Świat

USA dławi choroba, rozwiązaniem jest rewolucja przez amputację

USA toczy gangrena elit. Lekarstwo, jakim mógł być Bernie Sanders, okazało się zbyt gorzkie.

Zwycięstwo Trumpa w wyborach prezydenckich w USA spowodowało panikę nie tylko w Nowym Świecie – hasło „Jak wyemigrować do Kanady” pobiło w wyszukiwarce Google rekordy, Latynoamerykanie wstawiali na portale społecznościowe zdjęcia spakowanych walizek, a telewizje zasypywały nas ujęciami płaczących mieszkańców i mieszkanek Nowego Jorku. Również europejskie dzienniki uderzyły w tony mające zwiastować koniec świata. Problem w tym, że tak, jak w przypadku każdego populisty, nigdy nie wiadomo, ile z programu Trumpa przetrwa zderzenie z twardą, polityczną rzeczywistością, a także z biurokracją, której pesymistycznie Sławomir Sierakowski nie daje żadnych szans w starciu z siedemdziesięcioletnim chłopcem.

Ciekawsze od rozpalających polskich publicystów kwestii, jak rozwiązanie NATO czy przytulanki z Putinem, są perspektywy, które rysują się przed amerykańskimi elitami.

Ciekawsze od rozpalających polskich publicystów kwestii, jak rozwiązanie NATO czy przytulanki z Putinem, są perspektywy, które rysują się przed amerykańskimi elitami. Gabriel Mably w XVIII wieku porównywał rewolucję do amputacji. Samo odcięcie kończyny w oczywisty sposób jest dla ciała czymś złym, sprawia ogromny ból, wymaga długiej regeneracji. Czasem jednak jest ona niezbędna, żeby uratować całe ciało przed rozprzestrzeniającą się chorobą. USA przed wyborami były właśnie takim ciałem toczonym przez gangrenę elit, które straciły jakikolwiek kontakt z rzeczywistością. Żadna z dwóch wielkich amerykańskich partii nie była zainteresowana przerwaniem tego stanu rzeczy. Od początku faworytami do ostatecznej walki o fotel prezydencki byli Hillary Clinton i Jeb Bush. Trudno o kandydatów bardziej kojarzonych z waszyngtońskimi elitami. Pierwsza zaistniała w polityce jako żona prezydenta, potem zdobyła coraz większą niezależność dzięki stanowisku Sekretarza Stanu w administracji Obamy, drugi byłby już trzecim prezydentem o tym samym nazwisku. To jasne, że ludziom, którzy utracili zaufanie do elit, ten wybór spodobać się nie mógł.

Okazało się, że możliwości kuracji są tylko dwie. Gorzkie lekarstwo, albo właśnie amputacja. Odpowiednikiem pierwszego był Bernie Sanders. Niezwykle popularny wśród młodych ludzi, szczery idealista chcący zbliżyć pod względem rozwiązań wewnętrznych Stany Zjednoczone do Europy. A przede wszystkim: polityk całkowicie spoza systemu. Dla demokratów ta pigułka była jednak zbyt gorzka. Jak pokazały materiały Wikileaks (i czego i tak się domyślano), partia zrobiła wszystko, żeby tę kandydaturę utopić.

Jedyną nadzieją na pozbycie się choroby okazała się więc amputacja w postaci Donalda Trumpa. Jego język był prosty, postulaty zrozumiałe (głównie dzięki wysokiemu poziomowi ogólnikowości), wyrażał gniew wszystkich, którzy czuli się pominięci.

Ale znów, główną zaletą Trumpa było to, że jest kandydatem spoza waszyngtońskiego establishmentu politycznego (choć bynajmniej nie spoza ekonomicznych elit), co było podkreślane przez niego na każdym kroku.

Wybory te co prawda po raz kolejny pokazały, że nie można przywiązywać zbyt wielkiej wagi do badań opinii publicznej, ale w czasie prawyborów wszystkie sondaże pokazywały, że Sanders ma większe szanse na pokonanie Trumpa niż Clinton.

Demokraci nie zrozumieli dość oczywistej rzeczy: w tak antysystemowych czasach kandydatowi antysystemowemu może się przeciwstawić tylko inny kandydat antysystemowy.

A zatem amputacja się dokonała. Cały świat jeszcze długo będzie tkwił w szoku. Właściwie nikt nie jest zadowolony z nowego prezydenta: ani Europa Wschodnia bojąca się o przyszłość NATO, ani reszta świata, która po prostu nie wie, czego się spodziewać (a w dyplomacji nie ma niczego gorszego od nieprzewidywalności), ani republikanie, którzy w pewnym momencie masowo zaczęli się odcinać od Trumpa, ani nawet część jego wyborców (61% Amerykanów wychodzących z punktów wyborczych uważało, że Trump nie ma kompetencji do sprawowania funkcji prezydenta). Teraz obie partie mają cztery lata na refleksję, co właściwie poszło nie tak. Demokraci muszą zastanowić się nad swoją tożsamością, czy przypadkiem partia z założenia liberalna (czyli po amerykańsku centrolewicowa) nie stała się zbyt establishmentowa, czy ma coś interesującego do zaproponowania wyborcom, którzy pragną realnej zmiany, a nie trwania w stagnacji. Wydaje się też, że musi szybko przeprosić się z Sandersem lub znaleźć jego młodszego następcę. Z kolei republikanie muszą się zastanowić, jak ma się układać ich współpraca z Trumpem, który wie, że wygrał, nie dzięki, ale przeciwko partii. Urzędujący prezydent tradycyjnie dostaje poparcie swojej partii w walce o drugą kadencję, ale czy tak musi być w tym przypadku? W tym wypadku również trzeba się zastanowić, czy partia będąca zakładnikiem Herbaciarzy ma coś, co może zaproponować w ramach standardowej polityki. Tutaj jednak zbyt wiele zależy od poczynań Trumpa i tego, jak bardzo będzie zdeterminowany do wypełnienia swojego absurdalnego programu.

Oprócz tego, w ramach myślenia życzeniowego można jeszcze dodać, że fakt wystawienia dwóch, w normalnych warunkach, niewybieralnych kandydatów przez dwie wielkie partie stworzy przestrzeń dla jakiegoś tworu pretendującego do miana trzeciej siły. Nie oszukujmy się, Trump wygrał tylko dzięki temu, że jego przeciwnikiem była Clinton, ona z kolei miała szanse tylko dlatego, że jej konkurent regularnie sabotował swoją własną kampanię. W tej chwili jednak na horyzoncie nie widać nikogo, kto mógłby spełnić marzenia Amerykanów o „trzecim wyborze”.

Amputacja została zatem dokonana. Cały świat czekają teraz dni, miesiące albo lata niepewności, strachu, wyczekiwania. Zranione amerykańskie zwierzę może być albo agresywne, albo może zaszyć się w kącie, uciekając do sprawdzanego już wcześniej izolacjonizmu. Za cztery lata okaże się, czy udało mu się stworzyć jakiś układ immunologiczny, broniący go zarówno przed skompromitowanymi elitami, jak i przed radykalnymi rozwiązaniami, takimi jak Trump. Jest to zadanie obu wielkich oraz wszystkich pozostałych partii, NGO’sów, ruchów społecznych, miejscowych stowarzyszeń. Amerykańskie elity stanęły przed szansą, ale także przed koniecznością wymyślenia siebie od nowa.

***

Aleksander Denkiewiczur. 1993, student studiów magisterskich w Instytucie Stosunków Międzynarodowych i Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim.

Wybory-USA-ksiazki

 

**Dziennik Opinii nr 316/2016 (1516)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.