Felieton

Frustra

Znam chyba wszystkie argumenty i chwyty retoryczne, ale ćwiczę to od ćwierćwiecza.

Jeśli nawet przed 1989 Kościół miał swoje zdanie na temat aborcji, to się z nim nie obnosił ani nie narzucał. Ale już w czasie kampanii wyborczej do sejmu kontraktowego temat ten zaczął wypływać, a w styczniu 1991 powstała sejmowa Komisja Nadzwyczajna do rozpatrzenia projektu o ochronie prawnej dziecka poczętego. Zajmowała się ona projektem senackim z jesieni 1990, który zakładał zakaz przerywania ciąży z wyłączeniem gwałtów i zagrożenia życia kobiety oraz karanie lekarzy. I tak zaczęła się batalia, którą może zakończyć (pewno nie na wieczność, ale nie każdy ma czas, żeby czekać) całkowite zwycięstwo obozu antyaborcjonistów. Kto sądzi, że ma do powiedzenia w tej sprawie coś, co dotąd nie zostało jeszcze powiedziane, zapewne się myli. Wykorzystano też chyba wszelkie możliwe środki perswazji, nacisków, lobbowania, mobilizowania opinii; listy obywatelskie i demonstracje.

Dlaczego przegraliśmy?

Spór o aborcje posłużył do celów politycznych. Podzielił obóz solidarnościowy, który i tak musiał się podzielić, i stworzył podwaliny pod obecną architekturę sceny politycznej. Albo, powiedzmy to po Schmittiańsku, w ten sposób powstawała polska polityczność i jako taka wymagała ona konfliktu, antagonizmu, wyraźnego podziału na „my” i „oni”. Aborcja, która ani dla dzietności, ani dla funkcjonowania państwa, a tym bardziej jego gospodarki nie ma większego znaczenia, świetnie się do tego nadawała. Spory o kwestie moralne rozpalają emocje, a bez nich nie ma polityki. W warunkach polskich była to także gra o poparcie Kościoła, instytucji lobbingowej o dużych wpływach symbolicznych. Jeśli tak na to spojrzymy, to w sporze o aborcję stawką była po prostu władza. Nikogo tak naprawdę nie obchodziły ani kobiety, ani kwilące zarodki. Cóż z tego, że jest to dręczenie i poniżanie kobiet, sposób sprawowania nad nimi władzy? Żyjemy w patriarchacie i mało komu to przeszkadza. No i najwygodniejszą formą szlachetności i poświęcenia jest czynienie tego na cudzy rachunek. Łatwo jest wybierać cierpienie… dla innych. (Odpowiednio wczesna aborcja nie powoduje cierpienia płodu – zawsze warto o tym przypominać w kraju, gdzie dzieciom pokazuje się fałszywe filmy w rodzaju Niemego krzyku.).

Dlatego też z walki o prawo do wolnego wyboru tak łatwo było przestawić liberalny dyskursu publiczny na inne tory: obrony „rozsądnego kompromisu”. Kompromis ten różnił się od całkowitego zakazu o kilkaset legalnych aborcji rocznie, a to czubek góry lodowej. Jednak podział na rozsądnych, tych od „kompromisu”, i „obrońców nienarodzonych” nadal pełni te same funkcje. Przy okazji jednak obóz, który kiedyś nazywano „pro choice” został zepchnięty na margines i uznany na nadmiernie radykalny.

Wszytko to nie odniosłoby jednak skutku, gdyby nie autentyczne emocje i odruchy, które częściowo zostały wykorzystane, a częściowo stworzone chociażby przy pomocy manipulacji językiem.

Pierwszą wygraną bitwą była ta o język. Zniknął zarodek czy płód jako pewna faza rozwojowa, a zastąpiło je dzieciątko bezbronne, mieszkające nie w macicy, tylko pod sercem mamusi.

Czy wszystko możemy jednak zrzucić na manipulację polityczną? Jest jeszcze druga kwestia, która z trudem mieści się pro choicom w głowie. Jak to możliwe, że nasze racjonalne, emocjonalne i etyczne argumenty, statystyki i drastyczne przykłady nie działają? Nikomu nawet nie chce się na nie sensownie odpowiedzieć?

Zacznijmy od psychologii moralności i dość powszechnie uznawanego opisu kolejnych faz rozwoju moralnego jednostki: przedkonwencjonalizm, konwencjonalizm i postkonwencjonalizm. To bardzo proste: najpierw dziecko jest egoistyczne, kształtowane przez aprobatę lub dezaprobatę opiekunów, potem poznaje i zaczyna akceptować normy i nakazy społeczne, aby dorastając zrozumieć, że mają one charakter konwencjonalny. Ostatnim stadium rozwoju jest osiągnięcie autonomii moralnej pozwalającej na podejmowanie własnych odpowiedzialnych wyborów, także niezależnie od obowiązujących zasad i nacisków.

Jezus – przekraczający reguły judaizmu i krytykujący faryzeuszy – osiągnął fazę postkonwencjonalną. Dla ateistki może być symbolem przekroczenia krępujących regulacji w kierunku bardziej rozwiniętej wrażliwości moralnej. Kościół natomiast jest Wielkim Inkwizytorem, który chrześcijaństwo wyposażył w autorytety, dogmaty a czasami stosy. Oraz mnóstwo prostych wskazówek, co jest dobre, a co złe. Może nie jest to istota chrześcijaństwa, ale praktyka Kościoła katolickiego w Polsce – na pewno.

Katolicka indoktrynacja zatrzymuje ludzi w rozwoju właśnie gdzieś mniej więcej w fazie konwencjonalizmu.

Katolicka indoktrynacja zatrzymuje ludzi w rozwoju właśnie gdzieś mniej więcej w fazie konwencjonalizmu. A jednocześnie Kościół uchodzi za ostoję moralności, nawet wśród światłych obywateli. Wiadomo, gdyby ksiądz nie wbijał dzieciom i maluczkim do głowy prostych formułek, to by palili, gwałcili i mordowali.

Feministyczna etyka troski, mieszcząca się już w fazie postkonwencjonalnej, mówi mniej więcej tyle, że nie ma prostych rozwiązań. Opierając się na doświadczeniu, empatii, wiedzy o relacjach, pragnieniach i potrzebach różnych podmiotów, biorąc pod uwagę dające się przewidzieć skutki społeczne, należy wybrać rozwiązanie, które przysporzy wszystkim najmniej cierpienia. Żadna jedna zasada nie może mieć charakteru absolutnego. Fundamentalistyczna normatywna moralność i powtarzanie mantry o świętości życia poczętego jest sprzeczne z tak rozumianymi etycznymi postulatami.

Dla ludzi ukształtowanych przez polski konserwatyzm jest to po prostu nie do pojęcia. To tak jakby komuś, kto dopiero nauczył się działań na ułamkach, mówić o całkach. Nie możemy się efektywnie porozumieć, skoro posługujemy się zupełnie innymi kodami, ale nie ma tu symetrii – jedni uważają tak, drudzy inaczej i są to równorzędne poglądy. Jedynie szantaż politycznej poprawności zabrania nam powiedzieć, że jest to coś więcej niż fundamentalna różnica wartości. To różnica poziomów.

Wiem, że to słaba pociecha, a nawet wręcz przeciwnie. Mówienie do kogoś, kto nie może, nie chce i nie musi (bo ma władzę) nas rozumieć, jest jak rzucanie grochem o ścianę albo walenie głową w mur.

Podczas gdy strona liberalna, w myśl własnych reguł, usiłuje traktować przeciwnika z szacunkiem, i stara się nie dyskredytować cudzych odczuć moralnych, ten mur jest kompletnie głuchy na wszelkie argumenty i do tego pluje ogniem, odmawiając przeciwnikom wszelkiej moralnej wartości.

Długotrwałe walnie głową w mur jest stresujące. Bycie niewysłuchanym, nieszanowanym i poniżanym, a jednocześnie bezradnym, rodzi zrozumiałą frustrację. Może wywoływać też gniew, który będzie kolejnym dowodem na szaleństwo feministek i ich sojuszników. I zarzuty o „wykonywanie wyroków śmierci na niepełnosprawnych dzieciach”. Jest to w gruncie rzeczy sytuacja przemocowa i unikanie jej wydaje się rozsądną obroną psychologiczną.

I to jest właśnie odpowiedź na pytanie, czemu kobiety, także mężczyźni, tak słabo i niezbyt tłumnie walczą. Czemu opór nie jest silniejszy i bardziej masowy.

Po prostu – frustra i poczucie bezradność.

To nie znaczy, że należy przestać, jeśli ktoś ma dość siły i odporności. Wciąż i wciąż trzeba powtarzać te same argumenty– jeśli ktoś jeszcze ma siłę – bo jeśli przestaniemy je powtarzać, to w obiegu pozostaną już tylko argumenty antyaborcjonistów i wykręty zwolenników „kompromisu aborcyjnego”.

Ja znam chyba wszystkie argumenty i chwyty retoryczne, ale ćwiczę to od ćwierćwiecza. A co w głowach mają dziś młodzi?

Czytam wypracowanie z portalu Bryk, ciekawe, ilu uczniów je przepisało? Liceum, język polski, temat wolny, „Co ja sądzę na temat aborcji?”. Już jeden cytat by wystarczył: „Kiedy odrzucamy tak wielki dar jakim jest nowe życie płacze nawet niebo.”

Ale jest w nim jeszcze wyliczanka, powtarzana tymi samymi słowami w wielu podobnych wypracowaniach. Polska szkoła, jak widać, nie pomija tego problemu i dostarcza uczniom odpowiedniej naukowej wiedzy. Religia, WOS, biologia?

To lista strasznych zdrowotnych skutków aborcji:

– krwotoki, powstające przez uszkodzenie ciała w czasie usuwania płodu;
– zakrzepy, które prowadzą do choroby żył;
– infekcje w ciele kobiety;
– komplikacje przy kolejnych porodach takie jak poronienia, ciąża pozamaciczna itp.;
– śmierć matki.

Jest w tym tunelu światełko. Autorka przywołanego wypracowania pisze też (pisownia oryginalna):

„Jednak wiem, że z moimi 15 wiosnami na pewno nie wiem jeszcze wszystkiego o świcie. Nie wiem jaka byłaby moja reakcja w przypadku gdyby mnie zgwałcono. Jakbym się zachowała wtedy? Nie wiem… Poza tym nie wiem czy znalazłaby tyle siły w sobie aby zająć się dzieckiem upośledzonym. W tej sytuacji tez trudno jest mi odpowiedzieć na takie trudne dylematy. Dlatego nie potępiam ostatecznie tego, co robią kobiety.”

Gdyby ktoś do niej dotarł, porozmawiał, może dziewczyna potrafiłaby poprowadzić dalej swoje rozumowanie? Skoro nie potępiam (nie czuję wstrętu do tego grzechu morderstwa na bezbronnym dziecku), to może jest to głos mojego sumienia (sumienie podobno jest najważniejsze), który podpowiada mi, że to nie jest złe? A jak nie jest, to może nie trzeba zakazywać?

Mnie jednak dopadła frustra. Nie mam już siły walić głową w mur.

**Dziennik Opinii nr 93/2016 (1243)

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".