Świat

Warufakis: Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o wojnę klas

„Wszystko za 2 zł”. Mateusz Morawiecki na zakupach. Źródło: twitter.com/GPtygodnik

Nie chcąc wydusić słowa o tym, że trwa nasilająca się wojna klasowa, elity brną bez końca w teorie spiskowe o rosyjskim mataczeniu, o nagłym wybuchu spontanicznej mizoginii, o fali imigrantów, buncie maszyn i tak dalej. A prawda o sukcesach populistów jest znacznie banalniejsza – pisze Janis Warufakis.

Atmosfera anglofońskiej polityki jest gęsta od burżuazyjnego oburzenia. W Ameryce tak zwany liberalny establishment jest przekonany, że padł ofiarą politycznego rabunku w wykonaniu żałosnych „deplorables” („godnych pożałowania”, jak Hillary Clinton nazywała wyborców Trumpa). To ich rzekomo Władimir Putin obrócił w oręż polityczny przy wsparciu jakichś mrocznych machlojek Facebooka.

Janis Warufakis jest byłym ministrem finansów Grecji, a obecnie profesorem ekonomii na Uniwersytecie Ateńskim.
Janis Warufakis – były minister finansów Grecji, ekonomista.

W Wielkiej Brytanii rozsierdzona burżuazja też robi wielkie oczy, że poparcie dla opuszczenia Unii Europejskiej w zamian za XIX-wieczną brytyjską splendid isolation („chwalebną izolację”) wcale nie spada, mimo że proces brexitowania zszedł na psy.

Może się zakręcić w głowie od tego, jak szeroki jest zakres analizy sytuacji. Fala wojującej zaściankowości po obu stronach Atlantyku jest tłumaczona pod każdym wyobrażalnym kątem: psychoanalitycznie, kulturowo, antropologicznie, estetycznie i oczywiście za pomocą polityki tożsamości. Jedyne ujęcie, o którym w zasadzie się szeroko nie dyskutuje, a kryje klucz do zrozumienia obecnej sytuacji, to perspektywa wojny klasowej, którą wypowiedziano przeciwko biednym pod koniec lat 70. i która trwa nieustająco do dziś.

Całą historię można wyczytać z dwóch danych z 2016 roku (rok Trumpa i Brexitu), które nawet  najbystrzejsi establishmentowi analitycy sumiennie ignorują. Według Banku Rezerw Federalnych ponad połowa rodzin w Stanach Zjednoczonych nie spełniała warunków pozwalających wziąć kredyt na najtańsze nowe auto na rynku (Nissan Vera sedan, cena: 12 825 dol.). W tym samym czasie w Wielkiej Brytanii ponad 40 proc. rodzin musiało wziąć kredyt albo skorzystać z banku żywności, żeby mieć co jeść lub zaspokoić podstawowe potrzeby.

Wilhelm Ockham, XIV-wieczny brytyjski filozof, postawił słynną tezę, że w obliczu mętliku możliwych wyjaśnień dla jakiegoś zjawiska, powinniśmy postawić na to, które wymaga najmniej założeń i charakteryzuje się największą prostotą. Wydaje się, że mimo całej swojej inteligencji i przenikliwości analitycy establishmentowi w USA i Wielkiej Brytanii jakoś o tej zasadzie zapomnieli.

Nie chcąc wydusić słowa o tym, że w ogóle trwa nasilająca się wojna klasowa, elity brną bez końca w teorie spiskowe o rosyjskim mataczeniu, o nagłym wybuchu spontanicznej mizoginii, o fali imigrantów, buncie maszyn i tak dalej. Chociaż te wszystkie obawy są wyraźnie skorelowane z nastrojami bojowej zaściankowości, które napędzają Trumpa i Brexit, ale schodzą na plan dalszy wobec głębokiej przyczyny: wojny klasowej przeciwko biednym, której wycinek widać w danych na temat przystępności samochodów w USA i uzależnieniem dużej części Brytyjczyków od kredytów.

Oczywiście Trumpa i Brexit popierali też niektórzy stosunkowo zamożni wyborcy. Ale to poparcie wynikało w dużej mierze z lęku związanego z tym, że obserwowali jak niższe klasy społeczne pogrążają się w otchłani rozpaczy i uświadamiali sobie, że przyszłość ich własnych dzieci rysuje się w coraz ciemniejszych barwach.

Dwadzieścia lat temu ci sami liberalni komentatorzy pielęgnowali utopijną wizję, w której zglobalizowanie kapitalizmu finansowego miało przynieść większości ludzi dobrobyt. Gdy kapitał w skali światowej zaczął osiągać coraz wyższe stopnie koncentracji i z coraz większą wrogością obchodził się z tymi, którzy majątku nie posiadali, komentatorzy ci oświadczyli, że wojna klasowa się skończyła.

Kiedy na całym świecie stale powiększała się klasa pracująca (mimo że miejsc pracy i perspektyw zatrudnienia było w anglosferze coraz mniej), elity nadal zachowywały się, jakby pojęcie klasowości było passé.

Załamanie finansowe z 2008 roku i następująca po nim Wielka Recesja przekreśliły tę utopijną wizję. A jednak liberałowie dalej nie dopuścili do siebie niezaprzeczalnego faktu, że gigantyczne straty spowodowane przez quasi-kryminalną działalność sektora finansowego zostały przetransferowane na barki klasy pracującej – która ich zdaniem już się niby nie liczyła.

Mimo progresywnego wizerunku własnego elit, to właśnie ich gotowość do zamknięcia oczu na pogłębiające się podziały klasowe i zastąpienia ich przez pomijającą koncepcję klasy politykę tożsamości stanowiła największy dar dla toksycznego populizmu. Brytyjska Partia Pracy (pod rządami Tony’ego Blaira, Gordona Browna i Edwarda Milibanda) nie śmiała nawet wspomnieć o tym, że po 2008 roku wojna klasowa przeciwko większości społeczeństwa się nasiliła. Doprowadziło to do sytuacji, że w bastionach laburzystów – tam, gdzie bije ideowe serce ugrupowania – karierę zrobiła Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) z jej brexitową zaściankowością.

Dobre towarzystwo miało gdzieś, że na Harvard albo do Cambridge łatwiej się było teraz dostać czarnoskóremu niż biednemu. Celowo zignorowali to, że polityka tożsamości może tworzyć równie poważne podziały co apartheid, jeśli pozwoli się, by była wykorzystywana jako narzędzie do przesłaniania konfliktu klasowego.

Trump nie miał skrupułów mówić głośno o klasach – nawet jeśli zwodził tym wyborców – i opowiedzieć się po stronie tych, których nie stać na samochód, a co dopiero, by posłać dzieci na Harvard. Zwolennicy Brexitu też wstawili się za pogardzaną klasą pracującą i dlatego na przykład lider UKIP Nigel Farage zapraszał fotoreporterów do pubów, gdzie pił ze „zwykłymi ludźmi”.

A kiedy wielkie rzesze klasy pracującej zwróciły się przeciwko ukochanym synom i córkom establishmentu (Clintonom, Bushom, Blairom i Cameronom) i poparły wojującą zaściankowość, to komentariat – czyli klasa tłumacząca – winą za wszystko obarczył hołotę łudzącą się na temat kapitalizmu.

Ale to nie czarujące iluzje na temat kapitalizmu zrodziły niezadowolenia, którymi żywił się Trump i zwolennicy Brexitu, tylko rozczarowanie centrystyczną polityką nasilającą wojnę klasową z najmniej zamożnymi obywatelami.

Europa między populizmem a technokracją

czytaj także

Jak można było przewidzieć, Trump i obóz probrexitowy od początku wstawiali się za klasą pracującą po to, żeby zapewnić sobie mocną pozycję wyborczą, z której prędzej czy później skorzystali przeciwko interesom tejże klasy – no i oczywiście przeciwko mniejszościom.

Populizm z upodobaniem wraca do tego schematu od lat 30. ubiegłego wieku do dziś. Trump użył poparcia klasy pracującej do wprowadzenia skandalicznej reformy podatkowej, ewidentnie przygotowanej, żeby pomóc plutokracji:

Stiglitz: Trump, voodoo, hajs i rozrastające się bagno

Jednocześnie miliony Amerykanów muszą się zmierzyć z groźbą utraty lub pogorszenia warunków ubezpieczenia zdrowotnego oraz płacenia wyższych podatków w przyszłości. Wszystko to przy błyskawicznie pęczniejącym deficycie budżetu federalnego.

Rząd torysów w Wielkiej Brytanii – który przejął populistyczne cele brexitowców – postępuje podobnie. Ostatnio ogłosił obcięcie kolejnych wielu miliardów funtów na pomoc społeczną, edukację i ulgi podatkowe dla biednych pracujących. Te cięcia odpowiadają dokładnie obniżkom podatków od działalności firm i od spadków.

Establishmentowi liderzy opinii odrzucający z pogardą zasadność używania pojęcia klasy społecznej przyczynili się do stworzenia środowiska politycznego, w którym dziś polityka klasowości jest jeszcze bardziej istotna, toksyczna, a do tego w ogóle się o niej nie mówi. Wypowiadając się w imieniu klasy rządzącej złożonej z ekspertów ds. finansów, bankierów, przedstawicieli korporacji oraz wielkiego biznesu i właścicieli mediów zachowują się tak, jakby zależało im właśnie na wepchnięciu klasy pracującej w lepkie łapki populistów, z ich pustymi obietnicami, że Ameryka i Wielka Brytania będą „great again”.

Ocalić cywilizowane społeczeństwo i oczyścić atmosferę polityczną z jadu może tylko jedno: nowy ruch polityczny, który wykorzysta dla nowego humanizmu tę palącą niesprawiedliwość, jaką produkuje wojna klasowa. Sądząc po bezwzględnym potraktowaniu senatora Berniego Sandersa i przywódcy Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna, liberalny establishment zdaje się obawiać takiego ruchu bardziej niż Trumpa i Brexitu.

Socjalizm dla mas, nie banków! Granice dla kapitalizmu, nie ludzi! [Warufakis o Katalonii]

**
Copyright: Project Syndicate, 2017. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.

Bio

Janis Warufakis

| Ekonomista, współzałożyciel DiEM25
Ekonomista, od stycznia od lipca 2015 roku minister finansów Grecji, współzałożyciel ruchu DiEM25 (Democracy in Europe Movement 2025). Autor książki "Globalny Minotaur" (2016) i "A słabi muszą ulegać?" (2017).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Walka Klas to idea, która zabiła setki miliony ludzi w XX wieku. Proponuję więc złagodzić przekaz, stonować go i powiedzieć o „Wojnie Rasowej” a np. Morawieckiego nazwać „Żydem”. Będziemy nadal poruszać się w rejonie szalenie niebezpiecznych i zbrodniczych totalitarnych ideologii ale będzie to już poziom kilkudziesięciokrotnie niższy od aktualnie bijącego w oczy z tytułu.

  2. Z artykułem się zgadzam ale nie wiem po co tam usilnie wpychać marksistowskie „walki klas”, po prostu ludzie są biedni, rewolucji komunistycznej nie będzie, niezależnie od tego ile artykułów na KP będzie wyrażać taki sentyment

    1. Następny, który nie potrafi oddzielić pojęcia klas społecznych od rewolucji komunistycznej. Balcerowiczoidy czy IPN Ci takich głupot naopowiadało?

      1. „Walka klas – pojęcie utworzone przez François Guizota, francuskiego polityka XIX wieku, zaadaptowane przez Karola Marksa.”

  3. Nie chce oddac kasy,ktora jego rodacy wyciagali na baseny i bonusy za punktualne przychodzenie do pracy i dorabia do tego metna filozofie. Chinczycy lubia zabytki,wiec zadbaja o nie godnie jak o piekny port w Pireusie. Grecy dostana prace tylko teraz beda musieli sie bardziej starac pod pekinskim pejczem.

    1. Nie rodacy, tylko lokalne elity banksterskie skumacone z EBC i Brukselą, ktore sprzedaly wlasny kraj.

      1. Dzięki za text,ale liczy ponad 500 str. Wczoraj miałem dla mnie bardzo ważne spotkanie , które NIESTETY nie wiem jakie zebrało plony,a dziś jestem daleko ,zatem ustosunkuje się później do książki Zorby-ekonomisty.

  4. Dla mnie ciekawe jest to co ostatnio, za rządów PiS wypłynęło w całej okazałości, a mianowicie że wiele osób powiedzmy to o poglądach liberalno-lewicowych, niby chce uchodzić za otwartych, tolerancyjnych, takich europejskich. Krytykują rasizm, homofobię, islamofobię, ksenofobię etc., oburzają ich transparenty na marszu niepodległości. Ogólnie oburzają się na wszystko, gdzie obraża się innych od nas, gdzie mamy mowę nienawiści kierowaną w stronę jakichś grup. A potem czytam pewne komentarze na forach np. GW, czytam różne wywiady z „elitami”, słucham co mówią niektórzy ludzi, wydawałoby się tacy wykształceni, oświeceni i co słyszę? Słyszę to samo co PiS i środowiska narodowościowe kierują do uchodźców, homoseksualistów, osób o odmiennym kolorze skóry czy innym wyznaniu, tylko że jest to kierowane nie do tych grup (bo my jesteśmy oświeceni), a do własnych rodaków, do osób które mniej zarabiają, do osób które nie miały farta w życiu, do rodzin wielodzietnych, do osób biorących 500+, do osób którym się nie powiodło po 89roku, do osób wykonujących mniej prestiżowe prace i tak można wymieniać, etc., etc. To jest klasizm w czystej postaci, który możemy od 2lat świetnie obserwować w Polsce, niestety, ale ze sporej części liberałów, lewicowców niektórych także, ze strony „elit” – polityków, profesorów, dziennikarzy, aktorów, itd., itd. Jak widzę czy słyszę ten jad i pogardę dla drugiego człowieka, to dla mnie nie ma różnicy między rasizmem, a klasizmem, w obu przypadkach właściwie chodzi o to samo. Choć pewnie liberałowie tego nie są w stanie zobaczyć.

    1. Zgadzam się. Sporo u nas tego typu kołtuństwa. Prawda jest taka, że nie ma wielkiej różnicy między typowym wyborcą PO a PiS. Przeważa zakompleksiona middle-class (wannabe) która widmo ciemnogrodu stworzyła na własne podobieństwo.

    2. Czyżby rozwiązaniem miał być pewien nowy społeczny maoizm ?
      Populista straszący sukcesami populistów to dla mnie trochę za wiele. Siłą rzeczy ten rzekomo nowy humanistyczny ruch wywołałby nową wojnę klasową, nagonkę na bogatych i doprowadził być może do ucieczki kapitału i ludzi bogatych z krajów starej UE – można sobie wyobrazić UK z Corbynem „podpalającym” londyńskie City i skutki takiej polityki.

    3. to nie jest ani problem tylko tego kraju, ani już na pewno ostatnich 2 lat.
      a tak to.. zgadzam się

    4. Cóż, trudno zaprzeczyć że ‚lud’ okazuje uchodźcom tyle samo empatii ile sam doświadczył od ‚elit’.

    5. W taki sposóba jak to robisz mógłbyś spokojnie usprawiedliwiać np. Hitlera.

      1. To nie jest usprawiedliwianie tylko wyjaśnianie. Jeśli ktoś bada rozwój bakterii chorobotwórczej, to nie ‚usprawiedliwia’ choroby tylko opisuje fragment świata który nas otacza oraz – być może- pomaga w zwalczeniu tej choroby. Z drugiej strony – jeśli ktoś czytał/słyszał wypowiedzi w których wprost nawoływano do skupienia inwestycji w ‚lepszej’ części Polski i pozostawieniu reszty bantustanu samemu sobie, to dlaczego nie ma zastosować TAKIEJ SAMEJ retoryki wobec muzułmańskich uchodźców? Ksiądz nie powinien prowadzić burdelu, tak samo ktoś nawołujący do empatii wobec dzieci tonących w Morzu Śródziemnym nie powinien lekceważyć dzieci na polskiej prowincji.

    6. jesli nie zostanie zatrzymany ten kierunek- za 100 lat biedni beda zaczipowani i sluzyc beda jako czesci zamienne dla bogatych.

  5. hmmm….. cóż a czy teoria o tym, „że w ogóle trwa nasilająca się wojna klasowa” nie jest kolejną teorią spiskową ?

  6. Nareszcie ktoś to zauważył, brawo! Potrzeba nowej partii, która opowie się przeciwko całemu, konserwatywno-liberalnemu establishmentowi.

    1. Część konserwatywno-liberalnego establishmentu właśnie dostaje wiatru w żagle, dostali Morawieckiego- swojego człowieka, w miejsce Kowalczyka, Rafalskiej – Morawiecki postawi ludzi z pogranicza wielkiego biznesu i rynków kapitałowych, a ci za załatwią wszystko, nawet lepsze kontakty z Unią) tyle PiS wystarczy, żeby rządzić jak Morawiecki marzył przez następne 10-12 lat, tworzenie nowej partii nic nie pomoże, jest już pozamiatane