UE

„Tourists go home”! Hiszpania ma dość turystów

Masowa turystyka zmienia krajobraz miasta i szkodzi jego mieszkańcom. Paradoksalnie jednak działania różnych organizacji antyturystycznych mogą zaszkodzić z kolei biedniejszej części turystów.

27 lipca 2017 roku, gorące czwartkowe przedpołudnie. Turystyczny dwupiętrowy autobus jak co dzień obwozi turystów po Barcelonie. Kiedy zatrzymuje się przed stadionem Camp Nou, słynnej drużyny piłkarskiej FC Barcelona, na drodze pojawia się czterech odzianych na czarno mężczyzn w kominiarkach. Napastnicy otaczają autokar i blokują mu drogę. Potem przebijają opony i piszą sprayem na szybie autobusu „el turisme mata els barris” – po katalońsku oznacza to „turystyka zabija sąsiedztwo”. I uciekają.

 

Nikt nie ucierpiał, choć turyści najedli się strachu, myśląc początkowo, że padli ofiarą działań islamistycznych terrorystów. Tymczasem do przeprowadzenia akcji przyznał się Arran, lewicowo-anarchistyczny ruch młodzieżowy powiązany z Kandydaturą Jedności Ludowej (CUP), antykapitalistyczną partią prowadzącą kampanię na rzecz niepodległości Katalonii.

Grupa liczy około 500 członków i wciąż się rozrasta. Jej rzeczniczka prasowa Laura Flores twierdzi, że incydent z autokarem nie był aktem wandalizmu, lecz samoobrony. „Dzisiejszy model turystyki wyrzuca ludzi z mieszkań i szkodzi środowisku – widać na całym wybrzeżu, co dzieje się budynkami i kamienicami. Przez masową turystykę mieszkańcy muszą opuszczać swoje mieszkania i dzielnice. To jest przemoc i wandalizm”.

Już od dłuższego czasu w całym mieście pojawiają się graffiti wzywające turystów do opuszczenia tego pięknego miasta. Niedaleko Sagrady Familii czy w drodze do Parku Güell można napotkać bardzo wymowne napisy „tourists go home” – turyści wracajcie do domu. Aktywiści niszczyli też rowery turystyczne, protestowali przed bazyliką Sagrada Familia i wybijali szyby w pięciogwiazdkowych hotelach.

Barcelona się dławi

Barcelonę, którą zamieszkuje niecałe dwa miliony ludzi, co roku odwiedza około trzydziestu milionów turystów. Nic w tym dziwnego. To miasto ma wszelkie atuty, aby przyciągnąć masę przyjezdnych. Piękną piaszczystą plażę w dzielnicy La Barceloneta, wąskie zabytkowe uliczki, odważną architekturę Gaudiego, klimatyczne kafejki i dzielnice, a także rozrywkowe życie nocne.

Miejsce przyciąga zarówno krezusów, którzy chcą spędzić czas w luksusowych restauracjach czy drogich butikach, jak i backpackerów czy młodych zbuntowanych społeczników, którzy uważają że „inna polityka, inny świat jest możliwy”. Bo Barcelona oprócz tego, że jest mieszczańska i nowobogacka, jest też miastem zbuntowanym, w którym kwitną postępowe idee polityczne. Działa tu wiele ruchów i organizacji, które inspirują aktywistów z całego globu, a także kultowe alternatywne bary (np. założony przez Manu Chao bar Mariatchi).

Jeszcze inni przyjeżdżają do Barcelony, aby podążać śladami książek Carlosa Ruiza Zafóna, autora m.in. bestsellerowego Cienia Wiatru. Jednak miasto z jego powieści zasadniczo różni się od dzisiejszej stolicy Katalonii. Jest magiczne, a zarazem trochę mroczne i niebezpieczne, obsadzone w latach 30. i 50. XX wieku, czyli w okresie panowania brunatnej frankistowskiej dyktatury. Dziś Barcelona jest również fascynująca (chociaż już nie tak mroczna), ale przede wszystkim – przepełniona.

Miasto od kilku dobrych lat dławi się turystami. Do granic możliwości zatłoczone są uliczki, przystanki, plaże, metro. Na barcelońskiej starówce, w okolicach Sagrady Familii i w pobliżu plaż coraz rzadziej można spotkać rodowitych barcelończyków. Jest tam drogo, tłoczno i głośno. Wszędzie i o każdej porze słychać stukot plastikowych kółek od walizek, które ciągną za sobą turyści.

Przestańcie powtarzać, że miasto nie jest polityczne

„Barcelona jest na rozdrożu, a jeśli nic nie zostanie zrobione, za 30 lub 40 lat może stać się następną Wenecją, miastem całkowicie wyspecjalizowanym w turystyce” – ubolewa Francesc Muñoz, profesor geografii Uniwersytetu Autonomicznego w Barcelonie.

Mieszkańcy mają dość

Tak stało się już z wysadzaną drzewami aleją Las Ramblas, głównym deptakiem łączącym plac Kataloński z dzielnicą gotycką. Kiedyś było to bardzo popularne miejsce spotkań mieszkańców. Dziś ulica jest zapchana turystami, sklepami z pamiątkami i barami typu fast food.

„Tracimy naszą esencję. Tam, gdzie kiedyś były kwiaty, teraz są tylko sklepy z  pamiątkami” – mówi Carolina Palles, właścicielka najstarszej kwiaciarni na Las Ramblas, którą założyła jej prababka w 1888 roku.

Sprzedawcy z pobliskiego historycznego targu La Boqueria narzekają, że gapiący się turyści uniemożliwiają mieszkańcom kupowanie artykułów spożywczych.

Wierzę w empatyczną Hiszpanię [rozmowa z Aleksandrą Lipczak]

Z kolei inwestorzy spekulują i kupują całe budynki – również te, w których rodziny mieszkają od dziesięcioleci – by zaspokoić potrzeby rozwijającego się przemysłu turystycznego. Właściciele widzą okazję, aby zarobić nawet czterokrotnie więcej niż na wynajmie długoterminowych lokalnych lokatorów. Szacuje się, że 40% turystycznych apartamentów w Barcelonie jest nielegalnych, dokładna liczba nie jest jednak znana, bowiem serwisy Airbnb czy Booking.com odmawiają podania danych osób udostępniających swoje mieszkania.

Przerabianie lokali na apartamenty dla turystów prowadzi do niedoboru mieszkań dla mieszkańców. Czynsze w ciągu 3–4 lat wzrosły o około 18%. Większość młodych Hiszpanów zarabia około 1000 euro, a wynajem mieszkania kosztuje jakieś 800. Zmuszeni są mieszkać albo z rodzicami, albo na peryferiach miasta.

Aby uzmysłowić sobie, co oznacza inwazja turystów dla zwykłego obywatela, wyobraź sobie przez chwilę, że jesteś mieszkańcem tej hiszpańskiej metropolii. W piątek rano idziesz na targ w swojej dzielnicy La Boqueria. Trudno przepchać się przez tłum, a ceny znowu skoczyły w górę. Przy stanowisku mięsnym spotykasz sąsiadów z naprzeciwka, starsze małżeństwo, które mieszka tam, odkąd pamiętasz. Właściciele sprzedają całą kamienicę inwestorowi, który planuje przekształcić zabytkowy budynek w luksusowe apartamenty, a najemcy mają sześć miesięcy na opuszczenie mieszkania. Gdzie oni teraz pójdą? Nie mogą sobie pozwolić na nowe, wygórowane stawki.

„Cheap Eastern European girls”, czyli tajlandyzacja magicznego Krakowa

Następnego dnia decydujesz się na obiad w starym miejscu za rogiem, który jest jednym z niewielu, gdzie serwuje się typowe tapasy. Ale na zewnątrz ciągnie się niekończący sznur ludzi, w większości przyjezdnych. Wieczorem udajesz się ze znajomymi do pubu, który uwielbiasz, ale okazuje się, że go już nie ma, został zastąpiony przez Starbucksa. Wracasz do domu i pod klatką spotykasz młodych ludzi, którzy wynajęli mieszkanie piętro wyżej. Imprezują tam od wielu dni, zakłócając twój sen. Jeden z nich właśnie sika na klatkę schodową. Ty i twoi sąsiedzi będziecie musieli znosić zapach suchego moczu przez kilka dni. Nic przyjemnego. Poza tym po ulicy walają się śmieci, najczęściej czerwone lub zielone puszki po piwie. Następnego dnia do pracy pójdziesz niewyspany, a droga przez tłumy zajmie ci prawie godzinę.

Mieszkańcy zaczęli się buntować, nie tylko w Barcelonie. W stolicy Majorki, Palma de Mallorca, demonstranci wystrzelili race nad luksusowymi jachtami w porcie oraz wtargnęli do lokali gastronomicznych, gdzie rozrzucili konfetti na posiłki. W San Sebastián w dniu Semana Grande – ważnego festiwalu kultury baskijskiej – odbyły się masowe antyturystyczne protesty. W Walencji młodzi aktywiści zajęli mieszkanie czynszowe i rozwinęli na balkonie sztandar z hasłami przeciwko gentryfikacji. Hiszpańskie media określają tego typu incydenty mianem „turyzmofobii”.

Mason: Czas na postkapitalizm

czytaj także

Burmistrzowie reagują

Choć tego typu działania są potępiane przez mainstream, ruch antyturystyczny przybiera na sile, a masowa turystyka staje się głównym tematem hiszpańskiej debaty publicznej. Zgodnie z wynikami sondażu zleconego przez władze Barcelony miejscowi uważają turystykę za drugi najbardziej palący problem miasta – zaraz po bezrobociu.

Dostrzegli to politycy. Ada Colau, burmistrzyni Barcelony, była squatterka i aktywistka miejska przyznaje, że rozpędzona turystyka niszczy miasto. „Nie chcemy być drugą Wenecją” – powtarza w wywiadach. I nie rzuca słów na wiatr. Jako pierwsza na świecie nałożyła na popularny portal Airbnb karę kilkuset tysięcy euro za „pomoc w nielegalnym podnajmowaniu mieszkań”. Ponadto na rok wstrzymała budowę nowych hoteli w mieście. Powstała strona internetowa, na której mieszkańcy mogą zgłaszać nielegalne wynajmowane mieszkania.

Po Barcelonie reagują inne hiszpańskie miasta. Władze stołecznego Madrytu ograniczyły możliwość wynajmu mieszkań za pośrednictwem Airbnb. Zgodnie z nowymi przepisami w niektórych dzielnicach nie będzie można wynajmować prywatnych mieszkań turystom dłużej niż przez 90 dni w roku, a mieszkania będą musiały mieć osobne wejście dla turystów. Pod koniec kwietnia ubiegłego roku także Majorka zdecydowała o zakazie wynajmowania turystom mieszkań w budynkach wielorodzinnych.

Lewica zdefaszyzuje Hiszpanię

Nawet sam sektor turystyczny pragnie ograniczyć liczbę turystów w niektórych miastach i kurortach. „W wybranych obszarach musimy ograniczyć dostępne zakwaterowanie lub znacząco podnieść ceny” – mówi José Luis Zoreda, wiceprezydent i rzecznik Exceltur, hiszpańskiego lobby turystycznego. „Uważamy, że środki wprowadzone na Balearach czy w Katalonii są krokiem we właściwym kierunku” – dodaje.

W poszukiwaniu złotego środka

Pamiętać trzeba jednak o tym, że przemysł turystyczny w Hiszpanii to prawdziwa żyła złota. Jeden z motorów hiszpańskiej ekonomii. W czasach kryzysu usługi turystyczne były znaczącym, a niekiedy nawet jedynym źródłem wsparcia dla gospodarki kraju. Działacze społeczni ostrzegają jednak przed uzależnieniem się od przemysłu turystycznego: co jeśli Hiszpania się znudzi? Bańka turystyczna może eksplodować tak, jak eksplodowała bańka nieruchomości.

Turystyka odegrała także kulturową rolę w złagodzeniu skrajnego konserwatyzmu panującego w okresie dyktatury Franco. Kobiety miały wówczas mocno ograniczone prawa: nie mogły być sędziami, zeznawać w procesach, zdobyć tytułu profesora czy posiadać konta w banku bez pozwolenia męża czy ojca. Tymczasem dyktatorskie władze zachęcały Europejczyków do spędzenia wakacji na Półwyspie Iberyjskim. Dzięki przysłowiowym „Szwedkom w bikini” kraj choć trochę otworzył się na świat.

Szantaż pracy i banalność zła

czytaj także

Szantaż pracy i banalność zła

Félix Talego Vázquez, Angelina Kussy

Pierwszy zastępca burmistrzyni Barcelony, Gerardo Pisarello, w rozmowie z BBC stwierdził, że „turyzmofobia” jest wyolbrzymiana. „Nie wierzę, że mieszkańcy Katalonii odrzucają turystykę – raczej chcą ją uregulować” – powiedział.

Jako przykład wskazuje badania, w których 83% Katalończyków uznało, że przemysł turystyczny zapewnia korzyści. To samo, w którym turystykę… uznano za drugi najpoważniejszy problem społeczny w mieście.

Hiszpania musi utrzymać swój sektor turystyczny – w końcu stanowi on 11% PKB kraju, ale musi być również odpowiednio zarządzany, jeśli ma być trwały i przynosić korzyści wszystkim stronom. Niewykluczone, że działania Ady Colau są krokiem we właściwym kierunku.

Masowa turystyka zmienia krajobraz miasta, jego charakter i dynamikę. Tak jest z hiszpańskimi, które przeżywają tzw. boom turystyczny. W końcu okazuje się, że pejzaż miejsca, do którego powracamy po dłuższym czasie, bezpowrotnie zniknął, zniszczony przez kurorty i hostele w starych kamienicach, zadeptany przez turystów. A przecież bywamy turystami wszyscy i dokładamy do cierpienia mieszkańców swoją cegiełkę.

Europo, czas skończyć z uzależnieniem od wzrostu gospodarczego

Należy mieć też świadomość że ograniczenie masowej turystyki zawsze oznacza ponowne uczynienie podróżowania przywilejem najbogatszych. Dzięki tanim liniom autobusowym, lotniczym, couchsurfingom, Airbnb itp. w krajach rozwiniętych, ale również rozwijających się, podróżować może klasa ludowa, prekariat, studenci. Mogą oni dotrzeć do miejsc, które wcześniej dostępne były zazwyczaj dla zamożniejszej grupy społecznej. Za sprawą tańszych noclegów, wycieczek czy przewoźników przeciętny obywatel jest w stanie poznać inne kultury, nacieszyć oko zabytkowymi obiektami. Paradoksalnie działania różnych organizacji antyturystycznych mogą zaszkodzić głównie tej biedniejszej części turystów bądź podróżników.

***

Tomasz Skowronek – dziennikarz i publicysta, związany m.in. z Tygodnikiem „Przegląd”,  najczęściej pisze i podróżuje po Europie Południowej i regionie śródziemnomorskim.

Postturyści, czyli jak podróżować, żeby nie kolonizować

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.