UE

Szymielewicz o TTIP: Porzuceni obywatele i pragmatyczni eksperci

Między oficjalną linią polityczną a społecznymi nastrojami jest głębokie pęknięcie.

Pod europejskim apelem przeciwko umowom handlowym TTIP i CETA – negocjowanym właśnie na linii Unia Europejska – Stany Zjednoczone i Kanada – podpisało się już ponad milion trzysta tysięcy osób. A liczba ciągle rośnie. Mówiąc o swoich celach, organizatorzy tej obywatelskiej akcji protestacyjnej nie owijają w bawełnę: „Stop these sinister trade deals”. Jeśli sądzić po wynikach, jakie daje wyszukanie haseł „stop TTIP” czy „no TTIP”, Internet na tak prowadzone negocjacje wyraźnie się nie zgadza. Powoli, ale stanowczo rośnie mobilizacja przeciwko nie tyle konkretnej umowie, ile samemu mechanizmowi regulowania spraw istotnych dla ludzi w drodze nieprzejrzystych, poufnych porozumień handlowych. Tymczasem Bruksela nie przerywa negocjacji.

W języku europejskiej dyplomacji Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji (w sieci funkcjonujące pod oswojonym już akronimem TTIP) ma być tym dla gospodarki, czym NATO było dla naszej obronności. To zaskakująco trafne porównanie: bez względu na to, jak bardzo się różnimy w ocenie korzyści i strat wynikających z bliskich relacji z USA, zapewne jesteśmy w stanie się zgodzić, że polityczna dynamika prowadząca do sojuszu militarnego czy partnerstwa handlowego jest bardzo podobna. Cel konfliktu zbrojnego i ekspansji ekonomicznej też jest w zasadzie ten sam.

Ci, którzy wierzą, że dzięki NATO jesteśmy w stanie uniknąć trzeciej wojny światowej, zapewne są też gotowi przyjąć, że jedyne wyjście z kryzysu gospodarczego prowadzi przez TTIP.Dla jednych będzie to przejaw uległości wobec imperialnej polityki USA, dla innych – realnego sojuszu. Symptomatyczne wydaje się jednak to, że retoryka partnerskich relacji praktycznie nie przebija się poza oficjalne przemówienia i media głównego nurtu. W sieci dominuje przeświadczenie o nierównej pozycji negocjacyjnej i obawa, że Europa na bliższej współpracy z Amerykanami może tylko stracić.

Jak doszło do tak głębokiego pęknięcia między oficjalną linią polityczną a społecznymi nastrojami? Czy to jedynie szum w kanale czy kolejny przejaw poważnych różnic w postrzeganiu wartości i interesów między politycznymi elitami i ich niezadowolonymi wyborcami?

Komisja Europejska i politycy reprezentujący przychylną wobec TTIP większość w Parlamencie Europejskim doszukują się źródeł masowego sprzeciwu w poufnych i nieprzejrzystych negocjacjach. Najprostsze wyjaśnienie jest takie, że ludzie obawiają się z niewiedzy. Niedawna publikacja wielu dokumentów negocjacyjnych przez Komisję Europejską miała być odpowiedzią na ten problem. Większa przejrzystość samych negocjacji nie uspokoiła jednak społecznych nastrojów, ale pomogła nazwać realny problem, którym jest złożoność i zakres negocjowanej materii.

Oddolny, spontaniczny i często – bo trzeba to przyznać – niepoparty rzetelną, merytoryczną analizą sprzeciw wobec TTIP i podobnych porozumień nie jest oznaką ignorancji czy niedouczenia, ale poważnego kryzysu demokracji reprezentatywnej.

Trudno mówić o jakiejkolwiek kontroli społecznej, jeśli o sprawach kluczowych dla obywateli – takich jak ochrona środowiska, bezpieczeństwo żywności, prawa własności intelektualnej czy ochrona danych osobowych – dyskutują za zamkniętymi drzwiami eksperci, posługując się językiem, który, nawet spisany i opublikowany, jest dla obywateli niezrozumiały.

To nie tylko problem TTIP, ale większości tworzonych regulacji, które ze względu na poziom skomplikowania nie poddają się już merytorycznej debacie publicznej. W efekcie na medialnej arenie zostają argumenty emocjonalne – jedni straszą kryzysem ekonomicznym, drudzy – cenzurą Internetu czy GMO. Przy takim poziomie debaty trudno też o bardziej zniuansowany przekaz niż „stop these sinister trade deals”.

Zaryzykuję stwierdzenie, że protestacyjna retoryka wokół TTIP jest też przejawem ogólnej frustracji sposobem uprawiania polityki, szczególnie na szczeblu międzynarodowym. A także niezgody na to, by o sprawach ważnych dla obywateli decydowali negocjatorzy handlowi, a nie demokratycznie wybrani przedstawiciele.

Na każde zapewnienie polityków, że nowe porozumienie nie naruszy europejskich standardów ochrony praw konsumenta czy obywatela, łatwo znaleźć kontrargument.

Istotą TTIP jest zniesienie lub przynajmniej znaczące obniżenie barier regulacyjnych, które – z perspektywy obywateli i konsumentów – zwykle pełnią funkcję ochronną (np. wyznaczając pewien standard ochrony żywności, środowiska, danych osobowych). Do tego dochodzi kontrowersyjny mechanizm rozstrzygania sporów między inwestorami i państwami (ISDS), otwierający drogę do wysokich odszkodowań, które będą płacone z kieszeni podatników. Jakkolwiek na to patrzeć, społeczeństwo ma prawo się obawiać, a politycy – obowiązek na te obawy odpowiedzieć.

Odpowiedź Brukseli jest raczej arogancka: bez względu na nieustające protesty i krytykę organizacji obywatelskich, negocjacje idą dalej.

Stosunku europejskich liderów do TTIP nie zmieniła nawet afera z masową inwigilacją, która zgodnie ze wszelką logiką powinna była podkopać zaufanie do Amerykanów. Najbardziej prawdopodobnym uzasadnieniem dla tej uległości jest właśnie nierówna pozycja negocjacyjna UE, a to nie wróży dobrze dalszym negocjacjom. Nawet jeśli dziś Komisja Europejska zapewnia, że w umowie nie znajdą się niekorzystne dla Europejczyków postanowienia gwarantujące swobodny przepływ danych do USA czy egzekwowanie praw własności intelektualnej na wzór ACTA, jaką mamy gwarancję, że w kolejnej rundzie negocjatorzy nie ugną się pod presją ekonomicznych argumentów drugiej strony? Jeśli tak się stanie, eskalacja konfliktu między porzuconymi obywatelami i pragmatycznymi biurokratami wydaje się nieunikniona.

Katarzyna Szymielewicz jest prezeską Fundacji Panoptykon

CO PISALIŚMY O TTIP? CZYTAJ NASZE DOSSIER:

Jakub Dymek: TTIP, czyli jak przeorać Europę budowaną przez dziesięciolecia
Danuta Hübner: Ideologiczny spór niepotrzebny, pomyślmy o polskim biznesie
Robert Reich: Najgorsza umowa handlowa, o której nic nie wiecie
Maria Świetlik: W sprawie TTIP słyszymy ciągle propagandę. Gdzie są dane?
George Monbiot, TTIP – gdzie jesteśmy po roku walki?
Owen Jones, Wielki apetyt korporacji
Michael Efler, #StopTTIP: Dlaczego Bruksela ignoruje obywateli?
Maria Świetlik, Arbitraż według TTIP? Nie, dziękuję!
Katarzyna Szymielewicz, Co kryje TTIP? I dlaczego Komisja nie chce tego ujawnić?
Jose Bove: Traktat z USA w fundamentalny sposób zmieni to, jak działa Europa
George Monbiot: Transatlantyckie partnerstwo handlowe to atak na demokrację
Panoptykon: Kto się boi nowej umowy między UE i USA
Panoptykon: Negocjacje TTIP – tango wokół prywatności

Bio

Katarzyna Szymielewicz

| Prezeska fundacji Panoptykon
Współzałożycielka i prezeska fundacji Panoptykon. Pracowniczka naukowa Instytutu Studiów Zaawansowanych. Prowadzi seminarium Od „elektronicznego oka” do „płynnego nadzoru” – rozmowy o społeczeństwie nadzorowanym.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.