Felieton

Kto na chodniku, ten płaci

Tak się akurat składa, że ostatnio sporo się zdarzyło. A to naprawdę gratka dla felietonisty: tematów do pisania nie brak. Dręczą mnie pytania, na które szukam odpowiedzi i chętnie poszukałabym ich publicznie. Na przykład: czy Łukasz Warzecha i Tomasz Terlikowski komentowaliby decyzję Angeliny Jolie, gdyby ta poddała się amputacji dłoni zamiast mastektomii? A jeśli nie, to dlaczego piersi powodują tak wielkie emocje u tych bądź co bądź dorosłych już panów? Albo co bardziej bulwersuje Polaków: kobieta z podbitym okiem czy facet w czerwonej sukience? Ponieważ jednak uprzedziło mnie kilkoro redakcyjnych kolegów i koleżanek i wyczerpało przynajmniej po części powyższe tematy, postanowiłam zająć się sprawą mniej ekscytującą. Sprawą lokalną, warszawską i mnie bezpośrednio tyczącą.

Otóż Warszawa ma problem: „rowerzyści na chodnikach opanowali miasto”. Rzeczywiście zrobiło się ich sporo. Co prawda jeszcze całkiem niedawno wizja kierowców i pasażerów autobusów przesiadających się się na dwa kółka wzbudzała niemały entuzjazm, ale w praktyce okazała się pomysłem nietrafionym oraz wysoce irytującym. Dlaczego? Oczywiście wszystkiemu winni są sami rowerzyści.

Trotuarami zasuwają dziesiątki cyklistów, którzy jeżdżą zbyt szybko, siejąc popłoch wśród starszych ludzi i rodziców z małymi dziećmi. „Rowerzysta na chodniku to agresywny tchórz, dla którego bóstwem jest umiejętność rozpychania się, czyli życie rowerowe dzikich”, pisze w „Wyborczej” zatroskany obywatel. „Gdyby ci wszyscy, którzy jeżdżą dzisiaj na rowerach chodnikami, przenieśli się na jezdnie, żylibyśmy w miastach piękniejszych i… bardziej bezpiecznych”, czytam w serwisie Polska na rowery

Trudno odmówić racji protestującym. Chodniki są dla pieszych i oni mają na nich pierwszeństwo. Nikomu nie przeszkadza jeden spokojny i uważny cyklista, ale kiedy robi się tłok, sytuacja zaczyna wyglądać niewesoło. Przez ostatnie pół roku rowerzyści spowodowali kilka poważniejszych wypadków i potrącili kilkudziesięciu przechodniów. Wśród poszkodowanych znajdowały się dzieci. Na szczęście policja zaczęła działać. Ogłosiła antyrowerową akcję. Za jazdę po chodniku i przez przejścia dla pieszych grozi 50 zł. kary. Straż miejska i drogówka ustawiły się w strategicznych punktach i skrupulatnie wyłapują tych, którzy nie przestrzegają przepisów. Czy jednak rzeczywiście to rowerzyści są winni zamieszania na ulicach?

W przeciągu ostatniego roku w wielu dzielnicach Warszawy zainstalowano wypożyczalnie rowerów miejskich Veturilo. Inicjatywa niezwykle szczytna. Nie trzeba już gnieść się w zatłoczonym metrze ani stać w niekończących się korkach, żeby dotrzeć do szkoły lub pracy. Wystarczy zapłacić kilka groszy i wsiąść na rower. Potem można go przypiąć do najbliższego stojaka. A kiedy po południu zaczyna padać deszcz, spokojnie wrócić autobusem, żeby następnego ranka znowu wsiąść na rower, który czeka pod domem.

Według serwisu Polska na rowery Veturilo są wypożyczane średnio 11 tys. razy w ciągu jednego dnia, a użytkownicy przejechali nimi łącznie prawie półtora miliona kilometrów. I wszystko wyglądałoby naprawdę świetnie: atrakcja dla turystów, rozładowane korki, mniej spalin, zadowoleni, wysportowani obywatele, którzy oszczędzają na horrendalnie drogich biletach autobusowych… Tyle tylko, że wprowadzając ów świetny projekt w życie, ktoś znowu nie pomyślał, bo Warszawa jest miastem kompletnie nieprzygotowanym na przyjęcie tylu rowerzystów.

Od wielu lat sama jeżdżę rowerem. I przyznam szczerze – wyłącznie po chodnikach. Dlaczego? Po prostu się boję. Kilka razy znalazłam się na jezdni w sytuacji skrajnie niebezpiecznej, a kiedy przejeżdżam po ścieżce rowerowej przez pasy na zielonym świetle, skręcający w prawo kierowcy niezmiennie starają się zepchnąć mnie z drogi. W moim najbliższym otoczeniu w ciągu ostatniego roku doszło do trzech poważnych wypadków: dwóch kolegów zostało potrąconych, jeden ma zwichniętą nogę, drugi zerwane ścięgna, a teściową uderzył samochód i trafiła do szpitala z pękniętą wątrobą. Nie dalej niż trzy dni temu znajomy na Facebooku pisał, że wyprzedzający go kierowca zaczepił lusterkiem o słuchawki od Iphona i wyrwał mu telefon z kieszeni.

A w sobotę wieczorem jechałam taksówką. Sympatyczny pan szofer przez całą drogę tłumaczył, jak bardzo wkurwiają go cykliści na ulicach. Na moje nieśmiałe protesty odpowiedział, że taksówkarze „sami rozwiążą ten problem”. I wcale mnie ta odpowiedź nie dziwi. Każdy, kto choć raz spróbował przemierzyć ulice Warszawy na dwóch kółkach, wie doskonale, że rowerzyści denerwują wszystkich: policję, przechodniów na chodnikach, licznych pieszych na nielicznych ścieżkach rowerowych i kierowców samochodów na jezdni.

Nie twierdzę, że nie ma problemu ze strony rowerzystów, ale prawdę powiedziawszy, nie znam ani jednej osoby, która wolałaby jeździć chodnikiem, jeśli ma obok ścieżkę. Tyle tylko, że tych ścieżek brak. Nie ma również wyznaczonych na ulicach pasów. O ile wypadek na chodniku kończy się zazwyczaj paroma siniakami, zderzenie z samochodem stanowi śmiertelne zagrożenie. Jeżeli władze Warszawy zdecydowały się założyć wszędzie wypożyczalnie Veturilo, to powinny również przystosować ulice. Ale po co, skoro dużo taniej jest zmobilizować straż miejską i zainicjować nową grę miejską: „kto na chodniku, ten płaci”.

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.