Świat

W Zimbabwe od dawna wiadomo, że człowiek jest tylko słabym mięsem

zimbabwe-1758992_1280

Przed miesiącem w Zimbabwe zakończyły się historyczne wybory prezydenckie i parlamentarne, pierwsze po odsunięciu od władzy dyktatora Roberta Mugabego. Trybunał Konstytucyjny Zimbabwe potwierdził właśnie ważność wyborów i zwycięstwo urzędującego szefa państwa Emmersona Mnangagwy, odrzucając skargę opozycji i jej lidera Nelsona Chamisy. Korespondencja Klary Wojtkowskiej z Harare.

Wybory w Zimbabwe

W dzień wyborów, poniedziałek, w telewizji w Harare gadają sobie mądrogłowy z RPA: „Podobno mają być jakieś rozruchy, przemoc, przestępstwo. Co się dzieje na ulicy?”, lekkim tonem zadaje pytanie blondynka. Świat, znudzony potwornością innych jego członków, czeka zniecierpliwiony na horror z Zimbabwe. Świat lubuje się w złych wieściach. Świat złorzeczy brakiem zainteresowania tym, co się dzieje w ludzkich sercach. Świat klnie i spluwa brakiem współczucia. Świat chce, aby coś go wreszcie przykleiło do ekranu i porządnie rozbawiło.

„Trzeba zrozumieć, że w Afryce panują zabobony – odpowiada blondynce pewny siebie ekspert. – U nas ludzie nie wierzą w coś takiego jak wybory, w system – nawet jak ktoś umiera, nawet za granicą, ludziom wydaje się, że … no, że coś się stało, że może ktoś coś zrobił…”. Milknie. Nie umie wytłumaczyć w telewizji, że w Afryce Przodkowie i Bóg rządzą tak samo światem polityki, jak i ubogimi sprawami ludzi. Nieprzetrawiona myśl wylatuje z ekranu niczym ptak i ląduje nam na głowach. Czy da się poważnym językiem politologii opowiedzieć, że człowiek bez ducha umiera i że wszyscy w Zimbabwe dobrze o tym wiedzą?

Nie następnego dnia, a dopiero w środę spełniły się marzenia mediów domagających się akcji w Zimbabwe. Miały rację gadające głowy, czyż nie? Zadziało się. Protestujący starli się z armią na ulicach Harare, zmarło sześć osób, w szpitalu znalazło się wielu rannych, przeszytych zdradzieckimi kulami rządzących. Zapanował chaos i samochody ludzi uciekających z miasta zablokowały każdą ulicę. Nagle zamiast dróg w Harare rozpościerały się długie parkingi wystraszonych, zmęczonych, stęsknionych za domem i bezpieczeństwem ludzi.

***

O co poszło? O to, kto wygrał, oczywiście. Jedni mówią, że my, stara rządząca partia, ZANU-PF – drudzy, że nie tak, bo przecież my, partia opozycji, MDC. W Zimbabwe łatwo rzucać takimi hasłami – nikt nie ufa tym, co liczą głosy, nikt nie wie, czy przypadkiem nie głosują zmarli lub czy głosy nie zostały zgubione, zapomniane, starte cyniczną gumką politycznej machinerii.

Wszyscy nawzajem oskarżają się o oszustwo. Łatwo tak krakać – tamci oszukują! – bo oszustwa zdarzało się w Zimbabwe nie raz, a parę razy. Wygraliśmy!, krzyczy zarówno rządząca partia, jak i opozycja. Czy to prawda czy nieprawda? Czym jest prawda? Będzie lepiej, gorzej czy tak samo? Kto wie? Przywódca opozycji, Nelson Chamisa, obiecywał przed wyborami drogi jak spaghetti i pociągi prędkości pendolino. Ludzie osłupieli. Co to są drogi jak spaghetti? Przecież w Zimbabwe rzadko je się kluski – podają tu głównie polentę (zwaną sadza), ryż i chleb. A tutaj przychodzi młody kandydat na prezydenta, pastor, i mówi: „Będziecie mieli pendolino i drogi kluskowe”. Jeden z moich Sekuru, czyli przybranych wujów, opowiada mi o tym w trakcie podróży do wioski po świeże mleko.

„Chyba coś jest nie tak z jego głową – zastanawia się na serio. – Dziwne rzeczy mówi. Chce budować drogi jak spaghetti”. „Co to znaczy drogi jak spaghetti?”, pytam. Sekuru myśli. Dookoła wysokie trawy, przez które prowadzi nas droga wyryta w kamienistej ziemi oponami samochodów. „Nie wiem – odpowiada wreszcie. – Nie mam pojęcia”.

***

Największą zdradą państwa jest zamordowanie własnych obywateli.

Przecież państwo po to zostało stworzone, aby chronić i opiekować się – nie ludźmi, ale tak zwanym narodem, który przemienił się w ostatnich wiekach z romantycznego ideału głębokiego jestestwa i zbratania się z sąsiadami w sztywną i pustą odznakę. A więc człowiek z odznaką „obywatel” powinien być dla państwa priorytetem. A jednak które państwo – z tych wielkich kukieł, które zlepiliśmy nie z gliny, a z taniego plastiku – dzisiaj nie morduje? Niektóre państwa strzelają wprost, inne wpierw skazują na śmierć, rzucając w obywateli ostentacyjnie wielkim młotem Prawa. Jeszcze inne zamykają w więzieniach lub szpitalach i wmuszają chemikalia w bezbronne ciała podopiecznych.

A więc widzimy, że państwo jest po to, aby kontrolować, oceniać, orzekać, osądzać. Są racjonalne sposoby zabijania obywateli i są też chaotyczne sytuacje, kiedy państwo wyciąga pistolet i strzela. Sytuacje wykluwające się z pragnienia ludzi – pragnienia zmiany. W Zimbabwe – z nadziei na pieniądze, pracę, wyżywienie rodziny. Dajcie żyć wreszcie.

Jednak sytuacja w Zimbabwe została dawno przepowiedziana przez media. (Taki dziwny nasz świat, że zwariowany prezydent w USA nie wykluczył całej Ameryki z międzynarodowej współpracy, a w Zimbabwe jeszcze przed wyborami świat zdecydował, że nic z tego nie będzie i trzeba karać.)

***

Media od dawna dyskutują o wyborach w Zimbabwe: prawdziwe czy nie? Kto wygra? Kto wygrał? Czy są sprawiedliwe, otwarte, niezakłamane? Kto to sprawdzi na pewno? Która organizacja się nadaje, który człowiek? Posłańcy zostali wysłani, przybyli tłumem, jeździli wielkimi samochodami po ulicach Harare i się rozglądali. Przyleciał nadzorować sam Kofi Annan.

Wszyscy odgrywali tę farsę, jaką na całym świecie są wybory i polityka. Poważni ludzie dyskutowali o tym, kto wygra i czy będzie można ufać wynikom. Nie zrozumieli, że wybory w kraju są jak zaufanie w związku. Jak już raz zostało zawiedzione – czar prysnął, serce pękło. Prędko się tego nie pozbiera, nawet jeśli wszystko będzie robione odtąd pięknie, otwarcie, prawdziwie. Nie ma prawdy bez pojednania. Nie ma nowej prawdy bez pojednania się ze starą, bezzębną, głodną, bezdomną i opuszczoną przeszłością.

I tak źle, i tak niedobrze.

Dlatego w Zimbabwe tradycyjnie nigdy nie ufano ludziom w sprawach polityki. Ludzie są słabi, krótko żyją i mało wiedzą. W Zimbabwe ufa się Przodkom.

Ludzie Shona, czyli większość w Zimbabwe, nie są skorzy do bitwy. Tylko głosy Przodków mogły ich przekonać do jakiejkolwiek walki. Głosy ich Przodków to nie znaczy interpretacja przeszłości – to głos, który przychodzi dzisiaj do ciała homwe ne svikiro, czyli „kieszeni z duchem”, szamana, osoby wybranej przez samych Przodków, aby wpuściła w swoje ciało wiedzę, mądrość, opowiadania, pieśni. W Polsce nazywamy to opętaniem. W Zimbabwe jest to głębokie zrozumienie, kim i czym jest człowiek: niczym. Dzieckiem. Nic-nie-wiedzącym zwierzęciem.

W Zimbabwe nie ma czegoś takiego jak człowiek bez Przodków. Człowiek bez Przodków żyje w puszczy amoku; zagubiony i samotny, truchleje przed każdym z najmniejszych kłopotów, które go spotykają na drodze życia.

***

Parę dni po wyborach przyjechała do mnie przyjaciółka. Mieszkam teraz poza Harare, u zbocza góry, gdzie co roku w jaskiniach odbywają się ceremonie deszczu. Siedzimy razem przed dare, czyli miejscem spotkania z Przodkami i świętej rady. Przyjaciółka przyprowadziła ze sobą kolegę z Austrii. Starszy pan, blady, poważny, starannie ubrany, jego rzadkie włosy rozłożone są po czaszce niczym siano rozrzucone dekoracyjnie w bożonarodzeniowej stajence. Przyjechał ratować mikrofinansowanie w Afryce. „Tu banki pożyczają pieniądze na niesłychanie wysoki procent! Czasami nawet 40 procent! I to od biednych ludzi wymaga się takich odsetek! W Austrii jest to nielegalne! A tutaj tak się robi, a potem się mówi, że to pomaga biednym”.

Akurat przechodzi obok nas asystent Szamana. Wita się z moją przyjaciółką imieniem totemu, czyli duchowej rodziny – „Maswera sei, MaDube? Co słychać, Zebro?”. Wita się też z Austriakiem: „Cześć, co słychać?”. Przedstawiają się sobie nawzajem. Asystent pyta, jaki jest jego mtupo, czyli totem. „Nie mam totemu”. „Masz totem. Wszyscy ludzie mają totem”. (W Zimbabwe totem to twoja duchowa rodzina, która się tobą opiekuje. Nie ma ludzi bez totemów, nawet jeśli ich nie znają). „Ja nie mam”. „Masz. Musisz spytać się swoich rodziców lub dziadków. Powiedzą ci”. „Nie mogę – nie ma ich”. „Musisz się zapytać”. „Nie mam się kogo zapytać”. „Zapytaj się swoich Przodków”. „Nie mam Przodków”. „Masz. Wszyscy mają. Zapytaj się Przodków”. „Nie mam… mówiłem, nikogo nie ma, nikt mi nie został…” „Musisz zapytać się swoich Przodków”.

Oto wielkie nieporozumienie między Zachodem a Afryką – w Afryce niebywałe jest, żeby nie rozmawiać z Przodkami, nie pytać się ich konkretnie i rzeczowo o sprawy tak codzienności, jak i polityki. A tymczasem na Zachodzie grozi się sankcjami i ludzie zamiast prosić o rady Przodków, proszą o nie skorumpowanych polityków i mówią, że Przodków nie ma.

***

Kiedyś w Zimbabwe wojnę mógł ogłosić tylko Przodek-svikiro głosem swojej kieszeni-homwe. Przywódcami byli szamani – mówili nie swoją własną mądrością, a mądrością Boga. Mahomwe ne svikiro rozpoczęli pierwszą wojnę o niepodległość w Zimbabwe, zwaną pierwszą Chimurenga, a później drugą Chimurenga. Pierwsza wojna, przeciwko brytyjskim kolonizatorom, była prowadzona przez wielkich mahomwe ne svikiro, między innymi Sekuru Kaguvi i Mbuya Nehanda, w latach 1896–1897. Koniec końców Brytyjczycy ich powiesili. Zdjęcia można znaleźć w internecie. Ich czaszki podobno zostały pogrzebane w stosach innych ciekawostek i rupieci w muzeum w Londynie.

Druga Chimurenga była prowadzona w latach 70. przez duchy Mhondoro, czyli tzw. Lwy Deszczu, największych opiekunów Ziemi i interesów wszystkich żyjących na niej stworzeń. Wygrała czarna większość. W 1980 Zimbabwe stało się wolnym krajem, niepodlegającym rasistowskim prawom białej mniejszości. Antropolog David Lan opisuje w swojej książce Guns and Rain: Guerillas and Spirit Mediums in Zimbabwe, jak to szamani duchów Mhondoro prowadzili żołnierzy walczących o niepodległość głosami Przodków. Gdyby zapytać się przeciętnego mieszkańca Zimbabwe, kto sprawił, że wygrali drugą Chimurenga, powiedziałby, że Przodkowie.

Także więc w Zimbabwe od dawna wiadomo, że człowiek jest tylko słabym mięsem, Bóg jest daleko, a Przodkowie posiadają tę mądrość, która przeprowadzi ludzi przez wszelkie zdradliwe skrzyżowania i obok strasznych przepaści – mądrość tych, którzy nas kochają i którzy rozmawiają bez przerwy z Musikavanhu, czyli Stwórcą Ludzi. W Zimbabwe człowiek ma ciało, ale ciało bez ducha nie przeżyje.

Na Zachodzie uczymy się, że rewolucje generalnie rozpoczynają sami ludzie lub pomysły, pod którymi ludzie się jednoczą – tak zwane idee czy systemy tworzone przez wielkich myślicieli. Żołnierze również mogą podżegać do rewolucji: mężczyźni skorzy do bijatyki, spragnieni władzy, bogactwa i sławy. A może rewolucje wzniecane są właśnie wtedy, kiedy ten jeden szary człowiek już nie wytrzymuje uścisku państwa, systemu, samego życia – i wybucha? Tak czy inaczej, na Zachodzie rewolucje są zawsze odcięte od mądrości Boga – chyba że są to rewolucje w samym Kościele, rozcinające płachty kapłanów walczących całkiem po ludzku: o władzę, bogactwo i sławę.

Za to w Zimbabwe rewolucje były prowadzone przez Przodków – to Przodkowie przychodzą do ludzkiego ciała, trzęsą głowami, parskają śmiechem, cieszą się czystością ludzkich serc lub surowo karcą tych, których serca są nie w porządku, dla których prawda, miłość i światło nie są chlebem powszednim. Woła się do tych wielkich Przodków głosem mbiry, śpiewa się dla nich w ceremonii, zwołuje, aby podzielili się nadprzyrodzoną mądrością ze swoimi dziećmi. Łapie się Boga za nogi, ściąga na ziemię i stopy Boga wirują natchnionym tańcem, rozkochującym się w zwykłym kurzu ziemi. W zamian Przodek powie, co zrobić, aby wygrała wolność.

Jak poeci w Polsce, Przodkowie w Zimbabwe przychodzą i dotykając powietrze językami stęsknionymi za starą mową – wierszami, legendami, śpiewem – rozsyłają swoją mądrość w świat. Przemawia przez nich niewinność i tęsknota za domem. Jest w tym piękno i wiara. Jak polscy poeci na wygnaniu, Przodkowie w Zimbabwe kierują drogami, wyborami i losami ludzkich serc.

***

Zdrada, zdrada, zdrada ludzi w Zimbabwe, krzyczą media.

Ale jak to? Przecież sankcje przeciwko temu krajowi w południowej Afryce podpisane zostały przez rząd amerykański parę tygodni przed wyborami. Donald Trump, ten wielki moralista, postanowił, że Zimbabwe trzeba ukarać kolejny rok.

Rozmawiam o tym z Pianistą w najelegantszym hotelu w Zimbabwe. Pianista ma na sobie dobrą marynarkę i wpiętą w klapę broszkę, symbol przyjaźni między państwami: dwie flagi – amerykańska i Zimbabwe – skrzyżowane ze sobą, jak splecione ręce przyjaciół. „Skąd to masz?”, pytam rozbawiona. „To? A to jakiś gość z hotelu mi zostawił, jak grałem w restauracji. Chyba przyjechał w sprawie wyborów. Nie wiem”.

Ktoś musiał wymyślić tą odznakę. Ktoś ją musiał zaprojektować, zamówić, ktoś za nią zapłacił pieniądze, za które można było kupić jedzenie dla głodnych ludzi. Ktoś miał nadzieję stworzyć symbol, który przebije twardą jak skamieniałe serce skorupę historii i stworzy nową prawdę, nową nadzieję. Broszka mruga porozumiewawczo szelmowskim okiem. Wcale nie jest nową prawdą. Wręcz przeciwnie: razi kolejnym kłamstwem tego smutnego, szczerbatego teatru polityki.

Wychodzę z hotelu z innym kolegą. W drzwiach mijają nas dwie osoby. Kolega nagle zatrzymuje się przy lwach z brązu strzeżących wejścia. „Kofi Annan!” – szepcze podniecony. Było to tuż przed śmiercią dyplomaty i noblisty.

– To Kofi Annan! Chodź, poprosimy o zdjęcie!

Kofi Annan już odchodzi z asystentem, już jest przy windzie, drzwi otwierają świecącą paszczę, przygotowują się do połknięcia tego dostojnego pana. Podbiegamy. „Panie Annan, panie Annan!”, woła mój kolega. Asystent Kofiego Annana podnosi rękę, żeby chronić swojego człowieka. „Musimy iść”, mówi szorstko. Stoimy przy windzie, patrzymy na Kofiego Annana, drzwi się zamykają niczym kurtyna w teatrze. Ostatni kadr: Kofi Annan i jego przerażona, zmęczona twarz.

Bio

Klara Wojtkowska

| Muzyk, reżyserka, afrykanistka
Klara jest muzykiem, pisarką, reżyserką teatralną, aktorką, i poszukującą, idącą ścieżką Artystki-Uzdrowicielki. Ukończyła studia magisterskie z Afrykanistyki (literatury i historii) na Uniwersytecie Yale, i również ma dwa stopnie licencjackie z Rice University w Teksasie: z Literatury i ze Skrzypiec. Jej sztuki były wystawiane na Uniwersytecie Rice, Uniwersytecie Yale, Tucson Fringe Festival, Sheworxx w Arizonie, i przez Teatr She Said Yes! w St. John's, Nowa Fundlandia, Kanada. Jako stypendystka programu Thomas J. Watson, podróżowała po świecie i zakochała się wtedy w Zimbabwe. Obecnie rozwija działalność teatru, muzyki i ceremonii sakralnej, łączącą Polskę i Zimbabwe. Więcej o niej można się dowiedzieć na jej stronie dancingfox.net lub masibanda.net.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.