Witold Mrozek

Apel poległych – Goodbye, Kultura(lna)

Uwaga. To jest przydługi felieton o tzw. problemach pierwszego świata. Mówi o urzędniczej arogancji, artystowskiej naiwności oraz o myślowym marazmie. Mowa będzie także o warszawskim teatrze, a nawet o knajpach. Jeżeli komuś z PT Czytelników szkoda na te tematy czasu, polecam przewinąć na koniec artykułu – znajduje się tam konkretny i całkiem szeroko zaadresowany apel.

Ale to za chwilę.

Warszawa, jak wszyscy wiemy, to miasto widm. O tym, że na placu Defilad istnieje widmowy gmach Muzeum Sztuki Nowoczesnej, szkoda pisać. Ale jest też w Warszawie widmowy teatr – a raczej teatr z widmowym dyrektorem. To TR Warszawa, dawne Rozmaitości – miejsce kultowe, legendarne, bez którego polski teatr byłby dziś być może równie oderwany od rzeczywistości, co polskie kino. Otóż od niemal pół roku Grzegorz Jarzyna – dyrektor i twórca legendy TR – nie podpisał zaproponowanego mu przez miasto kontraktu.

Dlaczego? Bo, jak mówi, nie może wziąć odpowiedzialności za instytucję, której budżet nie starcza obecnie nawet na pokrycie kosztów stałych, nie mówiąc o prowadzeniu działalności. A proponowana umowa nie zawiera gwarancji budżetu, choć zgodnie z nową ustawą o prowadzeniu działalności kulturalnej powinna.

Wieść, że TR nie ma dyrektora, gruchnęła w marcu – po wywiadzie, którego Jarzyna udzielił Jackowi Żakowskiemu w „Polityce”. Sprawa przewaliła się przez opiniotwórcze radiowe poranki i obrosła w wypowiedzi dziennikarskich gwiazd. Zrobił się lekki kwas, a że Hanna I, cesarzowa Warszawy, nie cieszy się już taką sympatią mainstreamu jak kiedyś, trzeba było jakoś zareagować.

Ratusz ogłosił więc, że Jarzynę  docenia i że sprawę załatwi. Jarzyna oświadczył, że docenia, iż jest doceniany i czeka na dalsze ruchy. Czeka nadal, choć już bez większego zainteresowania mediów – na wymianie prasowych oświadczeń sprawa utkwiła.

Minął maj, a TR Warszawa dyrektora jak nie miał, tak nie ma. Teatr w dostarczonej miastu analizie tłumaczy: przeprowadziliśmy restrukturyzację, zredukowaliśmy etaty, jesteśmy w stanie pozyskiwać własne środki z ministerstwa i zagranicy, ale by to robić, na działalność wciąż potrzebujemy pieniędzy. Miasta to widać nie przekonuje – budżetu nie zwiększa. A bez gwarancji większego budżetu Jarzyna kontraktu nie podpisze. Pat.

W sytuacji Jarzyny jak w soczewce skupia się cały bezsens sporów o warszawską politykę kulturalną. Siódmy rok rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz mija w stołecznej kulturze pod znakiem jałowego odbijania piłeczki.

Ileż to już razy cała Polska słuchać musiała warszawskich pytań – czy TR dostanie nową siedzibę, unikając spadkobierców przedwojennego kamienicznika z Marszałkowskiej? Czy wybudowane zostanie Muzeum Sztuki Nowoczesnej? Czy na stanowiska dyrektorskie będą przeprowadzane transparentne konkursy? W każdym wypadku rzeczywistość odpowiada – nie. W mediach prawda ta komunikowana jest w sposób eufemistyczny i zawiły: owszem, planujemy rozpoczęcie prac, inwestycja się przedłuża, mamy problemy formalne. Przy bezpośrednich spotkaniach – z dosadnym wdziękiem karykatury urzędnika z czasów Gomułki. Wicie, rozumicie – nie zrobimy, bo możemy nie zrobić. I co?

Niewiele w tej debacie się zmienia. Do niedawna aktywiści trzeciego sektora i szefowie „postępowych” instytucji cieszyli się jak dzieci, gdy otrzymywali od władzy jakąkolwiek deklarację. I jak dzieci dziwili się, gdy na słowach się kończyło. Rozmaite społeczne ciała partycypacyjne szybko stawały się fasadowe bądź bezsilne. Szumne „programy rozwoju kultury” okazywały się kompletnie jałowe. Pisane językiem szlachetnego dialogu, wartości, idei, dobrych praktyk, nie wytrzymały starcia z urzędnikami, rozumiejącymi wyłącznie twardy język przepisów i procedur.

Robię to, co robię – bo wygrałem wybory i przepisy mi na to pozwalają. Może pora, żebyście – drodzy włodarze – wyborów nie wygrali?

Owszem, Krzysztof Warlikowski doczekał się w końcu swojej sceny w dawnym garażu śmieciarek na Mokotowie. I jakkolwiek by to zdanie śmiesznie brzmiało, jest to świetny materiał na surową teatralną przestrzeń, piękną schyłkowym pięknem zdezindustrializowanej społecznej pustyni – Polski. Miejsca, gdzie nie stać nas nawet na próbę zorganizowanego oporu. Obrona Le Madame, o której mieszkając jeszcze w Krakowie słyszałem legendy, wydaje się dziś wydarzeniem równie odległym i niemożliwym, co masowe strajki w PRL. Choć przecież w sytuacji warszawskiej  władza to znowu „oni”.

A „my” – my nie tylko nie bronimy się za bardzo. Przestaliśmy w ogóle sensownie rozmawiać publicznie o warszawskiej kulturze. Zostało nam opłakiwanie kolejnych ważnych miejsc, żale na fejsbuku i żarty przy piwie. Które niebawem będziemy pić głównie po domach albo w parku Skaryszewskim. Po ważnych klubokawiarniach – Chłodnej 25 i Nowym Wspaniałym Świecie – zniknie, jak się okazuje, Cafe Kulturalna w Teatrze Dramatycznym. Temu kultowemu klubowi ze świetnym programem muzycznym dyrektor Tadeusz Słobodzianek wypowiedział umowę, by poszukać na jego miejsce sieciówki. Trudno zresztą nie widzieć w tym chęci, by zrobić na złość młodej stołecznej inteligencji. Ta za Słobodziankiem – syndykiem masy upadłościowej po Dramatycznym – nie przepada. 

Zajęci żałobą po znikających inicjatywach bądź próbą ich rozpaczliwej obrony, nie zastanawiamy się nad tym, co dalej. A skoro jesteśmy postawieni pod ścianą, trudno nam rozmawiać o tym, czego musimy bronić przed „onymi”. Choćby nad rolą i miejscem tzw. poszukujących teatrów w Warszawie.

Oczywiście, choć budżet TR Warszawa na tle wielu polskich scen nie jest najgorszy, to instytucja o takim dorobku i międzynarodowym prestiżu zasługuje na szczególne traktowanie. Ale zafiksowanie dyskusji na sprawach TR czy Nowego Teatru sprawia, że nikt już tu nawet nie upomina się o teatr, który byłby tym, czym niegdyś była scena przy Marszałkowskiej. Bardziej miejscem żywej, gęstej i regularnej dyskusji o tu i teraz niż refleksji nad schyłkowością ludzkiej kondycji. Refleksji – nawet jeśli pełnej estetycznego rozmachu, wirtuozerii i ironii – to prowadzonej jednak z wyżyn wybitnego artysty-współczesnego klasyka. Na szczytach panuje cisza. I nie ma ryzyka. A niżej dokoła – konserwa, tandeta i wicher wieje.

Na koniec obiecany apel:

Drodzy warszawiacy-bez-meldunku, określani też czasem dość okropnym mianem „słoiki”. Współtworzymy to miasto, to w nas uderzają kolejne posunięcia decydentów, na których wybór nie mamy wpływu. Wkrótce kolejne wybory samorządowe. Wcześniej, co coraz bardziej prawdopodobne – referendum ws. odwołania prezydent m. st. Warszawy. Dajmy sobie szansę wzięcia w nich udziału. Wbrew rozpowszechnionemu poglądowi meldunek w Warszawie – o który nieraz ciężko i którego obowiązek dawno stał się martwym przepisem – nie jest niezbędny do głosowania w lokalnych wyborach czy referendach. Przed urzędnikiem wystarczy wykazać, że tzw. centrum naszych życiowych interesów leży w Warszawie, pokazując umowę najmu, umowę pracy czy zlecenia, zaświadczenie z uczelni itd. A w wielu urzędach nawet tych dokumentów nie trzeba okazywać. Wystarczy wniosek o dopisanie do spisu wyborców.

Załatwmy to. Samorządowe wybory ciągle mogą coś zmienić.

Tekst ukazał się na portalu e-teatr.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Witold Mrozek

| Krytyk teatralny, publicysta
Krytyk teatralny i publicysta. Dziennikarz „Gazety Wyborczej”, wcześniej „Przekroju”. Studiował na MISH UJ.