UE

Żadnych złudzeń, alternatywy nieciekawe

W Niemczech wielka koalicja chadeków i socjaldemokracji może stać się symbolem stagnacji i zwiastunem przyszłych, radykalnych zmian.

Francuzi śmiali i wyposażeni w kulturowy gen rewolucji. Niemcy – porządni, solidni, studzeni genem zachowawczym. Ten stereotyp dziś znowu znajduje swój wyraz polityczny. Gdy prezydent Francji Emmanuel Macron rysuje śmiałą wizję Europy i mówi o dalekosiężnych planach pogłębienia integracji – z koniecznie większą redystrybucją finansową w ramach wspólnoty i z unijnym ministrem finansów – w Niemczech rysuje się wielka koalicja nowego-starego porządku. Berliński rząd chadecji CDU/CSU i socjaldemokratów (SPD) propozycje Macrona popiera tylko wybiórczo. Z zadowoleniem patrzy na reformy w samej Francji, szczególnie na deregulację rynku pracy, ale o oddawaniu większych kompetencji Brukseli, jak chce tego Macron, zwłaszcza w obszarze finansów i gospodarki, a zwłaszcza o dalekosiężnej perspektywie wspólnych europejskich obligacji, nie chce nawet słyszeć. A to przecież Niemcy mają dziś gospodarczo-eksportową przewagę nad Francją – i to one będą kształtowały UE. „Projekcja nadziei na Francję jest dziś tylko bezsilną gestykulacją”, pisze lewicowy politolog Georg Fuelberth.

Merkel po raz czwarty, czyli rząd od niechcenia

W samych Niemczech już widać, że żadnej francuskiej rewolucji nie będzie. Socjaldemokraci, co prawda, wyglądają w tej koalicji na wygranych, bo uzyskali względnie dużo resortów, na dodatek tych ważnych, ale chadecy oddali pole tylko tam, gdzie ich cele programowe pokrywają się z coraz bardziej centrową agendą SPD. Przykładem resort finansów: Olaf Scholz jako centrowy polityk SPD i wicekanclerz rządu już ogłosił, że ma zamiar kierować się polityką „czarnego zera”, czyli ograniczania budżetu do stanu wyrównania dochodów i wydatków. „Niemcy potrzebują teraz dłuższego okresu, w którym nie będziemy się zadłużać”, mówił pod koniec marca. Do grona ścisłych współpracowników przygarnął sobie między innymi byłego menedżera banku inwestycyjnego Goldman Sachs. Minister zdążył też ogłosić, że jest przeciwny większym transferom do krajów południa UE.

Przykład oddania ministerstwa finansów na ręce SPD, czemu silnie sprzeciwiało się biznesowe skrzydło CDU – pamiętajmy, że chadecja w wyborach zyskała 33 proc. głosów, a SPD tylko 20,5 – jest symbolicznym znakiem niemieckiego ducha czasów. Na oczach obywateli wyłania się jedno-partia CDU/CSU/SPD domyślnego centrum, w której podziały w kluczowych sprawach gospodarki, polityki zagranicznej i unijnej faktycznie zanikają lub nie istnieją. „Temu centrum nie tyle idzie o bardziej socjalną i demokratyczną Europę, ile o zachowanie niemieckich interesów”, pisze Wolfgang Michal w tygodniku „Freitag”. I pamiętajmy, że od 2005 roku już po raz trzeci to sprawdzone narzędzie wielkiej koalicji tworzy nową-starą władzę.

Przypomnijmy, że po wyborach parlamentarnych w 2005 roku SPD mogła również zawrzeć koalicję z Zielonymi i z lewicą PDS/Linke. Zamiast tego utworzyła wielką koalicję – bo takie to czasy i taka też partia. Tym bardziej dziś. Według brytyjskiego autora i publicysty Paula Masona SPD obiera „choreografię” już nieraz w historii widzianą: „Gdy część klasy robotniczej zaczyna skłaniać się ku prawicowo-populistycznej polityce, to lewica najpierw wypiera ten fakt. Gdy w końcu wpada w panikę, wchodzi w sojusz z politycznym środkiem, aby obronić status quo – co pozwala radykalnej prawicy zainscenizować się jako jedyna autentyczna opozycja”, pisze Mason.

Takie czasy rodzą też jednak nowe pomysły – jednym z nich jest utworzenie nowego ugrupowania lewicowego. Ideę tę zainicjowała Sahra Wagenknecht, twarz lewicowej die Linke. „Nie ma dziś większości w Bundestagu dla wyższej płacy minimalnej czy dla podatku od majątków superbogatych osób. Ale jest taka większość w społeczeństwie”, powiedziała w styczniu br. Dlatego właśnie „politycy różnych partii powinni się połączyć”. I choć do rozłamu wewnątrz SPD jeszcze daleko, sprzeciw jest. Andrea Nahles, szefowa partyjnej frakcji w Bundestagu będzie miała pełne ręce roboty, aby trzymać socjaldemokrację w ryzach. W wewnątrzpartyjnym referendum aż jedna trzecia członków partii sprzeciwiła się utworzeniu koalicji z CDU – to na fali tego protestu szef młodzieżówki SPD (Jusos) wyrósł na silną, młodą postać lewego skrzydła. „Ludzie zaczynają się pytać: gdzie jest różnica między SPD a CDU, skoro cały czas razem rządzicie?”, mówił 28-letni Kevin Kühnert. Z kolei po nakreśleniu głównej linii polityki finansowej przez ministra Scholza, dwunastu młodych parlamentarzystów SPD w ostrym liście sprzeciwu domagało się odejścia od neoliberalizmu.

Z pomysłu nowej lewicy jeszcze wiele nie wypłynęło. Jednocześnie chadecja i socjaldemokraci starają się zaspokoić niezadowolonych i z lewa, i z prawa, szczodrością na pokaz. W obliczu dobrego stanu niemieckiej gospodarki i nadwyżki w budżecie federalnym koalicja zaplanowała hojne wydatki na cyfryzację, edukację, emerytury, opiekę nad osobami starszymi czy budownictwo mieszkaniowe. A zatem: pieniądz bez głębszych reform. Jednocześnie bowiem SPD nie była w stanie przeforsować swych sztandarowych projektów – „wielka koalicja” to także wielka utrata niezrealizowanych możliwości. Nie będzie więc wyższych podatków dla zamożnych, likwidacji dualnego systemu ubezpieczenia zdrowotnego (dotychczas równolegle istnieją system publiczny oraz prywatny dla zamożniejszych i urzędników), nie będzie ograniczenia czasowych umów pracy czy podatku od dużych spadków – w Niemczech co roku spadkobiercy przekazują majątek w wysokości ok. 300 mld euro, a fiskus prawie nic z tego nie ma. Także w kwestii uchodźców to bawarska CSU nakreśliła główne linie działania, ograniczając choćby liczbę przyjmowanych w przyszłości uchodźców do 220 tysięcy osób rocznie i liczbę sprowadzanych rodzin osób, które przebywają już w Niemczech i posiadają pewny status pobytu.

W obliczu rosnącej w siłę prawicowo-populistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD), cały dyskurs polityczny przesuwa się w prawo – osłodzony finansową, opisaną wyżej nalewką – i doprowadził choćby do poszerzenia ministerstwa spraw wewnętrznych o dodatek „ojczyzna”. To nie jest tylko symboliczna zmiana nazwy. Kierowane przez Horsta Seehofera, szefa bawarskiej odnogi chadecji, tradycyjnie bardziej prawicowej CSU, superministerswo spraw wewnętrznych i ojczyzny już stało się głównym przyczółkiem walki wewnątrz chadecji między centrowym a konserwatywnym skrzydłem. Zarazem konkretyzuje się nowe, restrykcyjne podejście do uchodźców, choćby przez plany nowych ośrodków, z których szybciej mają być wydalane osoby bez szans na azyl. Zaraz po zaprzysiężeniu rządu Seehofer powiedział w Bundestagu, że „islam nie należy do Niemiec”. Kanclerz Merkel wprawdzie zapewniła, że islam jednak jest częścią kraju nad Szprewą, ale to właśnie pozycję Seehofera, jak pokazują aktualne sondaże, popiera dziś blisko dwie trzecie Niemek i Niemców. „Późny Horst Seehofer jest najniebezpieczniejszym rywalem, jakiego Angela Merkelkiedykolwiek miała”, pisze Christoph Schwennicke w konserwatywnym magazynie „Cicero”. Twardy szef CSU nie ma też w walce z Merkel wiele do stracenia. Jako 68-latek zbliża się bowiem do kresu kariery – a chce zostać zapamiętany jako równie wielki Bawarczyk, jak Franz-Josef Strauss – premier landu przez dekadę, minister obrony i finansów w kolejnych rządach i konserwatywna ikona powojennej RFN. Ale nie tylko ze strony CSU, także wewnątrz CDU konserwatyści rosną w siłę i coraz bardziej otwarcie sprzeciwiają się Angeli Merkel.

Warufakis: Immanuel Kant kontra Angela Merkel

Fakt, że Angela Merkel musi walczyć bardziej z wewnątrzpartyjnymi rywalami niż z koalicjantami z SPD, może znaleźć większe odbicie także w polityce zagranicznej – Horst Seehofer chce choćby wzmożenia kontroli wewnątrz obszaru Schengen. Z perspektywy polskiego rządu wielka koalicja stwarza jednocześnie szanse na wyjście ze sporu z Unią. Przez swoją szybką wizytę w Polsce Merkel podkreśliła, że raczej zależy jej na złagodzeniu konfliktu z rządem PiS. W umowie koalicyjnej jest także mowa o „intensyfikacji” współpracy w ramach Trójkąta Weimarskiego z Francją i Polską. W kontekście polityki UE taki ruch wydaje się pragmatyczny – Polska mogłaby się stać przyczółkiem dla stworzenia pomostu do wschodniej części wspólnoty w ramach planowanych w Paryżu i Berlinie reform Unii. Bo reformy promowane przez prezydenta Francji Emanuela Macrona i uzgodnione z Niemcami i Polską jako „wstępne kompromisy” będą miały większe szanse na realizację, jak zauważa Kai-Olaf Lang z niemieckiej Fundacji Nauka i Polityka ((SWP), finansowanej przez rząd w Berlinie. „Trójstronne ramy wraz z Polską mają tę zaletę, że uczestniczy kraj średniej wielkości z wschodniej Europy środkowej. Takie rozstawienie zwiększy akceptację dla wstępnych kompromisów”, mówił Lang w wywiadzie dla konserwatywnego dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

Polska pożyteczną hamulcową Niemiec

Czy to będzie Trójkąt Weimarski, czy Bruksela – ostatecznie to nie Francja, ale Niemcy będą kształtowały politykę europejską. Inaczej niż chcą tego Francuzi, rząd w Berlinie będzie trzymał przy sobie niemiecki portfel, wypełniony – dzięki unijnym regulacjom walutowe i gospodarcze sporą nadwyżką eksportową. I mimo że w umowie koalicyjnej jest mowa choćby o tym, że „Europa musi być kontynentem szans, szczególnie dla młodych ludzi”, to konkretów brak. Duch czasów wielkiej koalicji jest inny. Umowa koalicyjna „w części  dotyczącej Europy nie jest czekiem in blanco”, mówi zresztą wiceszef frakcji CDU/CSU Ralph Brinkhaus. „Jeśli więc ktoś rozpocznie rozdawać Niemcy, to nie ma na to naszej zgody.”

W wywiadzie dla szwajcarskiego dziennika „Neue Zuericher Zeitung” pod koniec marca wpływowy niemiecki filozof Peter Sloterdijk mówił o dzisiejszej rzeczywistości, gdzie „w praktyce przeważają strategiczni populiści, powołujący się na narody/ludy z zamiarem instrumentalizacji i manipulacji, czasami cynizmu”. Gdy politycy chadecji mówią o „rozdawaniu” kraju na rzecz Unii, podczas gdy w rzeczywistości to UE jest od lat źródłem niemieckiej prosperity i drenującej nie tylko kraje południa Unii niemieckiej nadwyżki eksportowej, do cynizmu niedaleko. A w zasadzie bardzo blisko do wyjątkowo nieciekawych alternatyw dla Niemiec.

Bio

Jan Opielka

| dziennikarz i publicysta
Publicysta piszący dla niemieckojęzycznych i polskich mediów, były stały korespondent z Polski dla dzienników niem. Frankfurter Rundschau i Berliner Zeitung.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.