Felieton

Ugrzęźliśmy w akumulacji pierwotnej

Akumulacja pierwotna ukształtowała polskich biznesmenów, akumulację pierwotną chcieliby powielać w nieskończoność.

„Gazeta Wyborcza” jest podzielona tak, jak Platforma Obywatelska. Obie są podzielone tak, jak całe nowe polskie mieszczaństwo, którego Platforma jest partią, a „Gazeta” gazetą. Jak wiecie, w moich ustach bycie partią lub gazetą nowego polskiego mieszczaństwa to nie jest epitet, gdyż tej warstwie społecznej przyglądam się z fascynacją i niepokojem, bo od niej wszystko zależy. Albo będzie antyklerykalna i liberalna jak dzisiejszy Palikot (inny pretendent do reprezentowania nowego polskiego mieszczaństwa), albo klerykalna i neoliberalna jak dzisiejszy Gowin (ibidem), albo ostrożnie emancypacyjna jak Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, albo będzie słyszała „bijące serce zygoty” jak Brygida Grysiak. Wszystko jest w grze. Szale wagi polskiej polityki, polskich mediów, polskiego kapitalizmu, polskiego Kościoła, polskiego świeckiego państwa lub jego nieistnienia… poruszają się delikatnie w rytm egzystencjalnych wyborów nowego polskiego mieszczaństwa.

„Gazeta Wyborcza” także jest w ruchu. Znajdziemy tam Witolda Gadomskiego, kompetentnego dziennikarza ekonomicznego, a jednocześnie dogmatycznego neoliberała, gdyż ekonomia nie jest nauką ścisłą, ekonomia jest nauką społeczną (wielki i szalony anarchista metodologiczny Paul Feyerabend, idol mojej kontestacyjnej młodości, wyśmiałby ten podział w ogóle). I tak jak inne nauki społeczne produkuje swe dogmatyzmy i swoje ideowe wojny. Jest tam jednak również Adam Leszczyński uważający – moim zdaniem słusznie – że ekonomia jest nie tylko nauką społeczną, ale wręcz humanistyczną (parafraza za Karol Marks). Powinna zatem być rozliczana nie wedle autonomicznych kryteriów efektywności absolutnej, ale wyłącznie wedle kryteriów zaspokajania lub niezaspokajania rozmaitych potrzeb społecznych (to także nie rozwiąże naszych problemów z ekonomią).

Jeszcze inny dziennikarz „Gazety Wyborczej”, Grzegorz Sroczyński, przeprowadził do wydania wigilijnego najbardziej w tym wydaniu religijny (w sensie Franciszka, a nie w sensie Cthulhu) wywiad z profesorem Krzysztofem Jasieckim z IFiS PAN. Jasiecki, zamiast wzorem wielu polskich socjologów produkować mity na temat polskiego kapitalizmu i bronic ich, od lat ten kapitalizm bada empirycznie. Interesuje go poziom generowanego przez ten kapitalizm bogactwa i biedy, poziom rozwarstwień społecznych, a przede wszystkim – samoświadomość nowej polskiej biznesowej elity.

Obraz wydaje się przerażający, choć w istocie jest po prostu obrazem stanu przejściowego, akumulacji pierwotnej, chwilowej (jak wszyscy mamy nadzieję, choć nie mamy pewności) zapaści człowieczeństwa towarzyszącej nieśmiałym próbom wychodzenia ze stanu natury.

Nie będę rozmowy Sroczyńskiego z Jasieckim streszczał, jest na to zbyt ciekawa. Polecę garścią cytatów. „W Polsce sukces firmy jest wyłącznie zasługą właściciela i prezesa. Owoce sukcesu należą się tylko jemu. Przez indywidualistyczne myślenie elit biznesowych mamy przestarzałe strategie zarządzania, które coraz bardziej różnią się od stosowanych w państwach europejskiego rdzenia. Te strategie demobilizują, bo wyłączają z sukcesu polskich firm całe grupy pracowników […] według OECD Polska jest w światowej czołówce pod względem skali zróżnicowań dochodowych […] nie da się wyjaśnić tak dużych dystansów dochodowych jedynie logiką transformacji. W Czechach czy na Słowacji przemiany ustrojowe były podobne, a nierówności dochodowe są tam znacznie mniejsze. Na sytuację w Polsce wpływa między innymi klimat ideowy polskiego kapitalizmu”.

I na koniec coś do sztambucha Jarosławowi Gowinowi adresującemu się politycznie do ludzi, którzy świadomościowo ugrzęźli w akumulacji pierwotnej. Tym razem refleksja samego Jasieckiego: „Możemy dyskutować o polityce prorodzinnej i becikowym, ale dla wzrostu demograficznego to pensje są ważne. Jeśli pozostaną na obecnym poziomie, dzieci nie będzie”.

Badania Jasieckiego pokazują samoświadomość polskiej elity biznesowej akceptującej sytuację, w której Polska gospodarka może być konkurencyjna wyłącznie dzięki niskim kosztom pracy. To logiczny model dla okresu przejściowego, tylko że polscy biznesmeni nie uważają tego stanu za przejściowy, lecz za docelowy. Akumulacja pierwotna ich ukształtowała, akumulację pierwotną chcieliby powielać w nieskończoność. Mogę to potwierdzić także na podstawie własnych punktowych doświadczeń spotkań z nimi.

Na przykład z pewnym członkiem władz BCC w ekonomicznym programie Polsatu. Zaczął tam narzekać, że polscy pracownicy są „mało mobilni”. W poszukiwaniu pensji minimalnej albo dwustuzłotowej podwyżki tej pensji nie chcą się przenosić o „głupie 20 albo 200 kilometrów”. „Jak to nie są, jak są?” – zauważyłem z pewnym rozbawieniem, cytując oczywiście Ferdynanda Kiepskiego. „Przebywają nie tylko 200, ale 2000 kilometrów. Do Anglii, do Niemiec… Są już wystarczająco mobilni, by uciec z kraju akumulacji pierwotnej. Musielibyście zniszczyć Unię, żeby znów mieć ich tylko dla siebie”. Sprecyzowałem, że nie uważam za możliwe doścignięcie w Polsce wysokości pensji brytyjskiego czy niemieckiego pracownika (doścignięcie pensji niemieckiego czy brytyjskiego prezesa okazało się akurat możliwe, właściciele polskich firm mają niemieckie limuzyny, ale ich pracownicy nie mają niemieckich ubezpieczeń społecznych). Jednak rezerwy konkurencyjności gospodarki polskiej opierające się wyłącznie na „niskich kosztach pracy” powoli się wyczerpują. Mimo tych doprecyzowań członek władz BCC i tak się na moje „straszne lewactwo” obraził. Elity biznesowe akumulacji pierwotnej to nie są ludzie, którzy mieliby ucho do dialektyki.

Wiecie, jak mało oczekuje od życia liberał zmęczenia, taki jak ja. Rozumiem, że Polska jest krajem wciąż niebogatym, wyniszczonym przez własną historię, społecznie rozbitym. Dlatego cieszy mnie do nieprzytomności każdy kilometr autostrady, każdy litr ciepłej wody z kranu, każde Pendolino, każdy nowy tramwaj, każdy miliard euro nadwyżki handlowej z Niemcami (obecnie są to blisko 4 miliardy). Zatem cieszą mnie nawet osiągnięcia najokrutniejszego z etapów rozwoju polskiego kapitalizmu, akumulacji pierwotnej. Jednak obawiam się, że jej rezerwy już się w Polsce wyczerpują. A konsekwencje tego wyczerpania mogą być groźne – bez nowego impulsu społecznego, politycznego, ekonomicznego. Choćby to, że z kraju akumulacji pierwotnej uciekają masowo – bo mogą, bo jest Unia Europejska i jej rynek pracy – najprężniejsi, najbardziej „mobilni” przedstawiciele każdego kolejnego pokolenia.

Mnie to martwi również z przyczyn ideowo-politycznych, gdyż oznacza to, że znikają z tego kraju także miliony ludzi najbardziej mobilnych kulturowo. Pozostawiając urny wyborcze do dyspozycji mniej kulturowo mobilnym, bardziej zatem dotkniętym peryferyjnym resentymentem wyborcom prawicy smoleńskiej, narodowej, parareligijnej. A tę część ludu, skazaną na polską akumulację pierwotną, chętnie obsługują jego cyniczni i fałszywi przyjaciele, nasi peryferyjni „thatcheryści” i „katoliccy tradycjonaliści”. Finansowani chętnie przez tych biznesmenów, którzy akumulację pierwotną chcieliby w Polsce mieć w nieskończoność.

W ten sposób „nadbudowa” znów splata się z „bazą”, gdyż za najniższą stawkę godzinową w Europie, płaconą tym pracownikom, którzy nie potrafili uciec od polskiej akumulacji pierwotnej, nie wyprodukujemy polskiej Nokii ani polskiego grafenu, choćby nawet nowym przedsięwzięciom przecinał wstęgę sam premier, a błogosławił je sam abp. Michalik.

Dla tych, co nie rozumieją: to nie jest tekst lewacki, to nie jest tekst rewolucyjny, to jest tekst reformistyczny, chadecki, socjaldemokratyczny. Jednak z punktu widzenia polskich „thatcherystów” i „tradycjonalistów katolickich”, z punktu widzenia dzisiejszej polskiej prawicy w jej najgłębszym upadku, wszystko co znajduje się na lewo od zdziczenia akumulacji pierwotnej to „straszne lewactwo”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej