Świat

Zamachy w mieście

Wieści o atakach w Paryżu z listopada 2015 roku musiały wywołać u osób, które jakiś czas spędziły w Kabulu, Bagdadzie czy Damaszku, niemiłe wrażenie deja vu.

Zamach bombowy odczuwa się tak: do miejsca, gdzie stoimy, do ulicy, którą przejeżdżamy, czy do restauracji, w której usiedliśmy, dociera najpierw niematerialna fala uderzeniowa skoncentrowanego lęku. Nie jest to jeszcze nagłe sprężenie powietrza towarzyszące wybuchowi. W normalnym i przewidywalnym przepływie dnia następuje gwałtowna przerwa, dzieje się coś niepojętego.

Po tej nadnaturalnej chwili wszystko odbywa się już fizycznie: prawdziwa fala uderzeniowa powala ludzi na ziemię, niszczy witryny sklepowe, przesuwa samochody i sprawia, że zazwyczaj gwarna i ludna ulica niemal momentalnie pustoszeje. Eksplozja przemienia ocalałych świadków w istoty, które koncentrują się na jednym celu: ukryć się natychmiast, przeczekać, przestać istnieć na czas tej chwili po wybuchu. Potem trzeba jeszcze chwilę odczekać, by upewnić się, że nie następują kolejne eksplozje, że nie czai się gdzieś obok kolejny zamachowiec.

Ci, którzy przeżyli zamach, biegną, nie krzyczą, nawet jeśli są dotkliwie ranni, po prostu oddalają się od epicentrum, od leja w ziemi, który pozostawił po sobie wybuchający samochód. Piesi oddalają się pośpiechu, mijając policjantów, którzy niepewnie zbliżają się do miejsca eksplozji, niepewni, czy usłyszana detonacja jest ostatnią. Ci, którzy siedzą w samochodach, natychmiast zawracają, a zakorkowana przed upiorną chwilą ulica bardzo szybko pustoszeje, bo ludzie nie porzucają samochodów i traktują je jako najpewniejszy sposób na oddalenie się od zagrożonego kwartału. Najbardziej niesamowicie wyglądają drzewa w bezpośrednim sąsiedztwie zamachu, które momentalnie tracą swoje soczyście zielone liście. Stoją tak potem przez długie tygodnie, nagie i beżowe, zaświadczając, że w miejscu tym wydarzyło się coś nadzwyczajnego, nadprzyrodzonego, co pozbawiło je naturalnego koloru, choć nie połamało przecież gałęzi. Długo jeszcze będą znaczyć miejsce zamachu, bo nagie drzewa po wybuchu nie goją się dobrze.

Ci, którzy zamach tylko usłyszeli, siedząc w tym czasie w biurze lub mieszkaniu, kulą się pod oknem i rozglądają bezradnie, niedowierzając ścianom i murom, które co prawda ich uratowały, ale nie pozwalają dojrzeć zagrożenia. Zdarzyło im się, że dostali jakąś cząstką framugi lub szyby i krwawią, lecz jednocześnie są ogłuszeni i zszokowani, wychodzą więc ze swojego pokoju na korytarz, rozglądają się wśród znajomych i przeliczają wzajemnie, usiłując przypomnieć sobie ilu ich było przed chwilą i czy ktoś aby nie wyskoczył na chwilę na posiłek.

Są też tacy, którzy w ogóle niezagrożeni echo wybuchu słyszą z drugiego końca miasta. Oni również wyczuwają przechodzącą falę, jakieś delikatne zapadnięcie się szyb w oknach, jakieś poruszenie tkanin, drżenie. Słysząc daleką eksplozję, której nie sposób pomylić z innymi dźwiękami miasta, spoglądają niepewnie w twarze swoich towarzyszy, szukając potwierdzenia swoich lęków i przeczucia, że w ich mieście znów się to wydarzyło. Wychodzą czasami ostrożnie przed dom lub wchodzą na dach i rozglądają się po horyzoncie, szukając słupa dymu, który zawsze wzbija się nad płonącymi samochodami. Dźwięk bomby niesie się przez nagle wyciszone miasto, choć później nie słychać już karetek czy wycia syren.

To są zamachy bombowe, nagłe i przypadkowo rażące swoje ofiary, ale zdarza się przecież, że  zamachowcy obierają sobie za cel jakąś restaurację, popularną wśród miejscowej i zagranicznej klienteli, i nie jest w stanie ich zatrzymać ochrona ludzi lub murów. Działają w grupie, jeden wysadza się przy samym wejściu, dwaj kolejni czekają za rogiem, by po pierwszej eksplozji wbiec do środka i zacząć strzelać do otumanionych gości. Nie biorą zakładników, nie zamierzają nawet prowadzić walki ze zbliżającą się policją, po zakończonej krwawej robocie wysadzają się w powietrze, detonując przywiązane do ciała ładunki.

Ludzie w sąsiedztwie słyszą te wybuchy, słyszą też kolejne, to znak, że policja wchodzi do pomieszczeń i robi to siłowo, rzucając kolejne granaty, nie bacząc na przypadkowe ofiary. Zamachów bywa tak dużo, że policjanci nie chcą ryzykować, przywykli do szybkiego i skutecznego kończenia takich incydentów.

Czasami akcje są błyskawiczne, trwają zaledwie pół godziny, przeważnie zamachowcom coś się jednak nie udaje, atakują niewłaściwe miejsce, mylą im się adresy, zamiast restauracji uderzają w prywatne domy. To miasto jest im kompletnie nieznane, pochodzą z daleka i nie potrafią prawidłowo zlokalizować adresu podanego im przez organizatora akcji. Jedyne, co im wówczas pozostaje, to zaatakować cokolwiek i bronić się wystarczająco długo, by kierownictwo siatki zdążyło umieścić w sieci informację o straceńczej akcji.

Jeśli jednak właściwie dobiorą cel, jeśli znają jego lokalizację, a grupa jest zorganizowana, to w efekcie nie można nawet mówić o zamachu terrorystycznym na jakąś restaurację czy klub, tam bowiem odbywa się metodyczna egzekucja, której przebiegu również nie można poznać, bo wszyscy jej uczestnicy giną. Zostają po nich zdjęcia wnętrz takich restauracji, z poskręcanymi ciałami, wśród których można czasami znaleźć dawnych znajomych czy przyjaciół.

Tak wyglądają zamachy terrorystyczne w Kabulu, stolicy Afganistanu.

***

Zamachy w Kabulu zawsze przebiegały według podobnych scenariuszy, tak prostych, jak prości i nieskomplikowani wydają się w pierwszym oglądzie ich sprawcy. Najczęściej chłopcy-mężczyźni, analfabeci, wiek do 25 lat, pochodzący z rodzin, które w ostatnich latach doświadczyły nędzy życia w obozie dla uchodźców i których jedynym sensowym powołaniem wydaje się dokonanie zamachu i męczeńska śmierć. Jeśli zgodzą się walczyć przez złożenie ofiary ze swego życia, to skorzysta ich rodzina: dostanie pieniądze, szacunek miejscowej społeczności, a oni sami zyskają poczucie, że choć na chwilę odnaleźli sens istnienia dzięki pomszczeniu wyimaginowanych, ale również realnych krzywd, jakie wyrządziły im władze. Dowolny jest wybór tych wrogich władz, może to być zarówno pakistańskie, jak i afgańskie wojsko, a najlepiej, żeby szahid mógł dokonać zamachu na żołnierzy amerykańskich, bo to przekleństwo życia pod okupacją najsilniej przemawia do młodej psychiki, nastawionej na bohaterstwo i dbanie o dobro wspólne małej społeczności.

Cechą charakterystyczną sytuacji terrorystycznej w Afganistanie stało się również to, że służby bezpieczeństwa coraz lepiej chronią obiekty ważne dla państwa, ambasady, ministerstwa czy budynki wojskowe. Terroryzm sponsorowany przez talibów przenosi się więc na cele najsłabiej chronione, nie mogąc zaszkodzić głównemu wrogowi. Ogromna większość ataków skierowanych przeciwko państwu afgańskiemu kończy się śmiercią i ranami przypadkowych przechodniów, natomiast przedstawiciele struktur rządowych lub zagranicznych uchodzą z zamachów cało.

***

Wieści o atakach w Paryżu z listopada 2015 roku musiały wywołać u osób, które jakiś czas spędziły w Kabulu, Bagdadzie czy Damaszku, niemiłe wrażenie deja vu.

Po raz pierwszy w Europie zamachy odbyły się w sposób znany ze stref wojennych.

Zaatakowano miejsca zupełnie niebronione, poza kontrolą i ochroną policji. Wcześniejsze akty terroru w Europie dotykały obiektów mających choćby symboliczną protekcję.

Zabezpieczana była redakcja „Charlie Hebdo”, chronione było londyńskie metro czy stacje kolejowe w Hiszpanii, co nadawało im pozór celu wojskowego, zrównywanego w radykalnych umysłach z przeciwnikiem godnym podjęcia z nim walki. Tymczasem atak na restaurację czy na salę koncertową nie ma nawet pozoru walki z aparatem państwowym, jest sianiem terroru pozbawionym znaczenia lub podtekstu, uderza w osoby całkowicie postronne i nie zmienia układu sił w najmniejszym stopniu. Jest tylko naruszeniem poczucia siły państwa, które nie umie obronić swoich obywateli. Atak na przypadkowo wybraną restaurację jest znakiem, że terror co prawda przegrywa walkę z instytucjami, ale nie gaśnie, tylko dobiera inne cele – łatwiejsze i straszniejsze zarazem.

***

Afgańczycy walkę ze swoją odmianą terroru prowadzą już 15 lat. Przeżyli wszystkie rodzaje terroryzmu – zamachy bombowe na budynki rządowe, na przejeżdżające konwoje wojskowe, na cywilne autobusy, na wesela, na pogrzeby, na restauracje, na bazary, na meczety, nawet na miejsca, gdzie odbywały się zawody sportowe. Tak intensywnie prowadzone operacje terrorystyczne powodują dwie reakcje.

Po pierwsze mieszkańcy miast przyzwyczajają się do życia w takiej atmosferze. Nie jest to oczywiście beznadziejne pogodzenie się z sytuacją, skutkujące apatią. Nie jest to również zobojętnienie, bo zamachy przynoszą jednak ogromne zmiany psychiczne wśród mieszkańców, wciąż niezbyt dobrze zbadane psychologicznie, ale wyczuwalne dla osób odwiedzających Kabul i spotykających jego mieszkańców. Efektem tej presji jest choćby masowa emigracja Afgańczyków i popularne tam depresje czy migreny. Afgańczycy przywykli do zamachów w ten sposób, że ich życie weszło na wysokie obroty przekształceń społecznych, a zamachy już raczej nie naruszają tkanki społecznej, z której niewiele zostało po długiej wojnie domowej, raczej stały się elementem zmiany. Terror stał się mieszkańcem Kabulu.

Po drugie Afgańczycy potrafili jednak w ostatnich kilku latach znaleźć sposoby na znaczne zmniejszenie liczby zamachów. W latach 2007–2009 w Kabulu dochodziło do zamachu niemalże co tydzień, przy znacznych stratach zarówno w atakowanych obiektach, jak i wśród przypadkowych przechodniów. Obecnie Kabul wciąż jest miastem, gdzie przeprowadzane są zamachy – czasami niezwykle krwawe, jak ostatni, który pochłonął ponad 60 ofiar – jednakże ich częstotliwość znacznie spadła, a wojna domowa między władzami a rebelią talibów przeniosła się na prowincję. Owszem, wojna ta powoduje co roku coraz większe straty wśród ludności, jednak statystycznie rzecz ujmując, Kabul i inne większe miasta stały się bezpieczniejsze pod względem zagrożeń terrorystycznych.

Afgańczycy przede wszystkim zainwestowali (a raczej pomogli im w tym Amerykanie) we własne służby specjalne i policję oraz w fizyczne środki przeciwdziałania terrorowi. Kabul stał się miastem praktycznie nieprzejezdnym z powodu ogromnej ilości zapór i punktów kontrolnych. Prowadzona jest na ogromną skalę inwigilacja życia miejskiego, łącznie z zawieszeniem na 800 metrowych linach nad miastem kilku balonów obserwacyjnych z dalekosiężnymi kamerami, które co prawda naruszają w przekonaniu mieszkańców afgańskiej stolicy prywatność ich domostw, ale jednocześnie pozwalają skutecznie obserwować to niezwykle chaotyczne miasto. Podsłuch telefonów jest praktycznie niczym nieograniczony, choć niepraktyczny i coraz rzadziej stosowany, ze względu na zrozumiałe obawy talibów przed używaniem elektronicznych środków łączności. Co ciekawe, rzadziej też dochodzą informacje o nadużyciach przemocy przez policję i służby i stosowaniu tortur, z których policja afgańska znana była jeszcze kilka lat temu. Według relacji oficerów tamtejszych służb, przemoc wobec zatrzymanych jest po prostu nieskuteczna. Tortury w Afganistanie zanikają więc samoistnie, jako nieskuteczny sposób walki z terrorem, choć wciąż niektórzy tamtejsi policjanci zabijają rebeliantów bez sądu, mszcząc się w ten sposób za własne porażki i zabitych kolegów.

Najlepszym środkiem do walki z grupami usiłującymi nękać miasto jest natomiast intensywna ich penetracja przez agenturę Narodowego Dyrektoriatu Bezpieczeństwa (NDS), któremu co roku udaje się zlikwidować kilka zespołów terrorystycznych szykujących swoje niezbyt niewyrafinowane operacje. Interesujące wyniki przynoszą również studia nad niedoszłymi zamachowcami-samobójcami prowadzone w latach 2007–2012, które wykazywały wiele pozareligijnych motywów stosowania tej formy walk i które zaowocowały m.in. potępieniami takich ataków przez tamtejszy kler. Badania grup, spośród których rekrutują się zamachowcy, przyniosły również istotne rozróżnienia rebeliantów, co wciąż jeszcze daje w Afganistanie szansę na dogadanie się z jednymi („umiarkowanymi talibami”) i ściganie preferujących terror spadkobierców pierwszej Al Kaidy.

***

Oczywiście rzeczywistość afgańska nie odpowiada wprost rzeczywistości europejskiej. Z pewnością nad miastami Europy nie zawisną balony obserwacyjne. Można jednak z Afganistanu wyciągnąć lekcję, która pozwoli nam lepiej zrozumieć dynamikę rozwoju ugrupowań radykalnych i posługujących się terrorem.

Ani Amerykanom, ani ich koalicjantom nie udało się w Afganistanie na większą skalę zinfiltrować ugrupowań talibskich, by móc skutecznie zapobiegać ich atakom terrorystycznym i rozbijać te struktury. Nie jest tajemnicą, że rzekomo precyzyjne uderzenia dronów na pograniczu pakistańsko-afgańskim nie są wynikiem jakiejś szczególnej wiedzy amerykańskich służb wywiadowczych o miejscach pobytu talibów, a wynikają one raczej z naprowadzeń przekazywanych przez afgańskie służby i ich współpracowników. Zatem z grupą terrorystyczną o określonym profilu kulturowym i językowym walczyć należy, używając wywiadowców wywodzących się z tego samego kręgu.

Inna lekcja: elektronika zawodzi. Nie działają systemy masowej inwigilacji i nieprecyzyjnego zbierania wszystkich możliwych danych, z których najlepsze nawet programy analityczne nie są w stanie wyczytać intencji zamachowców. Pozostaje tradycyjna robota policyjno-wywiadowcza, choć i ona może okazywać się bezradna. Na przykład francuskie służby oceniają ilość zradykalizowanych członków społeczności muzułmańskiej na około 5000 ludzi. Żadna, najpotężniej nawet wyposażona w elektronikę i swobodę działania służba nie jest w stanie ich wszystkich podsłuchać, a potem jeszcze tłumaczyć ich rozmów lub śledzić ich ruchów. Prościej jest pomyśleć o działaniach społecznych zmniejszających radykalizację tej społeczności, niż zaplanować kontrolę tak dużej liczby potencjalnie groźnych indywiduów.

Kolejna lekcja: terrorystów rodzą getta, a nie mityczne organizacje „światowego dżihadu”.

Zamachowców-samobójców ich szefowie znajdują w gettach, jakimi stały się obozy dla uchodźców afgańskich rozmieszczone na pograniczu pakistańskim i wokół Kabulu. Dzisiejszy Kabul ma w porównaniu z 1980 rokiem 10 razy więcej mieszkańców (ok. 5 mln) głównie za sprawą mas uchodźców wydziedziczonych z ziemi przez wojnę i przez niesprawiedliwe rządy „komendantów” po 2001 roku. Przedmieścia paryskie i brukselskie pełne są z kolei potomków pierwszej fali imigracji ekonomicznej z lat pięćdziesiątych, wypchniętych z rynku pracy w latach siedemdziesiątych i niepoddanych pomocy społecznej, poddanych za to radykalnym mułłom importowanym do meczetów z Arabii Saudyjskiej i Kataru. W Afganistanie kler jest raczej po stronie zmniejszenia radykalizacji i reprezentuje islam ściśle konserwatywny i suficki, choć nie fundamentalistyczny i wahabistyczny, nastawiony na wykluczanie innych grup (takfiryzm).

Ciśnie się na myśl jeszcze jedna lekcja: błąd, jaki popełniła koalicja międzynarodowa w Afganistanie w 2001, polegał na uznaniu, że talibowie są wrogami w „globalnej wojnie z terrorem”, choć nigdy nie wykazano ich organizacyjnych lub finansowych związków z zamachami 11 września. Owszem, udzielili gościny bin Ladenowi, ale nigdy żaden Afgańczyk nie uczestniczył w zamachu w Europie czy Ameryce. Wielu starych talibów uważa dzisiaj, że można było się z nimi dogadać w pierwszych miesiącach interwencji i złapać realnych terrorystów z pierwszej Al Kaidy.

Pomyślmy zatem na moment, że Państwo Islamskie nie stoi za zamachami w Paryżu w tym znaczeniu, że to nie jego funkcjonariusze w Syrii lub Iraku zorganizowali, zaplanowali, sfinansowali ten zamach i przeszkolili do niego swoich bojowników. Nie ma przecież na to żadnych dowodów, tak samo jak nie ma dowodów, że fala uchodźców powoduje wzrost zagrożenia terrorystycznego.

To nie jest akademickie rozważanie, bowiem po przyjęciu takiego założenia inaczej już trzeba formułować strategię walki z terroryzmem w Europie, a jeszcze inaczej planować będziemy operacje przeciwko parapaństwowej i występnej organizacji Państwa Islamskiego.

Owszem, zamachowcy w Paryżu opasali się atrakcyjną dla nich flagą Kalifatu, ale wątpić należy, czy pokonanie tegoż Kalifatu w Syrii zmieniłoby mordercze zamiary małej grupy w Paryżu lub Brukseli. Rozdzielenie tych zjawisk umożliwi ich zwalczanie i przywróci właściwą proporcję zagrożeń. Europie zagraża radykalizm jej własnych obywateli, muzułmańskich i chrześcijańskich, ultralewicowych lub ultraprawicowych, a Państwo Islamskie jest rakiem na zupełnie innym organizmie.

***

Z pewnością nie jest łatwe przyjęcie tezy, że walki z terroryzmem możemy uczyć się od kraju, który w XXI wieku stał się symbolem terroru. A jednak szkoda, że z Afganistanu nie wynieśliśmy nic poza stertą strzaskanych obrazów terroru, nic poza zapamiętanymi fragmentami doświadczenia przemocy, wspartych o ruinę tego kraju.

Piotr Łukasiewicz jest byłym dyplomatą wojskowym i cywilnym, pułkownikiem rezerwy i ostatnim ambasadorem Polski w Afganistanie, gdzie spędził w sumie 7 lat. Współpracuje z fundacją Global.Lab.

 

**Dziennik Opinii nr 146/2016 (1296)

UCHODZCY-pismo

Bio

Piotr Łukasiewicz

| Dyplomata, analityk Global.Lab
Jest byłym dyplomatą wojskowym i cywilnym, pułkownikiem rezerwy i ostatnim ambasadorem Polski w Afganistanie, gdzie spędził w sumie 7 lat. Współpracuje z fundacją Global.Lab.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.