Świat

Znikający Romowie

W wielu wsiach na Zaolziu ludzie są „tu stela”, czyli stąd. Nie dotyczy to jednak Romów. Tekst Anny Cieplak.

W Koszarzyskach (Košařiska), położonych około dwudziestu kilometrów od granicy polsko-czeskiej, odbywa się mielerz, czyli wypalanie węgla drzewnego. Ostatni miał miejsce jeszcze przed I wojną światową. Grupa Polaków, Czechów i Słowaków postanowiła przywrócić tę tradycję. Biorą siedmiodniowe urlopy, podczas których dzień i noc pilnują mielerza. Ich działanie nie przypomina grup rekonstrukcyjnych, to raczej spotkanie znajomych. Towarzyszą im mieszkańcy wioski, na co dzień zajmujący się wypasaniem owiec i pracą przy domu, oraz polscy i czescy muzealnicy zainteresowani etnografią.

Zainteresowanie Polski, Czech i Słowacji tutejszą kulturą ludową wspiera Unia Europejska. Aplikowanie o dotacje oraz dostosowywanie praktyk do unijnych wytycznych jest częstym tematem ich rozmów, komentarzy, a także żartów i docinków. Organizatorzy mielerza mają dosyć dobrze rozbudowaną sieć komunikacji z innymi osobami pielęgnującymi lokalne tradycje. Specjalnie umawiają się, żeby imprezy w Polsce, Słowacji i Czechach nie odbywały się w tych samych terminach i nie konkurowały o odbiorców.

Koszarzyska to jedna z wielu wsi położonych na Zaolziu, gdzie niełatwo jednoznacznie określić, z jaką narodowością identyfikują się mieszkańcy i w jakim języku najłatwiej będzie się porozumieć. Żyje tu najwięcej członków mniejszości polskiej w Republice Czeskiej. W spisie powszechnych przeprowadzonych w 2011 roku prawie 26 procent obywateli Czech nie określiło swojej narodowości. Część Polaków zamieszkujących tereny przygraniczne przypisuje to asymilacji i rezygnacji z polskiej kultury, co stanowi zresztą temat licznych sporów i dyskusji.

Starsi Czesi i Polacy z Koszarzysk opowiadają, że podział na dwa narody się rozmył. Na Zaolziu ludzie są „tu stela”, czyli stąd. Oznacza to przywiązanie do konkretnego miejsce zamiast do narodowości. Ludzie „stela” porozumiewają się w gwarze wspólnej dla polskiej i czeskiej części Śląska Cieszyńskiego i smuci ich, gdy młodzież mieszkająca na Zaolziu coraz częściej wybiera zamiast niej angielski, by porozumieć się z rówieśnikami z Czech, Polski i Słowacji.

To porozumienie ponad podziałami nie dotyczy jednak innych mniejszości narodowych na Zaolziu – szczególnie romskiej. Według spisu ludności w Czechach mieszka 13 150 Romów (ich prawdziwa liczba jest wyższa). Najwięcej w województwie śląsko-morawskim, którego częścią jest Zaolzie, i w Pradze.

Z badań przeprowadzonych przez Tadeusza Siwka (Uniwersytet Ostrawski) wynika, że czeska młodzież ma w większości pozytywny lub neutralny stosunek do dwujęzycznych napisów w miastach, gdzie mieszka ponad 10 procent Polaków. Te same badania pokazują jednak, że młodzi często posługują się stereotypami o zabarwieniu ksenofobicznym bądź otwarcie wyrażają niechęć wobec Romów. Gdy mieli opisać zdjęcie zniszczonej dwujęzycznej tablicy, udzielali odpowiedzi typu „Cyganie to ukradli” albo podobnych, choć przecież zadanie w ogóle nie dotyczyło Romów, tylko relacji polsko-czeskich.

Mieszkańcy z okolic Jabłonkowa (Jablonkov) chętnie opowiadają o Romach, choć twierdzą, że poruszanie tej sprawy uchodzi za brak poprawności politycznej. Potrafią się cieszyć, że mniejszość romska nie mieszka w ich pobliżu: „Dopiero dwadzieścia kilometrów stąd są Romowie, tak że możemy czuć się bezpieczni”, mówią. Przypominają czasy Czechosłowacji, gdy mieli rzekomo sami zadecydować, czy nowe bloki w Jabłonkowie zostaną przeznaczone dla Romów, czy dla górników z Czech i Słowacji. W rzeczywistości decyzja w tej sprawie została narzucona przez ówczesne władze. Wiele osób do tej pory wypomina Romom, że należało im się mniejsze wsparcie.

Na pytanie, co należy zrobić, aby Romowie nie czuli się dyskryminowani, często pada odpowiedź, że nie ma takiego problemu. Powszechnie przypisuje się całej romskiej mniejszości patologiczne zachowania (kradzieże, lenistwo, pijaństwo), traktując je jako wyznacznik ich odmienności kulturowej, i postuluje cięcia socjalne, które mają rzekomo ten problem rozwiązać.

Tymczasem sytuacja socjalna Romów jest bardzo trudna. W Trzyńcu (Třinec) spółka CBI Byty wykupiła folwarki, które powstały na początku XX w. dla robotników pracujących w hucie. Do sierpnia 2012 budynki mieszkalne zostaną zlikwidowane, a zamieszkujące je rodziny romskie wysiedlone. Romowie mają tutaj ogródki, hodują kury, ich dzieci chodzą tu do szkoły; nie wyobrażają sobie, co dalej. Uważają się za Czechów, ale trudno powiedzieć, czy taka deklaracja po prostu nie ułatwia im życia. Wystarczy porównać oficjalne spisy ludności: liczba Romów zmniejszyła się z 1779 w 2001 roku do 711 w 2011, choć faktycznie mieszkańców pochodzenia romskiego wcale aż tylu nie ubyło.

Pustoszenie folwarku w Trzyńcu opisuje w „Zwrocie”, polskim czasopiśmie wychodzącym w Czechach, Halina Szczotka: „Powoli zostają tylko bezdomni, którzy ze zrobionych własnoręcznie materiałów zbudowali sobie prowizoryczne domki. O nich nikt nie pomyślał. Bo jak można przeprowadzać kogoś, kto nie ma domu i kogo tu oficjalnie nie ma?”

W latach 20. XX wieku rodziny romskie miały własne domy w Kocobędzu (Chotěbuz ) i innych gminach cieszyńskich. Lata powojenne były czasem ich bezwzględnej asymilacji. Z tego powodu wielu z nich przeniosło się na Słowację. Potem normy prawne i podejście na poziomie instytucjonalnym się zmieniało – powstawały specjalne instytucje do spraw romskich, a po ’89 roku oddolne stowarzyszenia i organizacje (większość z nich działa w Pradze). W tym roku pojawił się pomysł powołania w Czechach pełnomocnika rządu ds. Romów. Wciąż jednak można powiedzieć, że są to tylko działania interwencyjne.

W kwietniu w Kocobędzu zginął postrzelony w głowę Rom. Był posądzony o kradzież. Kumar Vishwanathan, aktywista romski, przedstawiciel ostrawskiej organizacji „Współistnienie”, która pomogła rodzinie zebrać pieniądze na pogrzeb, podkreśla, że Romowie uważają zabitego za ofiarę tragicznej pomyłki. Mieszkańcy Kocobędza z kolei zorganizowali protest w obronie sąsiada, który postrzelił chłopaka, ponieważ według nich zrobił to, chroniąc swoje mienie. Nastroje w Kocobędzu oddają atmosferę panującą w wielu innych miastach Czeskiej Republiki.

Na pograniczu jak w laboratorium widać, że Polacy i Czesi rzadko zawiązują koalicje z Romami. Gdy stowarzyszenie Wspólnota Polska zorganizowało w Trzyńcu festiwal, na który zaproszono Romów, Greków i Słowaków, pojawiły się liczne komentarze, że mniejszość polska nie powinna się prezentować razem z innymi, ponieważ jest autochtoniczna na tym obszarze. Polacy są „stela”, a Zaolzie to ich miejsce. Nie można tego powiedzieć o Romach, którzy nie są do końca zadomowieni ani po czeskiej, ani po polskiej stronie.

Problemy tej mniejszości, jej relacje z Czechami i Polakami czy język są praktycznie nieobecne w życiu publicznym, oświacie i mediach. O Romach możemy się czegoś dowiedzieć z opracowań historycznych i muzeów (np. w Brnie), ale rzadko dotyczą ich praktyki edukacyjne czy integracyjne. A przecież nie znikną tylko dlatego, że przemilczy się ich obecność.

Tekst powstał w ramach projektu „Obywatelski Transfer Kultury”. Projekt pokazuje różne formy obywatelskiego zaangażowania Czechów i Polaków w kulturę, poszukuje też odpowiedzi na pytanie o rolę kultury w procesach wspierających przemiany społeczno-polityczne. Partnerami i uczestnikami projektu są internetowe czeskie pismo społeczno-kulturalne Advojka (www.advojka.cz) i Centrum Środkowoeuropejskiej Architektury (www.ccea.cz) oraz fundacja ArtTransparent.

W ramach projektu w lipcu czescy dziennikarze i aktywiści odwiedzili instytucje kultury w Katowicach, Bytomiu i Wrocławiu.

Projekt finansowany jest ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Bio

Anna Cieplak

| Animatorka kultury, pisarka
Animatorka kultury, aktywistka miejska, autorka książek "Zaufanie" (2015), "Ma być czysto" (2016). Na co dzień pracuje z dziećmi i młodzieżą (od 2009 w Świetlicy Krytyki Politycznej "Na Granicy" w Cieszynie), nagrodzona za działalność w zakresie kultury przez MKiDN (2014), stypendystka programu "Aktywność obywatelska" (2015).

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.