UE

Wybory Schrödingera, czyli jeśli nie wiadomo, kto wygra, to wygra Orbán

Szilárd István Pap

Od upadku socjalizmu państwowego na Węgrzech odbyły się już niejedne wybory o przewidywalnym wyniku i niejedne o nieprzewidywalnym. Do niedawna nie zdarzały się jednak wybory przewidywalne i nieprzewidywalne jednocześnie. Dlatego te, które odbywają się dzisiaj, można nazwać wyborami Schrödingera. Z Budapesztu dla Krytyki Politycznej Szilárd István Pap.

Na pierwszy rzut oka wydaje się oczywiste, że Fidesz, partia premiera Viktora Orbána, która wypracowała sobie miażdżącą przewagę polityczną, instytucjonalną i gospodarczą w kraju, wygra większością absolutną (a może nawet większością 2/3 głosów) i zdominuje węgierskie Zgromadzenie Narodowe. Sondaże oceniają popularność Fideszu w granicach 27-41 proc., znacznie wyżej niż drugiej największej partii – Jobbiku, dawniej skrajnie prawicowego, a teraz nieco bardziej umiarkowanego, o deklarowanym sondażowo poparciu wynoszącym między 8 a 18 proc. w grupie uprawnionych do głosowania.

Skąd tak wielkie różnice w sondażach? Tak obszerne widełki deklarowanego w sondażach poparcia dla węgierskich partii wskazują, że jeden rzut oka nie wystarczy, żeby wyrokować o rezultatach dzisiejszych wyborów. Jeśli weźmie się pod uwagę niechęć wielu Węgrów do udziału w sondażach (płynącą z obawy bądź niezdecydowania) oraz tradycyjne przeszacowywanie wyników Fideszu w każdej ankiecie, to przytaczane przeze mnie dane sondażowe mogą się okazać najmniej wiarygodnymi w historii postkomunistycznych Węgier. Wszyscy ankieterzy to potwierdzają.

Zepsuta MaBeNa Orbána 

25 lutego w miejscowości Hódmezővásárhely na południowym wschodzie Węgier odbyły się wybory na stanowisko burmistrza. Miasto uważane przez wielu za matecznik Fideszu odrzuciło przedstawiciela partii rządzącej, a zamiast niego wybrało kandydata niezależnego, Pétera Márki-Zaya, którego wsparły wszystkie partie opozycyjne. Zaskakujący wynik poruszył opinię publiczną i wzbudził nadzieję, że quasi-autorytarną partię Orbána da się pokonać w wyborach otwartych.

Jednak prawdziwym znakiem, że Węgry niecierpliwie czekają na nieprzewidywalne wynik niedzielnego głosowania nie jest historia z Hódmezővásárhely ani niewiarygodność sondaży, lecz niewyczerpany strumień skandali opływający partię rządzącą od początku tego roku.

I do szabli, i do szklanki, i do antysemityzmu, i do illiberalizmu

Niemożliwe byłoby zrelacjonowanie w mojej korespondencji dla Krytyki Politycznej wszystkich skandali ujawnionych przez węgierskie media w ostatnich miesiącach, więc pozwolę sobie szybko przejść przez kilka najważniejszych:

1. W styczniu, po wywiadzie Times of Malta z Kristófem Altuszem, sekretarzem stanu w ministerstwie spraw zagranicznych Węgier, stało się jasne, że równocześnie z prowadzeniem przez Fidesz od 2015 roku nienawistnej i siejącej panikę kampanii przeciwko uchodźcom, rząd w 2017 roku przyznał azyl około 1300 z nich. Odkrycie ujawniło hipokryzję rządowej retoryki i udowodniło to, co większość ludzi już wiedziała: Orbán odwołuje się do najgorszych instynktów części węgierskiego społeczeństwa tylko po to, by utrzymać się przy władzy.

W Budapeszcie nie będzie Warszawy

czytaj także

2. Urząd UE do spraw zwalczania nadużyć finansowych (OLAF) wydał wyczerpujący raport o wykorzystywaniu funduszy unijnych na Węgrzech, w którym twierdzi, że zięć Orbána, István Tiborcz, posłużył się nielegalnymi zabiegami by wygrać przetarg na oświetlenie dróg publicznych finansowane przez UE. Raport podaje, że firma Tiborcza miała działać w ramach siatki przestępczości zorganizowanej, a państwo węgierskie współpracowało z nią przy oszustwie.

3. Jednego z wysokich rangą członków Fideszu Lajosa Kósę złapano na niezwykłym skandalu dotyczącym spadku w wysokości 4,35 mld (!) euro. Wypłynęły autentyczne dokumenty, w których nieznana kobieta, rzekoma spadkobierczyni po bogatym krewnym ze Szwajcarii, wyznaczała Kósę na plenipotenta tego astronomicznego majątku. Polityk zaprzeczył, jakoby kiedykolwiek zobaczył z tej sumy choćby grosik, ale skandal trwał nadal, gdy wyszły na jaw dokumenty udowadniające, że chciał przekazać swojej matce około 2,5 mln euro. Do dziś nie wiadomo, co tak naprawdę miało miejsce i czy mamy do czynienia ze skomplikowanym systemem prania pieniędzy, czy sam Kósa został po prostu oszukany przez hochsztaplerkę z prowincji. Tak czy inaczej, absurdalność całej historii zmusiła działacza do ukrywania się przed mediami.

Słowacja ma euro, Czesi pragmatyzm, Orban przyjmie uchodźców. Kto został sam?

4. Według kolejnego niesłychanego doniesienia medialnego suma pieniędzy niemal taka sama, jak w skandalu Kósy, została wyprowadzona z Węgier w postaci diamentów.

5. W ramach nielegalnej machinacji obligacjami, na której wzbogaciły się firmy powiązane z Fideszem, prawo stałego pobytu na Węgrzech zdobyło kilku zagranicznych przestępców: osoba oskarżona przez włoską policję o pranie pieniędzy oraz bliski współpracownik syryjskiego dyktatora Baszszara al-Asada. Obydwu zaproponowano stały pobyt w zamian za inwestycję w obligacje państwa węgierskiego. Cały przekręt obligacyjno-pobytowy to pomysł jednego z patriarchów Fideszu – ministra odpowiedzialnego za propagandę rządową, Antala Rogána.

6. Okres kampanii wyborczych „uświetniły” też pomniejsze skandale, na przykład te związane z luksusową willą dyrektora banku narodowego czy kontami ważnego urzędnika w raju podatkowym.

Wszystkie te historie odegrały kluczową rolę w uwidocznieniu rozmiaru korupcji, która przeżera partię rządzącą od góry do dołu. Zaskoczeniem nie były same doniesienia, ale prosty fakt, że zazwyczaj dobrze naoliwiona maszyna komunikacyjna obsługiwana przez klikę Orbána zaczęła wreszcie zgrzytać. Przez większość 2018 roku w wiadomościach dominowały więc tematy korzystne dla opozycji.

Węgierski uniwersytet dołączył do „wrogów narodu”. Po co Orbanowi ta wojna?

Gerrymandering po węgiersku

W ciągu ostatnich 8 lat Fidesz nie miał okazji przyzwyczaić się do pozycji defensywnej. Dzięki splecionym kampaniom nienawiści przeciwko uchodźcom, George’owi Sorosowi i węgierskim NGO-som rządowi Orbána udało się przez lata pozostawać w ofensywie. Zdołał nałożyć na węgierską sferę publiczną tak potężną ramę narracyjną, że nawet przeciwnicy zmuszeni byli grać na boisku Fideszu. Teraz już tak nie będzie.

Pomimo tych zmian Fidesz pozostaje politycznym, gospodarczym i medialnym hegemonem. Nie zmieniono też ordynacji wyborczej, która została zaprojektowana tak, by faworyzować jedną, największą partię polityczną – partię Orbána. Na 199-osobowy parlament 106 przedstawicieli wybiera się podobnym do brytyjskiego systemem opartym na większości względnej, z jednomandatowymi okręgami wyborczymi, a tylko 93 – systemem proporcjonalnym, opartym na ogólnokrajowych listach wyborczych.

Tych 106 miejsc do wzięcia na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko” można więc wygrać nawet bez posiadania większości bezwzględnej w danym okręgu. Biorąc pod uwagę podziały w opozycji, Fidesz jest w bardzo korzystnej sytuacji. W 2014 roku – kiedy partia rządząca zdobyła większość 2/3 dzięki mniejszej liczbie głosów niż w przegranych wyborach w roku 2006 – kandydaci Orbána otrzymali nominacje w 96 ze 106 okręgów wyborczych, ale tylko w 26 zdobyli większość. W pozostałych 70 dostali mniej głosów niż wzięci razem najważniejsi kandydaci opozycji.

Pokonać Orbána taktycznie?

Wyborcza niespodzianka w Hódmezővásárhely dodała nowej energii wysiłkom, by wyłonić tylko jednego kandydata opozycji w każdym z okręgów, a zatem zmaksymalizować szanse przegranej kandydatów Fideszu. Wokół tego przedsięwzięcia wyrosło kilka oddolnych organizacji i grup obywatelskich, próbujących przymusić partie opozycyjne do zawarcia układu w każdym z okręgów wyborczych. Najważniejszą z takich organizacji jest Ruch Wspólnego Kraju, który w wielu zapalnych okręgach zlecił sondaże, by dowiedzieć się, który kandydat ma największe szanse wygrać z kandydatem Fideszu.

Gdy stało się jasne, że partie opozycyjne nie chcą całkowitej koordynacji (chociaż do końca tego tygodnia częściowo zgrały się w niektórych okręgach), grupy obywatelskie zaczęły promować „głosowanie taktyczne”. Prowadzą one kampanię przekonującą wyborców, by w okręgach jednomandatowych zrezygnowali ze swoich własnych sympatii i zagłosowali na najsilniejszego kandydata opozycji, a głosowanie na swojego ulubionego kandydata zarezerwowali dla krajowych list wyborczych.

Orban – kat niezależnych mediów

czytaj także

Kwestia głosowania taktycznego dokłada do tego już i tak zagmatwanego równania dodatkowy czynnik nieprzewidywalności. Jak wyborcy mają wiedzieć, kto jest tym najsilniejszym kandydatem, na którego powinni głosować, jeśli nie mają oficjalnych zaleceń partii? Jaka część różnych elektoratów zagłosuje taktycznie, a kto zostanie przy swoim wybranym kandydacie niezależnie od jego lub jej siły przebicia? Odpowiedź na te pytania dostaniemy dopiero wieczorem 8 kwietnia.

Problemy te wpłyną też na frekwencję, kolejny fundamentalny aspekt wyborów. Biorąc pod uwagę stabilność dwumilionowego elektoratu Fideszu, o wszystkim zdecyduje liczebność zmobilizowanych wyborców po drugiej stronie. Zarówno analitycy, jak i przywódcy polityczni twierdzą, że frekwencja w wysokości 70 proc. byłaby niezbędnym minimum do pozbawienia Fideszu większości parlamentarnej. Żeby uniknąć kolejnej większości kwalifikowanej 2/3 głosów dla Fideszu, potrzeba by frekwencji 65 proc.

Reżim przyjazny przedsiębiorcom

Nie dziwne, że w tym momencie nie ma takiej osoby, która ośmieliłaby się cokolwiek przewidywać. Najmniej kontrowersyjnym przypuszczeniem wciąż pozostaje więc wygrana Fideszu.

Jednak po ośmiu latach agresywnej, skrajnie prawicowej demagogii i zdecydowanie prawicowej polityki gospodarczej, która zrujnowała większość służb publicznych, a mniej zamożną połowę społeczeństwa wprowadziła w stan stagnacji, a może nawet upadku, ewentualna kontynuacja rządów Orbána nie kryje już tylu niespodzianek, co sam wynik niedzielnych wyborów. Wielu sądzi, że po fiasku w Hódmezővásárhely rząd zmieni kurs i ściszy trochę antyimigrancką i zwalczającą Sorosa propagandę, by porozmawiać o sprawach bardziej dotyczących węgierskich obywateli. Nie mają racji.

Przeciwnie: Fidesz podkręcił obroty swoich tradycyjnych kłamstw. Rozpoczął nawet nową ksenofobiczną kampanię, kopiując billboardy UKIP-u z kampanii na rzecz Brexitu. Modus operandi Orbána jest już dobrze znany. Do jego repertuaru nie należy umiarkowanie. Jeśli 8 kwietnia przyniesie wiadomość, że większość węgierskiego społeczeństwa nie ma ochoty na ciąg dalszy, nie ma wątpliwości, że rząd będzie: 1. powielał ataki na resztki pluralizmu i praworządności; 2. dalej prywatyzował publiczne zasoby i przekazywał je politycznym klientom; 3. kontynuował swoją wynaturzoną redystrybucję dóbr, która wysysa środki z biedniejszych części społeczeństwa i oddaje je bogatszym; oraz 4. wciąż prowadził wojnę retoryczną z Unią Europejską.

Dzięki funduszom unijnym, rosyjskim i chińskim kredytom na budowę elektrowni atomowej Paks2 oraz linii kolejowej Budapeszt-Belgrad pozycja ekonomiczna Fideszu jest stabilna, a jego polityczna klientela – dobrze karmiona. Rekordowo niskie podatki dochodowe dla korporacji oraz prawo pracy przyjazne przedsiębiorcom zapewniają rządowi aprobatę wielkich międzynarodowych firm. Jeśli więc nie zostanie obalony 8 kwietnia, reżim Orbána nie przestanie się umacniać. Można się obawiać, że za kolejne 4 lata szanse na jego pokonanie będą jeszcze mniejsze.

**
Korespondecja Szilárda Istvána Papa dla Krytyki Politycznej ukazała się też po angielsku i czesku. Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

Nowe węgierskie podręczniki uczą dokładnie tego, czego nie chcecie uczyć swoich dzieci

„Jak oni wygaszają”. W dzisiejszym odcinku: Orban i zaorane sądy

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.