atrakcyjności fizycznej. Zjawisko nadmiernego skupiania się na niej to chleb powszedni większości kobiet. Formalizowanie obyczajów w postaci szkolnych statutów czy korporacyjnych dresskodów stanowi jedynie kolejny przejaw zjawiska, którego doświadcza każda z nas we wszystkich sferach codzienności.

Czarnek, przestań mi tu dziewczynki prześladować!

Dyrektorka szkoły muzycznej z Poznania pisała podczas 30-stopniowych upałów do uczniów i uczennic tak: „Jeśli krótkie spodenki – to do kolan. Bluzeczki zakrywające ramiona i brzuch. Ubiór sportowy mile widziany na lekcjach WF”. W Łomży z kolei wywieszono na szkolnych korytarzach wywieszono informację o tym, że „ubiór uczniów powinien być schludny, a jego elementy nie powinny nikogo rozpraszać czy prowokować”. Nie dziwi pani, że nauczycielki i nauczyciele przykładają do tego rękę?

Z ogromną przykrością spoglądam na sytuacje, w których zamiast skupić się na realnych problemach, wygenerowanych lub pogłębionych przez pandemię, część kadry pedagogicznej zajęła się uszczelnianiem zasad dotyczących długości spódnic i głębokości dekoltów. Na szczęście ta sprawa wywołała dyskusję i dostrzegam jej pozytywne aspekty.

Jakie?

Po pierwsze – niemal każda próba wprowadzania restrykcji dot. ubioru spotyka się z coraz większym otwartym oporem samych uczennic, ich rodziców, a także części kadry nauczycielskiej. Dostrzegam − z nieskrywaną satysfakcją − że niepisany, ale obowiązujący od dawna kontrakt na szkolną skromność i grzeczność dziewcząt, rozumianą jako bycie miłą i posłuszną, zaczyna powoli tracić swoją moc.

A po drugie?

Mamy dzięki temu szansę rozmawiać o tabuizowanych i ukrytych za obyczajowością głębszych problemach społecznych. Coraz więcej osób widzi, że pod normami i zasadami kryją się czasem niezbyt jasne i wcale niezwiązane z troską o bezpieczeństwo dzieci i młodzieży interesy. Spróbujmy zastanowić się komu i z jakiego powodu tak naprawdę zależy na tym, żeby dziewczęcego ramienia, czy kolana było widać mniej lub więcej i dlaczego te części ciała oceniane są inaczej kiedy należą do dziewcząt, a inaczej, kiedy do chłopców.

Podobną dyskusję otworzyła decyzja niektórych zawodniczek sportowych podczas olimpiady o zrezygnowaniu z bardzo skąpych regulaminowych strojów. Wśród argumentów za mocno wyciętymi majtkami dominował ten najbardziej seksistowski – odkryte części kobiecego ciała są przyjemne dla oka oglądających rozgrywki kibiców i sponsorów.

Igrzyska w Tokio. Komu potrzebny jest objazdowy cyrk przemysłu sportowego?

Bach. Kawa na ławę. Subiektywna przyjemność męskiego obserwatora jest większą wartością niż swoboda ruchów i komfort olimpijki.

Kwestią zasadniczą zatem nie jest spór o to, jak długie rękawy czy spódnice mają nosić dziewczęta i kobiety w szkole czy pracy, ale to, jak ubiór dziewcząt wpływa na samopoczucie patrzących na nie kolegów. W tym miejscu jesteśmy − szokujące prawda?

To chyba jasne, że politycy, tacy jak doradca min. Czarnka dr hab. Skrzydlewski, który uważa, że za Strajkiem Kobiet stoi sam diabeł, a teraz postuluje „ugruntowanie cnót niewieścich”, chcą w ten sposób utrzymać patriarchalne zasady gry. Ostatkiem sił próbują sprawić, by dziewczęta i kobiety pozostały ładne, posłuszne i trzymane krótko.

Jednak w powszechnej narracji dominuje zapewnienie, że rządzącym zależy na dobrostanie dzieci. Część ludzi łapie się na to tak samo, jak na kłamliwy przekaz, że widoczność osób LGBT+ w przestrzeni publicznej deprawuje nieletnich. To nieprawda. W przypadku wytycznych co do szkolnego stroju mamy do czynienia z debatą dorosłych prowadzoną ponad głowami młodych ludzi, która traktuje o specyficznie pojmowanej moralności, a nie o potrzebach dziewczynek i chłopców. Fakt, że nikt nie zaprasza uczniów do tej rozmowy denerwuje mnie tak samo, jak seksistowska podszewka postulatów, by dziewczynki były „mniej wyzywające i nie kusiły chłopców”.

Czyli uczymy je, że muszą brać na siebie winę za impulsy, niewłaściwe zachowania rówieśników czy dorosłych mężczyzn?

Tak właśnie działa kultura gwałtu, w której ofiara jest zawsze sama sobie winna, bo, np. założyła mini-spódnicę. Argument za tym, by dziewczynki bardziej się zakrywały jest niemal tak stary, jak nasza cywilizacja, która dyktuje nam sposób postrzegania kobiecości i cielesności. Ciało kobiet ma być tu niczym więcej jak tylko atrakcyjnym, erotycznym przedmiotem, który pobudza patrzących, zwłaszcza zainteresowanych nim chłopców i mężczyzn.

To oznacza, że męskie oko staje się najważniejszym punktem odniesienia, które nakłada już na małe dziewczynki odpowiedzialność za kontrolę swojego wyglądu, poruszania się czy długości szortów. Nie ma tu miejsca na zainteresowanie ich dobrostanem i relacją z ciałem. Podmiotem są ci, którzy na nie patrzą. Ich przyjemność liczy się przede wszystkim. To czysta seksualizacja. Zadaniem kobiet jest wpasowywać się w aktualnie akceptowane kulturowe normy i klisze, czyli odpowiadać na cudze oczekiwania i gusta.

Czy w takim razie możemy uznać, że sam koncept szkolnego dress-code’u jest czymś, co odbiera podmiotowość młodym ludziom, a dziewczętom zwłaszcza?

Sama idea – moim zdaniem – nie, bo jakikolwiek kod, norma czy zasada to po prostu typ umowy społecznej, obowiązującej i usprawniającej działanie w różnych obszarach życia publicznego, np. w szkole, gdzie spotykają się bardzo różni ludzie. Istotne jest jednak, żeby najważniejsi aktorzy i aktorki danej sytuacji, czyli w tym przypadku uczniowie i uczennice, mieli wpływ na treść tej umowy, rozumieli z czego ona wynika i wiedzieli, że ma ona im, jako społeczności, służyć.

To znaczy?

Jeśli młodzież i dzieci spędzają w szkole wiele godzin, a jednocześnie muszą być w dobrej kondycji psychofizycznej, trzeba zadbać o ich komfort i zdrowie, np. w czasie upału. W większości szkół nie ma klimatyzatorów, dostępu do łazienek wyposażonych w prysznice czy przestrzeni, w której można odsapnąć i się ochłodzić. Przeciwnie – uczniowie i uczennice skazane są na siedzenie przez wiele godzin w ciasnych, dusznych salach i na takich samych korytarzach.

W szkolnym dress-codzie powinno więc chodzić o adekwatne do warunków zadbanie o potrzeby oraz zdrowie i bezpieczeństwo. Nie rozumiem dlaczego jest tak duży opór przed tym, by młodzi ludzie mogli wspólnie z dorosłymi przedyskutować i zdecydować, jakich zasad w kwestii ubrania warto się trzymać – społeczność samodzielnie decydowałaby, co jest dla niej ważne.

Wróbel: Zanim staniecie się kobietami

Kryteria byłyby jednak inne niż „stopień rozpraszania płci przeciwnej”. Zabraniając noszenia bluzek na ramiączkach nie zajmujemy się przecież ciałem, wyglądem czy ubraniem w kontekście dobrego samopoczucia, zdrowia czy bezpieczeństwa, lecz przekonaniami i obyczajami, zbudowanymi na znaczeniach jakie przypisujemy kobiecemu ciału.

Gdzie przebiega granica pomiędzy seksualizacją a troską, biorąc pod uwagę fakt, że strażnicy moralności chcą bronić dziewczynki przed byciem obiektami seksualnymi, a tak naprawdę paradoksalnie sami je nimi czynią?

To rzeczywiście pułapka, w którą łatwo może wpaść każdy i każda z nas. Seksualizacja polega na nadawaniu seksualnych znaczeń, przypisywaniu seksualnych motywacji czy seksualnej atrakcyjności dzieciom lub dorosłym, którzy nie mają takich intencji albo nie są ich świadomi. Jeśli ktoś postrzega określony typ stroju, rodzaj szminki, typ kolczyka u innej osoby jako coś, co go seksualnie pobudza, problem leży po stronie patrzącego, a nie nastolatki czy dziecka, które zakłada wygodne, akceptowane przez rówieśników czy modne spodenki. Lansowane i niezwykle seksualizujące trendy w modzie stanowią zresztą drugie dno tej opowieści. A to, co uważamy za atrakcyjne seksualnie lub erotyczne, jest określane przez naszą kulturę, w innej zaś może być całkiem neutralne.

Na przykład?

Istnieją przecież miejsca na świecie, w których chodzi się nago albo zakrywa się niewielkie części ciała; w których kobiety nie zasłaniają piersi. Dla nas to kompletnie nieakceptowalne, ponieważ uważa się, że biust należy do atrybutów erotycznych, a nie związanych chociażby z karmieniem dziecka. Poza tym piękno kojarzone jest niemal wyłącznie z wyglądem, ocenianym jako atrakcyjny z punktu widzenia mężczyzn. Skutki takiego podejścia boleśnie odczuwają już małe dziewczynki.

Nie karmimy piersią po to, żeby stare zboki mogły sobie popatrzeć

Dlaczego?

Bo nie jest ważne, jakie mają wyniki w matmie, jakie talenty, czy dobrze grają w koszykówkę albo czy świetnie śpiewają. W obliczu znaczenia jaki ma ich wygląd blakną wszystkie umiejętności, pozafizyczne cechy oraz zasoby. W ten sposób wyważa się pierwsze drzwi do seksualizacji, czego niestety wielu rodziców i pedagogów zwyczajnie nie rozumie. Myślenie o kobietach w kategoriach urody jest tak znormalizowane w naszej kulturze, że przestaliśmy zwracać na to uwagę, ale jednocześnie dziwimy się i piętnujemy dziewczynki, które − chcąc podnieść swoją atrakcyjność w grupie, być lubianą, akceptowaną, popularną − inwestuje w makijaż czy zakłada modną bluzkę eksponującą jakiś fragment ciała. Przecież sami jej wpoiliśmy, że to zachowanie jest „kobiece”, normalne i oczekiwane społecznie.

Chyba nie do końca celowo.

Ale bezrefleksyjnie. Dorośli skupiają się na wyglądzie swoich dzieci już od urodzenia, strojąc dziewczynki w fikuśne sukienki, ciągle komentując ich urodę, ale także oceniając aparycję innych kobiet. Gdy opisujemy obce osoby, najczęściej koncentrujemy się nie na tym, jakie mają cechy charakteru ale właśnie na ich cechach fizycznych. Mówimy np. o przysadzistej blondynce z takimi a nie innymi nogami, co sprowadza się do smutnej konstatacji, że kobieta nie ma ciała, lecz nim jest. Skłonność do porównywania, oceniania i krytykowania dolewa oliwy do ognia procesu, skutkującego fiksacjami, obsesjami i zaburzeniami, których źródła tkwią w chorobliwej, narzuconej społecznie trosce o wygląd.

Czytałam ostatnio artykuł, w którym autorka upomina rodziców, by więcej myśleli o tym, jakie kostiumy zakładają dzieciom. Zastanawiam się jednak kto tu kogo seksualizuje – matka, która kupuje bikini małemu dziecku, czy jednak osoba, która na to patrzy i się oburza?

Myślę, że obie strony w tym przypadku mają dobre intencje. Jako rodzice przez dość długi okres rozwoju dziecka sami decydujemy o tym, jak je ubieramy, kierując się własnym gustem i wyobrażeniem o stosowności stroju do konkretnego wieku czy płci. Pod tym względem rozumiem intencję dziennikarki, o której pani wspomina.

Młodzież nie jest dziś „rozseksualizowana” bardziej niż sto lat temu [rozmowa z Agnieszką Kościańską]

Co dokładnie ma pani na myśli?

Rodzice i opiekunowie powinni włączyć swoją uważność i nie ulegać bezkrytycznej modzie. Zarzuty autorki tekstu są słuszne, bo wiele osób, które kreują i promują modę, postrzegają dziewczynki jako „małe kobietki”. Hołdując trendom przebieramy więc dziewczynki w dorosłe kobiety, co stanowi ewidentny zabieg ustawienia dzieci w roli obiektów seksualnych. Dzieci − nieświadomych komunikatu społecznego, jaki w danej kulturze do wielu osób może wysyłać skąpe bikini.

 Ale – znowu – nie chce mi się wierzyć, że rodzice robią to świadomie.

Dlatego musimy się zastanowić, czy rozumieją, jak seksualizacja działa, oraz – na ile kobiety i mężczyźni wychowani w kulturze, w której dobrze widziane jest, żeby ich córka wyglądała ładnie i kobieco, potrafią zrezygnować z własnej satysfakcji na rzecz dobra dziecka. Nie jest bowiem tajemnicą, że matki i ojcowie zyskują społecznie na tym, że mają w domu dziewczynkę, która jest powszechnie oceniana jako piękna i atrakcyjna, a do tego posłuszna i grzeczna. Przewietrzenie głowy i dostrzeżenie tych mechanizmów musi więc w pierwszej kolejności nastąpić po stronie rodziców, choć niebezpieczeństwa czyhają też gdzie indziej.

W mediach?

Owszem. Nastolatki, które same wybierają sobie ubrania, podlegają wielkiej machinie konsumpcyjnej, ciałocentrycznemu przekazowi mainstreamowej kultury, która wprost krzyczy, że najważniejszym, a właściwie jedynym kapitałem kobiety i tym, czym może zdobyć świat, uznanie, popularność, jest ciało uznawane za piękne. Wprawdzie dziś doskonale wiemy, w jaki sposób działają kapitalizm i media, zdajemy sobie też sprawę, na czym polega wychowanie i socjalizacja, ale ponieważ podstawową potrzebą ludzka jest akceptacja społeczna − nie potrafimy uciec od ich wpływu lub niekiedy go przegapiamy.

Tak wygląda sytuacja dziewczyn i młodych kobiet w świecie bez edukacji seksualnej

Dzieci i nastolatki tymczasem uczą się poprzez obserwację, patrzenie na dorosłe modele, słuchanie języka otaczających ludzi. Często też dostają sprzeczne sygnały.

To znaczy?

Z jednej strony jest ta popularna kultura i rodzice strojący dzieci w bikini, z drugiej, ci sami rodzice razem z nauczycielami formułują zupełnie przeciwne i restrykcyjne normy, zakazy i zalecenia, oparte na wartościach moralnych, z góry uznanych za dobre i właściwe. Do tego matka czy ojciec bez cienia żenady, oglądając telewizję lub spotykając się ze znajomymi, szorstko oceniają ludzi, używając argumentów ad personam osadzonych w kontekście wyglądu: „patrz, jak tamta przytyła w covidzie, zobacz jak się ubrała”. Dziewczynka słyszy te komunikaty nagminnie.

I co sobie myśli?

Uczy się, że jej wygląd jest kluczowym komunikatem na jej temat, i że inni ludzie mają prawo do oceniania, dyscyplinowania i ograniczania jej ciała. Słowem: jest w potrzasku, ale nikt nie chce z nią rozmawiać. Nikt nie pyta, co o tym myśli. Gdyby nie media społecznościowe – głos i perspektywa dziewcząt byłaby niesłyszalna. Niewielu jest dorosłych gotowych wysłuchać co mają do powiedzenia dziewczęta. Ale już osób, które dyrektywnie próbują zarządzać ich ciałami? Tych jest całe mnóstwo. Tymczasem niechciane komentowanie czyjegoś wyglądu narusza granice i dobrostan tej osoby. Każda próba zawstydzania, poniżania czy sugerowania, że kobieta wyglądem np. prowokuje innych do przekraczania norm, jest formą przemocy psychologicznej.

I przejawia się też w agresji rówieśniczej, którą bada pani pod kątem płci. Z tych obserwacji wynika, że 60 proc. nastolatków i nastolatek codziennie doświadcza przemocowych zachowań, które wiążą się z wyśmiewaniem wyglądu, seksistowskimi uwagami i aluzjami do rzekomej rozwiązłości. „Dziwkami” bywają nazywane zaledwie 12-letnie dziewczynki. Dlaczego?

Bo takim językiem posługują się dorośli. Opresja słowna, wymierzona zwłaszcza w dziewczęta i kobiety, jest jak powietrze, którym codziennie, niekiedy nieświadomie oddychamy w przestrzeni publicznej. Pamięta pani Romana Sklepowicza, który stwierdził, że ładne i porządne kobiety idą na dyskotekę, a te brzydkie na Czarny Protest? I zastanawiał się „kto r**a” te drugie? To esencja naszej seksistowskiej kultury i powszechnego przyzwolenia na tego typu wypowiedzi.

Na szczęście wobec Sklepowicza zapadł wyrok, w którym wygrała determinacja pozywającej go za te słowa Magdaleny Dobrzańskiej-Frasyniuk. Bardzo się cieszę, choć nie zmienia to faktu, że seksistowska mowa pogardy wśród młodych ludzi jest bardzo mocno obecna. Ale tu – znów podkreślę – dzieci i nastolatki niczego nowego nie wymyśliły – robią to, co my dorośli od dawna.

Czyli?

Transmitują z pokolenia na pokolenie określone wzorce krzywdzenia, które odzwierciedlają nasze podejście do płci, cielesności i seksualności. Jeśli kobiety oceniamy głównie przez pryzmat ciała i atrakcyjności seksualnej, to oczywistym jest, że, gdy chcemy je skrzywdzić, uderzymy dokładnie w te obszary. Kiedy pomyśli pani o najczęściej używanych w polszczyźnie przekleństwach, okaże się, że niemal wszystkie wiążą się z wulgarnie określaną aktywnością seksualną. Sfera życia, która powinna być opisywana językiem miłości, przyjemności i zabawy, jest opisywana jako brudna i pełna przemocy.

Z czego to wynika?

Z naznaczania od stuleci seksu piętnem grzechu, uznawania go za sprawę diabelską, zakazaną, złą. A cielesność, kojarzona z kobiecością, ma być gorsza od intelektu, przypisywanego mężczyznom. Dlatego młodzi ludzie, gdy chcą sobie dopiec, mówią o „dziwkach”, „dupach”, „pasztetach”, grubych świniach”, „lochach”, „maciorach” itp., korzystając z całego repertuaru body-, fat- i slutshamingu. Uderzają w czułe punkty: ciało, którego zwykle nie możemy zmienić i w seksualność, uznawaną za niemoralną.

Nastolatki powinny być piękne – taki przekaz wywiera olbrzymią presję [rozmowa]

Potrzebujemy zmian systemowych i kulturowych, żeby położyć temu kres. Ale czy istnieją jakieś działania, które można skutecznie zastosować w skali mikro?

Tak. I jest ich całkiem sporo. W dodatku każdy z nas – niezależnie od tego, czy jest rodzicem, nauczycielką, blogerem, dziennikarką, reżyserem teledysków, projektantką mody – może tworzyć bezpieczną, nieoceniającą przestrzeń dla młodych ludzi. Najważniejszym apelem, który zwykle wystosowuję do dorosłych, jest: „przestańcie plotkować o cudzym wyglądzie, zwłaszcza, gdy rozmawiacie o innych kobietach i dziewczętach”. Skoncentrujmy uwagę na ich intelekcie, umiejętnościach i takie też komunikaty formułujmy w obecności chłopców.

Na przykład?

Jeśli twój syn idzie na urodziny do koleżanki, to może nie kupujcie jej spinek do włosów w prezencie, ale – powiedzmy – kostkę Rubika? Poza burzą pięknych loków ta dziewczynka ma też mózg. Samym dziewczynkom z kolei dajmy wybór i przestrzeń do wyrażania swojego zdania. Zanim będziemy mieli ochotę im coś zasugerować, usłyszmy je. To wzmocnienie dziewczyn może się odbywać w domu podczas zwykłej rozmowy, w klasie, gdy piszemy wspólnie regulamin szkoły, ale też wtedy, gdy przygotowujemy artykuł czy kampanię społeczną, do których warto zapraszać kogoś więcej niż tylko ekspertów. Przede wszystkim jednak stawiajmy na życzliwość wobec innych i samych siebie.

Samych siebie?

Tak, bo negatywny stosunek do własnego ciała staje się też silnym sygnałem dla naszego dziecka, że nie da się lubić siebie ani być wystarczającym. Jeśli mama bez przerwy powtarza: „muszę iść do kosmetyczki, schudnąć, kupić nową kieckę”, no to może się okazać, że i jej córka uzna ciągłe przejmowanie się urodą za życiowy priorytet. A reklamowe slogany utwierdzą ją w przekonaniu, że posiadanie ciała sprowadza się do ozdabiania, korygowania i dyscyplinowania go.

Spróbujmy więc tego wewnętrznego krytyka ujarzmić, ale z drugiej strony uruchommy i zaszczepmy w dziewczynkach i chłopcach zdolność do krytycznego przyglądania się wzorcom, modelom, instagramowym ideałom i do demaskowania mechanizmów, które za tym stoją. Fakt, że większość nastoletnich dziewczynek filtruje zdjęcia po to, by pokazać inną, lepszą wersję siebie, nie wynika przecież z tego, że młodzież sobie tak wymyśliła. Uczą się tego od dorosłych kobiet-influencerek.

Do kogo należy ciało modelki?

Czyli niekiedy wystarczy po prostu szczera rozmowa?

Tak, ale zaprośmy do niej dzieci i młodzież. Niech wiedzą, że mają prawo do stawiania swoich granic, że niechciana ingerencja w ich przestrzeń, komentowanie wyglądu może być przemocą, że powinny na nią reagować i szukać w związku z tym pomocy. Zanim zaś zaczniemy projektować jakieś rozwiązania typu nowy regulamin w szkole, postawmy rzetelną diagnozę dotyczącą potrzeb młodych ludzi. Zwracając uwagę w pierwszym rzędzie nie na ideologię, ale na wygodę, praktyczność, temperaturę. Narzucone odgórnie normy zwykle budzą opór, ale kiedy wytwarzamy je razem, wtedy czujemy się za nie współodpowiedzialni i wiemy, że są nasze. Jak to załatwić w szkole, żeby nie było awantury? Posadźmy przy wspólnym stole dzieci, młodzież, ich rodziców, nauczycieli i podyskutujmy. Tak będzie najlepiej dla wszystkich.

**
Iwona Chmura-Rutkowska jest pedagożką i socjolożką. Adiunktką na Wydziale Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Członkinią Rady Naukowej Interdyscyplinarnego Centrum Badań Płci Kulturowej i Tożsamości UAM oraz wykładowczynią Gender Studies na UAM.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij