UE

Bundeswehra jedzie na gapę

Niemcy uparcie twierdzą, że wspólna polityka gospodarcza i fiskalna strefy euro musi się zacząć od wyrównania wszelkich zaległości. Gdyby jednak zastosować tę zasadę do wspólnej polityki obronnej, okaże się, że to Niemcy od dawna jadą na gapę.

NOWY JORK – Niemieckiemu myśleniu o integracji strefy euro przyświecają dwie zasady: po pierwsze – zakres odpowiedzialności i kontroli muszą iść ze sobą w parze (a zatem nie ma mowy o wzajemnym ponoszeniu ryzyka bez wspólnego decydowania); po drugie – zanim nastąpi uwspólnienie ryzyka między członkami strefy euro, wszystkie zaległości muszą zostać wyrównane. Od 2010 roku te twierdzenia powracają jak mantra i to one kształtują wszelkie rozmowy o tym, jak wzmocnić euro. To one także w dużej mierze odpowiadają za anemiczny postęp w tworzeniu europejskiej unii bankowej. Niemcy są gotowe wyruszyć ku wspólnej przyszłości – mówią ich przywódcy – ale pod warunkiem, że Europa rozpocznie od początku, od tabula rasa.

Warufakis: Immanuel Kant kontra Angela Merkel

Na pierwszy rzut oka taka propozycja wydaje się rozsądna. Jednak aby zrozumieć w pełni jej wydźwięk, spróbujmy tę samą logikę zastosować do innej dziedziny polityki – bezpieczeństwa i obronności.

Co by było, gdyby Francja zastosowała niemieckie podejście do integracji strefy euro do kwestii uwspólnienia zobowiązań w zakresie obronności? Co stałoby się w przypadku, gdyby Francuzi się uparli, że bezdyskusyjnym warunkiem dalszej współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa jest nie tylko natychmiastowe zwiększenie niemieckich wydatków na obronność, ale także wyrównanie zaległości, jakie narosły przez ubiegłe dziesięciolecia?

Niemcy nie zawsze jechały na gapę w dziedzinie obronności. W dobie zimnej wojny Niemcy Zachodnie niezawodnie dokładały się do budżetu NATO, a Bundeswehra w latach 80-tych była liczącą się siłą. Na dobre i na złe, wpisywała się w tradycję niemieckich armii sięgającą czasów Cesarstwa. Powszechna służba wojskowa stanowiła normę, a wydatki na obronę sięgały 3% PKB.

Nagle, w 1989 roku, mur berliński upadł, a Niemcy zaczęły bez skrępowania czerpać z „dywidendy pokoju”. Ograniczenie liczebności niemieckich sił zbrojnych i wyrzeczenie się broni masowego rażenia zostało wpisane w traktaty jednoczące obie części Niemiec. Demilitaryzacja odzwierciedlała przemiany społeczne. W politycznej kulturze Republiki Federalnej coś się zmieniło.

Coraz więcej młodych mężczyzn wybierało służbę cywilną zamiast wojskowej. W 2011 roku zawieszono pobór. Ze względów praktycznych ta decyzja prawdopodobnie powinna była nastąpić wcześniej. Dziś najlepsze armie składają się z zawodowców, nie z poborowych. W Niemczech jednak, gdy wyczerpał się model zimnowojenny, nie pojawił się nowy, pozytywny program dla Bundeswehry, a  wraz z cięciami wydatków na wojsko posypały się również morale i zdolności operacyjne.

Raz po raz, na szczytach NATO Niemcy zobowiązywały się wydawać na obronność 2% swojego PKB. Nigdy się z tego jednak nie wywiązały. Stopniowo redukowały wydatki aż do poziomu 1% PKB, z czego większość pochłaniały wynagrodzenia i emerytury. Najnowsze dane NATO pokazują, że w 2017 roku niemiecki budżet na wyposażenie armii oraz badania i rozwój wyniósł zaledwie 0,17% PKB. Francja w tym czasie wydała na te cele 0,42% PKB, a Wielka Brytania – 0,47%.

Tak mizerne inwestycje wojskowe wytworzyły przepaść w zdolnościach obronnych między Niemcami a resztą Europy. Jedynie ułamek niemieckiego arsenału i pojazdów wojskowych jest sprawny. Na wschodniej granicy Europy nadaje się do użytku zaledwie dziewięć z 44 czołgów obiecanych jednostce Bundeswehry, która w przyszłym roku ma stanowić trzon liczących 5 tysięcy żołnierzy sił szybkiego reagowania NATO w rejonie krajów nadbałtyckich. Jednostce brakuje także innego wyposażenia kluczowego dla prowadzenia misji, np. namiotów, odzieży zimowej, noktowizorów i kamizelek kuloodpornych.

Żadnych złudzeń, alternatywy nieciekawe

Dla niemieckiej lewicy, przeciwnej używaniu twardej siły, te braki nie są powodem do narzekań. Jednak osłabienie Bundeswehry pozbawia Niemcy także możliwości oddziaływania miękką siłą. W 2014 r. niemieckie zespoły humanitarne dostarczające pomoc do dotkniętej epidemią eboli Liberii utknęły na Wyspach Kanaryjskich. Wiele z okrętów wchodzących w skład niemieckiej floty wojennej – tych, które najbardziej przydają się do ratowania uchodźców na Morzu Śródziemnym – będzie na 18 miesięcy wyłączonych z użytku z powodu braku części zamiennych.

Jeśli zatem Bundeswehra nie ma skutecznej broni, jej okręty czekają w stoczniach na remont, a zdolności logistyczne są równe zeru – jakie jeszcze zobowiązania mają wziąć na siebie francuscy podatnicy? Godząc się, rok za rokiem, na uwspólnienie kosztów obronności, jakiego rodzaju zachęty stwarza Francja, aby Niemcy wzięły się w końcu za reformy?

Francuzi mogliby łatwo policzyć, że od 1990 r. w sumie wydali 30% PKB więcej na obronność niż Niemcy. A jeśli Niemców bardziej interesuje odstraszający potencjał francuskiej broni jądrowej, to jej koszty w tym samym okresie wyniosły łącznie ok. 4,5 – 5% francuskiego PKB.

A zatem kwestie wyrównania zaległości są tutaj znaczące. Ponadto, uwzględniając post-militarne zwyczaje Niemiec, należy oczekiwać, że nadal nie będą się wywiązywać ze swoich powinności. Co ma myśleć o ogłoszonym w tym miesiącu niemieckim budżecie francuski prezydent Emmanuel Macron? Wszak wydatki przewidziane na obronę mają nieznacznie wzrosnąć, jednak to nie wystarczy, by osiągnąć cel postawiony przez NATO, nie mówiąc już o wyrównaniu wcześniejszych ubytków.

Niemiecka kanclerz Angela Merkel i jej nowa wielka koalicja rządowa mogą nie wyglądać na godnego zaufania partnera w dziedzinie obronności. Czy to jednak oznacza, że Francja powinna wstrzymać inwestycje w obronność i jej uwspólnienie w ramach Europy do momentu, kiedy Niemcy wyrównają swoje zaległości w wydatkach na ten cel?

Potrzeba opracowania europejskiej strategii obronności na miarę XXI wieku jest pilna. Nie tylko dlatego, że nie można polegać na Ameryce rządzonej przez Donalda Trumpa, ale również dlatego, że wymagają tego kryzysy humanitarne. Europa musi wytworzyć wspólną kulturę i zbudować demokratyczny system sprawowania rządów w zakresie decydowania o ekspedycjach wojsk interwencyjnych. To będzie wymagało głębokich kulturowych i politycznych zmian oraz dostosowania się wszystkich stron. Przedmiotem debaty będzie musiało się stać zarówno darmowe korzystanie przez Niemcy z wydatków ponoszonych przez inne państwa, jak i postkolonialny entuzjazm Francuzów do zbrojnych interwencji poza granicami kraju.

To podstawowe kwestie dla kształtowania się suwerennej Europy, opartej na demokratycznych instytucjach i procesach podejmowania decyzji, umożliwiających wspólne użycie siły. Ale Europa nie może rozpocząć od jakiejś wyobrażonej tabula rasa. Musi rozpocząć od miejsca, do którego doprowadziła ją historia. W zamian za współpracę w zakresie obronności Francja powinna wymagać, żeby Niemcy te same uwarunkowania uznali w dziedzinie polityki gospodarczej.

III wojna światowa czy przewrót ekologiczny? Wybór należy do państwa

Tutaj również należy uszanować przeszłość. Pozycje wyjściowe są nierównie, a system zachęt niedoskonały. Ale Europa musi zgodzić się na to, że do przodu będzie szła razem, bo inaczej grozi jej rozdarcie.

**
Adam Tooze – profesor historii na Columbia University, jest autorem książki „U progu wielkiego kryzysu. Wielka wojna i przebudowa światowego porządku 1916 – 1931” (wyd. Napoleon V).
Shahin Vallée – były doradca ds. gospodarki francuskiego Ministra Gospodarki, jest starszym ekonomistą w Soros Fund Management.

Copyright: Project Syndicate, 2018. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Katarzyna Byłów-Antkowiak.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.