UE

Szantaż pracy i banalność zła

Félix Talego Vázquez
Angelina Kussy

Sposób zażegnania kryzysu wokół sprzedaży hiszpańskiego uzbrojenia Arabii Saudyjskiej to tylko kolejny przykład szantażu „tworzeniem miejsc pracy”. Ten szantaż działa nadzwyczaj skutecznie, nawet kosztem ludzkiego życia, a nowe ruchy społeczne — i my jako obywatelki i obywatele — powinniśmy się mu przeciwstawić.

W sierpniu w wyniku nalotu na autobus szkolny w Jemenie zginęło kilkadziesiąt osób, w większości dzieci. W reakcji na to zdarzenie hiszpańska ministra obrony w rządzie Socjalistycznej Partii Robotniczej (PSOE), Margarita Robles, wstrzymała sprzedaż czterystu bomb naprowadzanych laserowo do Arabii Saudyjskiej, która przewodzi międzynarodowej koalicji odpowiedzialnej za atak. Robles nie chciała dopuścić, by hiszpańska broń posłużyła do kolejnych ataków na ludność cywilną. Oskarżyła poprzedni rząd — tworzony przez prawicową Partię Ludową (PP) i odwołany w czerwcowym votum nieufności — o ciche wsparcie wojny w Jemenie wbrew stanowisku ONZ.

Oburzyli się jej decyzją politycy PP, przypisującej sobie zasługi za podpisanie umowy wartej 9 milionów euro. Oburzył się król Hiszpanii Filip VI, który osobiście jeździł do arabskiego kraju, aby nawiązać współpracę. Oburzyła się Arabia Saudyjska, uznając wątpliwości ministry za „brak szacunku”, i wystosowała groźbę represji: zerwania innych, wielomilionowych umów. Oburzyli się też wszyscy znawcy biznesowych realiów, jako że troska ministry o prawa człowieka była ich zdaniem „niezdarnym krokiem” wobec „tak potężnego rynku”. Wreszcie, oburzyli się pracownicy stoczni w Kadyksie – i zagrozili protestami, bo zadrżeli na myśl, że może to oznaczać krok ku zerwaniu innej umowy z Arabią Saudyjską, tym razem na budowę okrętów wojennych. Mieszkańcy miasta wyczekiwali tego kontraktu, bo zagwarantuje sześć tysięcy miejsc pracy na najbliższe pięć lat.

Graeber: Armia altruistów

czytaj także

Konflikt wokół bomb wywołał kryzys w nowym rządzie, który pod wpływem nacisków z tak różnych stron w końcu ustąpił. Hiszpania będzie sprzedawać Arabii Saudyjskiej bomby i budować dla niej korwety. Pomimo deklaracji saudyjskich władz, wykorzystanie tej broni przeciwko ludności cywilnej pozostaje wysoce prawdopodobne. Mało kto dziś pyta, czy taki stan rzeczy aby na pewno jest konieczny.

Korwety w Kadyksie

Budowa okrętów wojennych w najstarszym mieście Hiszpanii rozpoczęła się kilka miesięcy temu. Prasa pisała wtedy o najdroższej umowie w historii, napawając się „zwycięstwem”, które daje nadzieję, bo przyniesie „ogromny przypływ pracy”. Znacznie mniejszy nacisk położono na przypomnienie społeczeństwu, że w Królestwie Arabii Saudyjskiej, którego kodeks karny przypomina prawo Państwa Islamskiego, codziennie gwałci się najbardziej elementarne prawa człowieka, a korwety prawdopodobnie posłużą do utrzymania blokady morskiej Jemenu – odetną drogę pomocy ludności kraju, w którym trwa największy kryzys humanitarny na świecie, gdzie 80 procent mieszkańców potrzebuje tej pomocy, aby przeżyć, 60 procent cierpi głód i nie ma dostępu do czystej wody, a co dziesięć minut umiera dziecko. Potępienie tej umowy ze strony organizacji międzynarodowych zaangażowanych w obronę praw człowieka: Amnesty International, Greenpeace, Intermon Oxfam i FundiPau, zostało przemilczane.

Praca zamiast zatrudnienia to ekologiczna konieczność

Umowę wsparli również – z nielicznymi wyjątkami – przedstawiciele parlamentarni. Nawet burmistrz Kadyksu, niegdysiejszy aktywista antywojenny, a obecnie członek Podemos, partii lewicy powstałej na bazie nowych ruchów społecznych, wyraził swoją aprobatę na łamach andaluzyjskiej edycji „El País”. W programie telewizyjnym „Salvados” (odcinek „Marka Arabia Saudyjska”) uznał budowę korwet za konieczną, gdyż da miastu miejsca pracy. „My jesteśmy budowniczymi statków, zajmowaliśmy się tym od czasów Fenicjan i dalej chcemy się tym zajmować. (…) Jak ktoś budzi się rano i nie ma czym nakarmić dzieci, nie może zadawać sobie tych pytań (o etykę, które postawił mu dziennikarz – red.). Najpierw musi mieć co włożyć do garnka” – tłumaczył.

Mieszkańcy Kadyksu, gdzie bezrobocie sięga prawie trzydziestu procent, decyzję o rozpoczęciu budowy okrętów wojennych przyjęli przytakująco lub milcząco. Większych kontrowersji nie było. Bezrobotnych, którzy codziennie wstają o 5 rano i udają się pod drzwi Navantii (państwowej firmy stoczniowej), by prosić o zatrudnienie, dziennikarz „Salvados” zapytał także, co myślą o tym, że korwety, które chcą produkować, są przeznaczone dla kraju, w którym morduje się ludność cywilną. Odpowiadali: „Mam trójkę dzieci. Nie przyszliśmy tu po to, żeby robić z siebie idiotów i stwierdzać, że nie będziemy pracować”. Albo: „Tę krytykę może wyrazić ktoś, kto ma pracę przez okrągły rok i plecki ma przykryte”.

Stoczniowcy oświadczyli, że o pracę przy budowie korwet będą walczyć „kłami i pazurami”. Jedno z wielu podobnych graffiti na miejskim murze w Kadyksie głosi: „Si no hay trabajo, que haya lucha” – jeśli nie ma pracy, niech będzie walka. Nie znaleźliśmy żadnego, które sprzeciwiałoby się budowie okrętów. Można się domyślić, że ktokolwiek chciałby takie namalować, wpierw musiałby się trzykrotnie zastanowić. Taka jest bowiem odurzająca atmosfera powszechnej zgody wokół pracy, którą dadzą korwety: dławi demokratyczną polifonię głosów. Nawet karnawał w Kadyksie zamilkł w tej sprawie. Że udało się to zrobić ze słynnym z krytycznego ostrza świętem ludowym, którego nie zdołała zdławić nawet dyktatura Franco, pozostaje dość symboliczne. Należy przyznać zatem rację burmistrzowi miasta, który we wspomnianym wyżej artykule dla „El País” stwierdził: „Nie jesteśmy społeczeństwem wolnym, jesteśmy społeczeństwem niewolników”.

Społeczeństwo niewolników”

Normalizacja przemysłu wojennego i niezdolność do pomyślenia, że byt materialny osób pozbawionych zatrudnienia można zabezpieczyć inaczej niż każąc im budować okręty wojenne w Hiszpanii, a broń, bomby i myśliwce w innych krajach Europy, nie są przypadkowe. Możliwe są wyłącznie tam, gdzie świadomie bądź nie akceptuje się założenia ideologii „postępu” i „dobrobytu”.

Stoczniowcy oświadczyli, że o pracę przy budowie korwet będą walczyć „kłami i pazurami”.

Ta ideologia panuje od ponad półtora wieku i wciąż cieszy się poparciem znacznej części reprezentantek i reprezentantów tak różnych nurtów jak liberalizm ekonomiczny, socjaldemokracja czy marksizm. Roztacza wizję społeczeństwa ludzi zajętych pracą, otoczonych materialnym przesytem i komfortem, który ma ich czynić „wolnymi”. Dla tak myślącej większości – dobrobyt, który mają przynosić praca i konsumpcja, zamienił się w sens i cel egzystencji. Praca jest drogą do wolności: właśnie to ideologiczne założenie (to samo, nota bene, które cynicznie umieścili na bramie obozu koncentracyjnego naziści) każe wierzyć większości osób komentujących bezrobocie w Kadyksie, że to właśnie ono czyni mieszkańców miasta niewolnikami. Że gdyby tylko udało się zapewnić im pełne zatrudnienie, byliby wolnymi ludźmi, a więc mogliby powiedzieć „nie” budowie okrętów wojennych, a nawet zadrwić z niej podczas karnawału. Ta wiara pokutuje mimo ewidentnych dowodów, że w społeczeństwach pracowników najemnych wolność nie kwitnie ani w dobie nadmiaru zatrudnienia, ani w czasie nadmiaru bezrobocia.

Europo, czas skończyć z uzależnieniem od wzrostu gospodarczego

Dla nas chleb, dla nich zagłada

W rzeczywistości budowa korwet nie przyniesie Kadyksyjczykom więcej wolności, lecz co najwyżej przestępcze współistnienie. I chociaż to nie zatrudnieni w stoczni pociągną za spust, ani ci, którzy w milczeniu na to przyzwalają, wszyscy oni są niezbędni w „łańcuchu produkcyjnym” narzędzi wojny: są zatem współodpowiedzialni. Odpowiedzialność rozproszona zwykle jest nieuchwytna, jednak w kadyksyjskiej zatoce banalność zła, o której pisała Hanna Arendt, nabiera realnych kształtów.

To szczególnie jaskrawy, ale nie jedyny przykład szantażu „tworzeniem miejsc pracy”, któremu zarządcy kapitału poddają nas na co dzień, a który stoczniowcom z Kadyksu każe kłaść na jednej szali chleb ich dzieci, a na drugiej – świadomość, do czego Arabia Saudyjska wykorzysta owoce ich pracy. To tylko kolejna odsłona przymusu, któremu poddane jest zglobalizowane społeczeństwo. Trzeba było przez dwa stulecia wywłaszczać to społeczeństwo ze środków pozwalających na niezależne życie, aby sprowadzić je do kondycji pracowników najemnych lub przedstawicieli „wolnych zawodów”. Ten szantaż sączy się w codziennej propagandzie dla mas, które, jak pisał Habermas, są przyuczane do odpolitycznienia: cała ta orwellowska tyrada ekonomicznej nowomowy: statystyki bezrobocia, PKB, inflacja i prognozy wzrostu, których słuchamy otępieni.

Dość już tej pracy. Pora się w życiu zabawić

Szantaż ten przybrał zasięg totalny: znakomita większość społeczeństwa nie jest w stanie podważyć tego stanu rzeczy i uważa, że tak powinno być i inaczej być nie może. Przymus pracy najemnej staje się niemal prawem natury. W antropologii nazywamy to reifikacją, która sprawia, że świat, który jest społecznie i kulturowo skonstruowany, postrzega się  jako „Świat w ogóle”. Dwa wieki dyskursów i praktyk skierowanych przeciwko dobrom wspólnym i drobnej, niezależnej produkcji i w celu upowszechnienia pracy najemnej i utowarowienia i centralistycznego zarządzania podstawowymi dobrami i usługami, sprawiły, że ludzie widzą Pracę oraz Wielką Korporację nie jako instytucjonalny układ, ale jako niepodważalny Fakt.

Przymus pracy najemnej staje się niemal prawem natury.

Jednak jeśli tylko odrzucimy ideologię ekonomicznego wzrostu i spojrzymy na sprawę z punktu widzenia wartości demokratycznych, zdumiewa, jak wiele osiągnięto w niecałe dwa wieki dzięki zrobieniu z nas „społeczeństwa pracowników” (jak nazwała je Arendt). Po pierwsze, udało się wprowadzić specyficzne pojęcie „pracy”, dzieląc ogromną różnorodność ludzkich czynności na dwie kategorie: te, które uznaje się za pracę, bo tworzą wzrost i postęp, oraz wszystkie inne, które nie zasługują na to miano, bo do wzrostu i tak rozumianego postępu się nie przyczyniają.

Po drugie, zagwarantowano politycznie istnienie ograniczonego zestawu relacji do pracy, które są społecznie akceptowalne: można przygotowywać się do pracy (uczyć się lub studiować), poszukiwać pracy lub pracować, a w ostateczności wykazać, że jest się nie dość sprawnym lub zbyt starym, aby podołać trudom pracy.  Inne postawy nie mieszczą się w społecznej normie. Po trzecie, sprawiono, że większość ludzi postrzega samych siebie przede wszystkim jako pracowników – i tak też przedstawia się innym, intuicyjnie wyczuwając, że jest to w praktyce konieczny warunek zyskania poważania w sferze publicznej w tak zaprojektowanym społeczeństwie. Po czwarte, skutecznie wpojono nam przekonanie, że tylko tak rozumiana praca może być gwarantem elementarnych praw we wspólnocie.

„Możesz zdechnąć, najważniejsze żebyś przyszła dziś do pracy”

Jednak moralna siła, którą zyskała praca, nie wynika jedynie z jej konieczności, ale także z przyjętej wiary, że praca jest bezwarunkowo „dobra”. A żeby jakieś ramy instytucjonalne były postrzegane jako „dobre”, muszą otrzymać duchową lub systemową legitymizację, która przyda im godności i podniesie do kategorii transcendentalnej, nadawcy sensu. Praca oraz Wzrost lśnią imponującą aurą ponad masą pracowników i „profesjonalistów”, a gdyby ich zapytać, co przyszli czynić na tym świecie, odpowiedź będzie tylko jedna: Pracować, żeby tworzyć Wzrost; tworzyć Wzrost, żeby Pracować.

Praca ponad wszystko?

Puszczenie w ruch tego błędnego koła wymagało nowego wyjaśnienia, kim jest człowiek i jaka jest jego rola w świecie. Fundamentalny dla rozwoju nowej antropologii wkład teoretyczny wniósł Adam Smith, a jeszcze większy, biorąc pod uwagę późniejszy bieg historii, Karol Marks. Chodzi o teorię, zgodnie z którą człowieczeństwo powstało w wyniku pracy: przekształcając środowisko po to, by przetrwać. To antropologia homo faber (człowiek wytwórca, człowiek pracy), koncepcja, która nie pozostawia miejsca republikańskiej idei zoon politikon (zwierzę polityczne), odnoszącą się do człowieczeństwa, które rodzi się i podtrzymuje w obrębie wspólnoty.

Założenia „pracocentrycznej” antropologii wyjaśniają ową wyniosłość, pewność siebie i siłę, z jaką wykładają swoje argumenty ci, którzy usprawiedliwiają produkcję broni w Kadyksie. To irytujące pobłażanie, z którym odmawiają uznania jakiejkolwiek innej racji, która nie wpisuje się w ich „produktywistyczną racjonalność”. Z tego samego powodu bezrobotni w Kadyksie nie wyjdą na ulicę i nie będą domagać się swoich praw niezależnie od tego, czy są, byli lub będą zatrudnieni.

Przyprawia o rozpacz, jak wiele osób szczerze zaangażowanych w walkę na rzecz pokoju i wolności nie widzi potrzeby wyrzucenia tych dziewiętnastowiecznych opowiastek na śmietnik historii, tak aby wreszcie można było oprzeć hierarchię ludzkich zajęć na innym systemie wartości. Kurczowe trzymanie się kultu pracy poważnie utrudnia próby powściągnięcia ekscesów industrializmu i otwarcia drogi nowym ruchom społecznym, które ten kult porzuciły. Jak długo jeszcze będziemy w milczeniu przyjmować kłamstwo, że nędza na świecie jest konsekwencją braku ekonomicznego wzrostu, niskiej wydajności, nie dość mozolnej pracy?

Nad włókniarkami nikt nie zapłakał

czytaj także

Prawda, którą się przed nami skrywa, jest taka, że są inne wizje społeczeństwa, inne możliwe światy. Wyobrażenie ich sobie wymaga jednak wpierw zrozumienia, że sama produkcja wielkoprzemysłowa (publiczna, prywatna czy spółdzielcza) wytwarza przede wszystkim zależność i służalczość, oraz że wytwarzanie narzędzi do zabijania nie jest jedynym sposobem zapewnienia ludziom godnego życia. Jeśli naszym celem jest równość i sprawiedliwość, musimy otworzyć drogę takim propozycjom, które wyzwolą tych ludzi od fabryki: od produkowania broni czy konieczności wykonywania innych rodzajów pracy, z których wiele przynosi społeczeństwu więcej szkody niż korzyści.

Piętnastogodzinny tydzień pracy? Czemu nie!

czytaj także

Potrzebujemy środków, które uwolnią nas od losu trybików w machinie wielkiego przemysłu i zagwarantują wzajemną wolność – abyśmy przestali być towarem, którym handluje się na „rynku pracy”. To odzyskanie sfer życia niezbędnych, aby możliwa była realna demokracja: Potrzebujemy więc edukacji w duchu wolności i krytyki, nie nastawionej na „kształcenie zawodowe” czy „profesjonalizację”; służby zdrowia i emerytur, z których korzystać mogliby wszyscy, niezależnie od faktu bycia zatrudnionym; pierwszych mieszkań, które byłyby prawem, a nie towarem; dochodu podstawowego, koniecznie powszechnego i bezwarunkowego, który umożliwi wszystkim ludziom włączanie się do życia społecznego i politycznego. Na dziś jednak dogmat Pracy i wiara we Wzrost, wyznawane przez tak pozornie różne środowiska, są tym, co wstrzymuje konieczną debatę.

 

**
Félix Talego Vázquez jest profesorem Uniwersytetu Sewilskiego, wykłada antropologię polityczną i antropologię religii.
Angelina Kussy jest antropolożką ekonomii, badaczką i doktorantką na Uniwersytecie Autonomicznym w Barcelonie. T: @angelinakussy

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.