UE

Polska: posmoleński, ambergoldowy wilczy dół drugiej prędkości

EU-reforma

Polska poza Unią? Jest jeszcze nadzieja.

W ostatnich dniach tematyka europejska zdominowała dyskusje polityczne oraz media w Polsce. Tym razem – niestety – w formie kolejnej polsko-polskiej wojny o personalia.

Po półtora roku rządów Prawa i Sprawiedliwości trudno mieć pretensje do wszystkich mniej lub bardziej cieszących się z kuksańca, jaki od europejskich liderów otrzymała – w zastępstwie Jarosława Kaczyńskiego – Beata Szydło.

Fakt, że dość zużyty już eks-premier i utrzymanie przez niego europejskiego stanowiska stanowi (wątłą) rekompensatę za wycięte drzewa, próbę siłowego powiększenia Warszawy czy zaostrzenia i tak już surowego prawa antyaborcyjnego powinien jednak zapalić lampkę alarmową – i to co najmniej z dwóch powodów.

Pierwszy ma bardziej partyjno-taktyczny charakter, który na łamach KrytykaPolityczna.pl opisywał m.in. Marek Nowak. Po raz kolejny może się okazać, że osoby o postępowych poglądach tak ekonomicznych, jak i światopoglądowych zostaną przygniecione ciężarem POPiS-owej wojny, w której „obrońcy demokracji” zmierzą się z „obrońcami 500+”.

Nie bądźmy cheerleaderami Tuska

W zależności od tego, po której stronie politycznej barykady się znajdziemy, Donald Tusk albo odziany będzie w nazistowski mundur służbisty Rzeszy Angeli Merkel, albo też szykować się będzie do wejścia na białego konia i poprowadzenia brukselskich dywizji na odsiecz umęczonej ojczyźnie.

Jeśli ktoś sądzi, że ta ostatnia wizja wydaje się abstrakcyjna, warto sprawdzić, co na swoich blogach piszą nawet do tej pory zdawałoby się niezbyt histeryczni publicyści.

Dyplomacja alternatywna

Są jednak powody do niepokoju inne niż tylko to, jakie skutki będą miały te brukselskie wydarzenia na polskie wybory parlamentarne w roku 2019. Nie trzeba rozważać, czy Kaczyński okazał się genialnym strategiem, który już za chwilę patrzeć będzie na powolne umieranie Donalda Tuska w posmoleńskim, ambergoldowym wilczym dole, czy może właśnie pokazał poziom swojego politycznego szaleństwa.

Okazję do powrotu tematyki europejskiej warto wykorzystać do sprawdzenia, przed jakimi wyzwaniami stoi nadal mierząca się z własnymi problemami Unia i tego, w jaki sposób na ich rozwiązywanie – lub zaostrzanie – wpływa aktualna polityka rządu PiS.

Na początek zostańmy jeszcze na chwilę na poziomie personalnym, tym razem wpisując go w nieco szerszy kontekst. Od lat znany jest kryzys demokratycznej legitymizacji UE (o którym więcej za chwilę). Istnieją zróżnicowane pomysły na rozładowanie napięcia, generowanego przez niejasny system podejmowania decyzji i dominację technokracji nad demokracją w Brukseli i Strasburgu.

Prawo i Sprawiedliwość miało szansę uczynić coś, co miałoby szansę na zdemokratyzowanie UE – raczej przez przypadek (a właściwie chęć wendetty na znienawidzonym polityku) niż w wyniku celowego działania, ale zawsze. Wystarczyłoby zamiast pozorowanego wstawania z kolan na serio potraktować rolę własnej dyplomacji, wynosząc ją na polityczny, a nie narodowy poziom.

Jeśli wierzyć niedawnemu artykułowi „Frankfurter Allgemeine Sontagszeitung”, to pozycja Tuska w Radzie Europejskiej nie była szczególnie mocna. Kilka miesięcy temu w instytucjach europejskich doszło do faktycznego zerwania wielkiej koalicji chadeków z socjaldemokratami. Europejska Partia Ludowa skupiła w swych rękach trzy najważniejsze stanowiska unijne: do szefów Komisji Europejskiej oraz Rady Europejskiej dołączył nowy przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Zamiast w ostatniej chwili wyskakiwać z kandydaturą szeregowego europosła o wybujałym ego (należy podziękować Twitterowi za bezprecedensowe umożliwienie śledzenie upadku tych czy innych postaci nazywanych niegdyś autorytetami) Warszawa mogła zacząć negocjacje z europejskimi, centrolewicowymi przywódcami na temat zmian na stanowisku szefa RE.

Ćwierkająca końcówka Saryusza

Rząd Szydło mógł poprzeć ich aspiracje w zamian za szereg zobowiązań, np. do kontynuowania twardego kursu wobec Rosji czy sprzeciwu wobec budowy gazociągu Nord Stream II. Wymogi te mogliby spełnić (przynajmniej do niedawna) np. szwedzcy socjaldemokraci mający tę dodatkową zaletę, że mogliby prezentować interesy krajów spoza strefy euro.

Polityczne marzycielstwo? A czy ktoś jeszcze do niedawna potrafił sobie wyobrazić pójście ekipy PiS tak samobójczą ścieżką w polityce europejskiej? Polityce, w której dyplomacja odgrywa kluczową rolę, sojusze bywają egzotyczne i w której ostatnią pomocną do osiągania swych celów strategią jest straszenie germańskim oprawcą?

Postawa Viktora Orbana, którego Fidesz trwa w Europejskiej Partii Ludowej (robiąc w tym samym czasie interesy z Moskwą) i który poza okresowymi pohukiwaniami wobec Brukseli pozostaje dziś zdumiewająco bliżej głównego nurtu europejskich procesów decyzyjnych niż Warszawa, powinna dać do myślenia rodzimym prawicowym politykom. O ile rzecz jasna będą kiedyś chcieli przestać bawić się w rekonstruowanie losów żołnierzy wyklętych…

PKO Bank Polski. Do widzenia

Unijna zadyszka

Problem polega na tym, że niemocy w polityce personalnej towarzyszy pustka w pomysłach na dalszą integrację Europy i rolę Polski w tym procesie.

Pustka, która dotyczy nie tylko rządu – dość wspomnieć, że jedyną do tej pory odpowiedzią opozycji były nawoływania .Nowoczesnej do wejścia do strefy euro. Nie towarzyszyła im niestety refleksja nad źródłami dotychczasowych problemów wspólnej waluty ani propozycje, dotyczące sposobów na zapewnienie bardziej stabilnych niż do tej pory fundamentów dla jej dalszego funkcjonowania.

Petru: W sprawie euro musimy się wreszcie zdecydować

Warto wymienić najważniejsze problemy i wyzwania, z którymi mierzy się dziś Unia Europejska, posiłkując się np. najnowszą publikacją Zielonej Fundacji Europejskiej. W The European Patient – A Diagnosis of the EU Maladies zaprezentowano opinie i komentarze publicystek i publicystów z i spoza kontynentu, analizujące aktualną kondycję próbującej się jednoczyć Europy.

Nie ograniczając się wyłącznie do propozycji ze wspomnianego raportu, wśród najważniejszych problemów wymienić należałoby zatem:

– utrzymujące się nierówności, dzielące Europę na co najmniej trzy strefy: bogatą Północ, zmagające się ze skutkami kryzysu Południe oraz wahający się między polityką tożsamości a nadganianiem zaległości Wschód;

– związane ze wspomnianymi nierównościami problemy z brakiem dostatecznie silnych narzędzi integracji społecznej. Unia ma dość niewiele do powiedzenia – czemu towarzyszy brak stosownych środków – w kwestii stymulowania powstawania nowych miejsc pracy czy tworzenia sieci zabezpieczeń społecznych na szczeblu ponadnarodowym;

– nadal niestabilna architektura strefy euro, generująca niekorzystny bilans handlowy dla krajów na południu kontynentu. Krajów, którym wspólna waluta umożliwiła tanie zadłużanie się. Fakt, że długi te znalazły się często w rękach kredytodawców z Północy tworzył dodatkową zachętę do stawiania raczej na narzucanie polityki cięć niż próbę załagodzenia sytuacji np. euroobligacjami;

– wygenerowaną na bazie wspomnianej strategii na wyjście z kryzysu frustrację, którą pogłębiła niedostateczna demokratyczność instytucji unijnych. Ich biurokratyczny charakter sprawiać ma, że w przeciwieństwie do rządów na szczeblu narodowym (gdzie za pomocą wyborów można doprowadzić do zmiany ekipy rządzącej) na szczeblu UE jedyną alternatywą wydaje się rozmontowanie Unii;

– wyczerpanie się wiary w możliwości stosowania „miękkiej siły” w stosunkach międzynarodowych, z której słynęła Unia. Okazuje się ona nieprzygotowana do nawrotu imperialnych ambicji Rosji, niezdolna do odegrania większej roli w konfliktach, mających bezpośrednie przełożenie na jej sytuację (Syria, Libia) oraz do tworzenia spójnej polityki np. wobec rosyjskich pomysłów energetycznych.

Popkiewicz: Polska Wunderwaffe przeciwko wiatrakom z Niemiec

Bierność Warszawy

W każdym ze wspomnianych przypadków polityka narodowych egoizmów, której PiS z przyjemnością hołduje, przynosi opłakane skutki. Przykładowo wiara w „czysty węgiel” i zalesianie (zapewne za pomocą „lex Szyszko”) jako filary polskiej polityki klimatycznej utrudniają merytoryczną dyskusję o zwiększeniu finansowania budowy zielonej gospodarki w krajach mocno dziś stojących na węglu.

Sęk w tym, że skupiający się na międzyrządowym wymiarze integracji rząd ignoruje budowę instytucjonalnych narzędzi, umożliwiających dyskusję o kierunkach rozwoju Unii opierającą się na wyborze politycznych priorytetów, a nie (kiepskim) rozgrywaniu interesów poszczególnych państw.

Rodzima opozycja, podkreślając mgławicowo pojmowane kwestie „praw człowieka” (które nie przeszkadzały PO blokować nawet najbardziej kadłubkowej regulacji dotyczącej związków partnerskich w czasie, kiedy konserwatysta David Cameron wprowadzał równość małżeńską w Wielkiej Brytanii) oraz korzyści ekonomiczne z UE również – de facto – rezygnuje z udziału w tej dyskusji, oddając decydowanie o przyszłości Unii w ręce bardziej aktywnych rządów i formacji politycznych z innych państw członkowskich.

Dyskusja o ładzie instytucjonalnym Europy jest z pewnością mniej spektakularna niż niegdysiejsze krojenie przez Tuska tortu symulującego euro wyciągnięte ze wspólnotowego budżetu, ale koniec końców to ona warunkować będzie kwestie związane z tym, jakie i do kogo banknoty wspólnej waluty będą trafiać. Powinna ona zainteresować również i tych, dla których kontynentalna wspólnota to choć odrobinę więcej niż „wyciskanie brukselki”.

Niedawna prezentacja pięciu ścieżek rozwoju UE, zaprezentowana przez Jean Claude’a Junckera w Parlamencie Europejskim, nie obiła się szczególnym echem nad Wisłą. Ryzyko „Unii wielu prędkości” nie jest kontrowane dążeniem do usprawnienia i demokratyzacji instytucji.

Pomysły w rodzaju osobnej izby parlamentarnej dla państw strefy euro nie trafiają na alternatywę w postaci, dajmy na to, izby reprezentantek i reprezentantów poszczególnych państw członkowskich. Polska – ani za Tuska, ani za Kaczyńskiego – nie woła nie tylko o przeznaczenie choćby skromnej części mandatów w PE na „listę unijną” dla europejskich partii politycznych, ale nawet o naprawienie podstawowej bolączki, jaką jest brak inicjatywy ustawodawczej Europarlamentu.

W efekcie polska polityka unijna dryfuje miedzy dwoma pasywnymi stanowiskami: PiS-owskim domaganiem się większej jednomyślności rządów UE połączonej ze sceptycyzmem wobec głębszej integracji (i towarzyszącym temu stanowisku zdziwieniem, że inni mogą chcieć integrować się szybciej) oraz liberalną obroną status quo i zadowalaniem się ciepłą wodą w kranie funduszy unijnych.

Nie trzeba wiele wyobraźni by spostrzec, że żadna z tych postaw nie pomoże na rozwiązanie trapiących Europę kryzysów – niezależnie od tego, czy realizować ją będziemy stawiając bardziej na Trójkąt Weimarski czy Trójmorze.

Zamiast tego potrzebne są nam dziś bardziej niż zwykle postępowe, lewicowe głosy na rzecz bardziej ambitnej, sprawnej, demokratycznej Unii. Unii, która nie tylko będzie zacieśniać współpracę w dziedzinie bezpieczeństwa czy energetyki (o tych kwestiach przynajmniej trochę się w rodzimej polityce przebąkuje), ale zacznie budować podwaliny pod realizację marzenia o solidarnej, społecznej Europie.

Nie jest na to jeszcze za późno.

Prawico, lewico, liberałowie, zrozumcie jedno: Unia Europejska jest wybawieniem

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Krzysztof Mazur

To prawda, że obrona status quo w UE to trochę mało, ale recepty proponowane przez Autora i które sama strefa euro chyba chce wdrożyć, są jeszcze gorsze. Przekształcenie strefy euro w państwo socjalne oznacza rozciągnięcie kryzysu finansowego z południa Europy na całą strefę euro bez usunięcia przyczyny kryzysu, czyli 'pobudzania popytu' na bańkę kredytową za pomocą luźnej (keynesowskiej, czy też może lewicowej) polityki monetarnej ECB. Polska do strefy euro wejść nie może, bo nie spełnia warunków i to chyba szczęśliwy przypadek. Co do współpracy z UE w innych kwestiach, np. energetycznych albo militarnych, Polska chyba niewiele ma do zaoferowania. Elektrowni atomowych nie mamy, a Macierewicz rozwala wojsko.