UE

Sutowski: Nie ma zbawienia poza Unią

Poza Europą, jakakolwiek by była, Polskę czeka jedynie dumny i durny nacjonalizm upokarzanych peryferii.

„Coś pękło, coś się skończyło”, pisze Jakub Majmurek o nieszczęsnej Europie, w którą maślanym wzrokiem od ćwierćwiecza wpatrywał się polski obóz postępu. „Narzucone Atenom, katastrofalne pod każdym względem porozumienie, każe głęboko zrewidować nasz stosunek do obecnej Europy. Bezrefleksyjna „proeuropejskość” nie może już dłużej automatycznie wchodzić w skład każdego nie-prawicowego programu”. Dlaczego? Bo „nie do takiej Unii, jaką zobaczyliśmy w trakcie negocjacji z Grecją, wstępowaliśmy; nie takiej Europy chcieliśmy. Unia Europejska miała być pewną obietnicą – pokoju i dobrobytu, miejscem wyznaczającym standardy podstawowych praw człowieka, w tym praw socjalnych. Wspólnotą, która daje szanse na rozwój upośledzonym, słabszym gospodarczo i cywilizacyjnie regionom – Attyce, Bukowinie, Podkarpaciu, Koszycom. Dziś widać, że ta obietnica wobec Grecji została brutalnie złamana”.

Pod diagnozą unijnych problemów („zinstytucjonalizowany w europejskim projekcie neoliberalizm, deficyt demokracji i zbyt silna pozycja Niemiec”) trudno się nie podpisać. To prawda, że „w zamian za uspokojenie sektora finansowego strefa euro związała sobie ręce w kwestii finansowania z deficytu polityki na rzecz wzrostu”; to prawda, że „ mamy dziś w Europie do czynienia z sytuacją, w której istotna władza zlokalizowana jest ponadnarodowo, ale polityczna odpowiedzialność ciągle kończy się na poziomie narodowym”; wreszcie – to prawda, że „hegemonia Niemiec jest w istocie kulawa”, a „niemieckie (choć nie tylko) elity pokazały w sprawie Grecji dyskwalifikującą je politycznie małostkowość”. Do litanii przywoływanych przez Majmurka autorytetów (od ekonomisty Stiglitza po filozofa Habermasa) sam dopisałbym tylko Wolfganga Streecka i jego uczniów z kolońskiego Instytutu Maksa Plancka; badacze ci, łącząc neomarksistowskie diagnozy z post-keynesowskimi receptami, „mówią jak jest”. Unia Europejska zmierza coraz mniej dialektyczną drogą do technokratycznej wspólnoty gospodarczej, w której decyzje makroekonomiczne – dotyczące inflacji, deficytu, długu publicznego, ale także polityki pieniężnej i podatków – zostaną zupełnie wyjęte spod demokratycznej kontroli; oczywiście w imię obiektywnej racjonalności „zdrowych finansów publicznych” i świętego spokoju rynków finansowych.

Demokratom pozostaną kulturowe wojny i mecze piłkarskie – bo o gospodarce obywatele już sobie nie podyskutują.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że zarysowana w głośnej książce Gekaufte Zeit (wyd. niemieckie 2012) wizja ewolucji UE ma cechy proroctwa – skoro niemiecki minister finansów zgłasza ostatnio pomysł, by nawet sprawy rynku i konkurencji wyjąć spod jurysdykcji Komisji Europejskiej, jako… nazbyt upolitycznionej instytucji. W domyśle: podatnej na podszepty politycznych demagogów i keynesowskich wydawaczy niemieckich pieniędzy.

Streeck, któremu Unia Europejska ze swoim podziałem na centrum i peryferie przypomina wielkie Włochy – gdzie relacje podporządkowania regionów słabszych silniejszym reprodukują się od stuleci – warty jest wzmianki z kilku powodów. Nie tylko dlatego, że jego pełna rozmachu analiza potwierdza podstawowe tezy Majmurka, ale przede wszystkim ze względu na błyskotliwy fatalizm. Myśl, że schyłek demokracji w zjednoczonej Europie jest nieunikniony prowadzi niemieckiego obywatela do wniosku o potrzebie częściowej dezintegracji – odejścia od wspólnej waluty i oszańcowania narodowych gospodarek (a przede wszystkim narodowych państw opiekuńczych) instrumentami regulacyjnymi, jakie John Maynard Keynes projektował dla świata przed konferencją w Bretton Woods.

Co proponuje lewicy Jakub Majmurek? W zasadzie nie proponuje, lecz pyta. I domaga się, by na lewicy stawiać pytanie kolejne. Czy „Europa jakiej byśmy chcieli” jest dziś możliwa? To znaczy Europa „bardziej zintegrowana, demokratyczna, z większymi transferami bogactwa między regionami, z mechanizmami zapewniającymi wspólną politykę rynku pracy oraz z polityką antycykliczną i fiskalną wspólną przynajmniej na poziomie całej strefy euro”? Niewykluczone, że faktycznie „nie ma dziś ważniejszego pytania w polskiej polityce, nie tylko dla lewicy”. Tylko czy aby na pewno musimy „przygotować się na scenariusz, gdy odpowiedź będzie brzmiała «nie»”?

Do rozważenia opcji wyjścia – co dla niektórych jest logiczną konsekwencją odpowiedzi „nie” na pytanie o szanse Europy z lewicowych snów – skłaniają coraz liczniejsi publicyści. Majmurek przywołuje Owena Jonesa i Jamesa Galbraitha; ja obok wspomnianego Streecka dodałbym jeszcze Holendra Rene Cuperusa i uczącego w Austrii Polaka Leona Podkaminera, dla których nie ma zbawienia (dla socjaldemokracji) poza państwem narodowym. Zapytajmy więc w tej sytuacji: czy lewica w Polsce faktycznie może sobie pozwolić na luksus kreślenia tego typu scenariuszy? Czy w polskiej polityce państwowej wyjście poza anachroniczny podział na euroentuzjastów i eurosceptyków („parada Schumana” kontra „Nicea albo śmierć”) jest w ogóle możliwe? I przede wszystkim – co, jeśli na pierwsze dwa z tych trzech pytań odpowiedź brzmi „nie”?

Majmurek sam zastrzega, że „my [w odróżnieniu od Wielkiej Brytanii – przyp. MS] bez Unii nie jesteśmy sobie w stanie poradzić; bez zjednoczonej Europy najbardziej prawdopodobnym scenariuszem dla Polski jest dalszy dryf ku peryferiom”. No właśnie. Można się spierać, czy Polska dzięki Unii Europejskiej awansowała w globalnym podziale pracy; czy autostrady (potrzebne!) i aquaparki (nie zawsze potrzebne) to szczyt naszych możliwości, a eksport podzespołów dla niemieckiego przemysłu to i tak najwyższe z nam dostępnych ogniwo globalnego łańcucha pokarmowego.

Ja nie mam jednak wątpliwości, że bez unijnych transferów i możliwości emigracji na Wyspy nasza „luka produkcyjna” (wraz z bezrobociem, negatywną presją na płace i warunki pracy) sięgałaby dziś poziomów z roku 2004 (albo lepiej, bo wówczas na świecie nie było wielkiego kryzysu).

Nie mam też wątpliwości, że choć słabo dziś absorbujemy unijne środki na innowacje technologiczne, na pozycji „dumnych peryferii” poza UE nie rozkwitłyby u nas fotowoltaika, fabryki turbin wiatrowych i szybkich pociągów, lecz głównie odkrywki węgla brunatnego, montownie pralek, jeszcze więcej tanich dyskontów i jeszcze więcej magazynów Amazona (bez polskiej księgarni Amazona, rzecz jasna). Bez „dźwigni” europejskich funduszy, polityki gender mainstreaming, ale i regulacji prawnych oraz tzw. atmosfery ( naming and shaming) wszystkie polskie ruchy na rzecz praw mniejszości (etnicznych, religijnych, seksualnych) znalazłyby się na pozycji obrońców praw Romów w Europie Wschodniej.

Wreszcie, bez politycznego zakorzenienia w (jakkolwiek niedołężnej geopolitycznie) Unii Europejskiej, rosyjski zwrot polityczny ostatnich lat (od geoekonomii surowcowej do „twardej” geopolityki militarnej) skazywałby Polskę na rolę amerykańskiego lotniskowca (czyt. osła trojańskiego) na kontynencie.

Nie trzeba dodawać, że jak każde „bezalternatywne” (gdybyśmy byli poza Unią!) rozwiązanie, sojusz ten nie mógłby przynieść nam wielkich korzyści, a upokorzenia materialne rekompensowałaby tylko symboliczna tromtadracja. Z kolei jako „lider regionalny” poza jądrem UE nie mamy sąsiadom nic do zaoferowania – Litwini nas się boją, Czesi wolą z Niemcami, Słowacy robią interesy gazowe z Rosją, Węgrzy interesy gazowe i atomowe – też z Rosją, a Łotysze i Estończycy uważają się za Skandynawów i chcą jak najdalej od tej bałtycko-słowiańskiej hołoty.

Krótko mówiąc – poza jakkolwiek rozumianym jądrem Unii (co nie znaczy: w strefie euro!) nie ma zbawienia; zarzuty do polskiej lewicy, że nie ma scenariusza na wypadek dezintegracji, przypominają pretensje do przedwojennej PPS, że nie miała „alternatywnego” scenariusza na kampanię wrześniową. W sumie słuszne, tylko ni cholery nie wiadomo, na czym ta alternatywa mogłaby polegać (i dlaczego miałaby być lepsza od tego, co faktycznie nastąpiło). Na takie „scenariusze” mogą sobie pozwalać kraje, w których państwo działa bardziej niż teoretycznie.

Puenta tekstu Majmurka dotyczy „zupełnego nieprzygotowania” polskiej polityki do związanych z kryzysem Unii wyzwań. „Podział w kwestiach europejskich wyznaczają tu z jednej strony «Nicea albo śmierć», a z drugiej «parada Schumana». Z jednej strony dziecinne wymachiwanie szabelką, z drugiej równie niepoważne unijną flagą […]. Kolej nie na Ewę, ale na poważną rozmowę, co z tym dalej zrobić. Niestety, nie bardzo widzę na polskiej scenie politycznej partnerów do takiej rozmowy”.

To wszystko brzmi przekonująco w kraju, w którym obecna premier i kandydatka opozycji na to stanowisko spierają się, czy to PO zrobiła z Polski Grecję, czy może Grecję nad Wisłą zrobi dopiero PiS (który z kolei pragnie zamienić platformerską Grecję na dumny polski Budapeszt). Czy faktycznie jest jednak tak źle?

Nie miejmy złudzeń – ani rząd obecny, ani przyszły nie przesterują Europy na lewo. W sprawach klimatu mamy wybór między czarną (węglową) reakcją a reakcją jeszcze czarniejszą. W sprawach uchodźców i migrantów – między tchórzliwym, cynicznym oportunizmem a ksenofobicznym rasizmem. W kwestii kolejnych paktów fiskalnych – wyboru nie mamy właściwie żadnego, bo Polska nie jest w strefie euro i nie będzie w najbliższym czasie, w związku z czym na sprawy najistotniejsze nie ma wpływu. Znając stan świadomości ekonomicznej premier obecnej i potencjalnej, może to i dobrze – bo w kwestii problemów Południa Polska, solidarnie ze Słowakami i Bałtami, przepychałaby Niemców na prawo. I dobrze także dlatego, że (jak mówi najmądrzejszy chyba dziś urzędnik państwa polskiego) strefa euro płonie. Ergo, pchanie się do pożaru zanim go ugaszą (nie mając przy tym wielkich kompetencji strażackich) może nie być najlepszym pomysłem. W sprawie TTIP niestety mamy coś do powiedzenia – niestety, bo mówimy niezbyt mądrze. Licząc, że „zacieśnienie stosunków transatlantyckich” obroni nas przed Putinem zapominamy, że nieszczęsny arbitraż może wytrącić państwom wszelkie instrumenty polityczne z ręki. Cała nadzieja w niemieckiej opinii publicznej, która może oportunistyczną kanclerz zmusić, by w negocjacjach umowy nie robiła Amerykanom za dużo łaski.

Z drugiej strony – obecny rząd, mądry po wpadce irackiej jednego z rządów poprzednich, zrozumiał, że nie należy pchać się w każdą awanturę o brytyjsko-francuską ropę; dzięki temu Polska przynajmniej nie dopomogła zlikwidować libijskiego państwa (co było przecież kosztem ubocznym obalenia nieprzyjemnego niewątpliwie dyktatora). Dotychczasowy rząd wywalczył też wzrost naszego udziału w funduszach strukturalnych nie niszcząc przy tym ekonomicznie całej Unii (choć zniszczą ją najprawdopodobniej sami Niemcy, bez naszego udziału – z powodów opisanych wyżej). Wreszcie, polski rząd zdołał przekonać część polityków europejskiego mainstreamu, że Ukraina nie leży w Azji (choć jeszcze nie, że leży w Europie). Tyle dobrego, wiele więcej nie będzie. Już wiemy, że Polski rząd w żadnej koalicji nie wywalczy nam Europy ze snów Jamesa Galbraitha.

Europa jaka jest, nie przyniesie dobrobytu, szczęścia, pokoju i konwergencji. Ale poza Europą, jaka by nie była, czeka nas dumny i durny nacjonalizm upokarzanych peryferii. Jak zatem zmienić Europę, która jest? Proeuropejskiej lewicy polskiej w Polsce pozostała głównie rozmowa o TTIP, walka o przyjmowanie i dobre traktowanie uchodźców, przekonywanie, że Ukraina potrzebuje wsparcia innego niż „doświadczenie terapii szokowej”, tłumaczenie, że OZE to nie tylko wydatek, a węgiel to także (ogromne) koszty. Mało? Mało, ale linia rządu – tego bądź kolejnego – nie pozostawia wielkiego pola manewru.

A co pozostało polskiej, proeuropejskiej lewicy w Europie? Na konferencjach i zlotach europejskiego lewactwa i nie tylko, na kongresach związków zawodowych i seminariach intelektualistów, na debatach z politykami, na masowych demonstracjach i w mediach opiniotwórczych? Tu się robi naprawdę ciekawie.

Trzy obszary wydają się decydujące dla poszukiwań „Europy z naszych snów”.

Po pierwsze, lewica w Polsce z naturalnych powodów ma większą skłonność do empatii wobec problemów Ukrainy na Wschodzie; jej sprzeciw wobec neoliberalizmu i amerykańskich dążeń imperialnych rzadziej niż na Zachodzie przekłada się na automatyczną sympatię dla „wszystkiego co antyamerykańskie”. Krytycyzm wobec propagandy rosyjskiej i pamięć ekspansji imperium moskiewskiego sprzyjają trzeźwej – na tle radykałów z Południa i Zachodu – ocenie konfliktu w Donbasie, ale i szerzej, problematyki „twardego bezpieczeństwa”. Komponent militarny UE zachodniej lewicy kojarzy się głównie z obroną interesów Francji, Włoch czy Wielkiej Brytanii w dawnych koloniach; w Polsce i krajach bałtyckich (ale także w Szwecji czy Finlandii) wiąże się go częściej z (potencjalną przynajmniej) gotowością Unii do obrony jej wartości wewnątrz własnych granic.

Po drugie, w konflikcie makroekonomicznym wewnątrz strefy euro Polska – jako strukturalne peryferia gospodarcze UE, acz o stosunkowo stabilnych finansach publicznych i umiarkowanym zadłużeniu – może pełnić rolę intelektualnego pośrednika między Północą a Południem. Nasze zrozumienie dla „południowego” apetytu na inwestycje publiczne na rzecz wzrostu i rozwoju legitymizowane jest bowiem „północną” ostrożnością względem zadłużenia publicznego i wstrzemięźliwością inflacyjną. Matryca rozwoju gospodarczego Polski – nie dotychczasowego, lecz potencjalnego, opartego na wzroście płac i polityce przemysłowej – mogłaby zyskać wiarygodność w oczach środowisk opiniotwórczych zarówno protestanckiego centrum, jak i śródziemnomorskich peryferii.

Po trzecie, niedawne przyjęcie uchodźców z Syrii w Polsce spotkało się z niespodziewanie ostrą reakcją przeciwników imigracji i udzielania azylu – nieproporcjonalną do faktycznie ponoszonych przez nasz kraj ciężarów przyjęcia ofiar wojny na Bliskim Wschodzie i kryzysów ekonomiczno-społecznych w Afryce. Dla całej lewicy w Polsce jest to moment gwałtownego zderzenia z rzeczywistością pozornie odległą – zdawało się, dotyczącą głównie krajów Południa, znaną nielicznym ekspertom czy aktywistom społecznym. W pewnym sensie dołączyliśmy do grona zmagających się z falą migracji krajów śródziemnomorskich, choć na razie symbolicznie; inne kraje Europy Środkowej i Bałkanów (Węgry, Serbia a zwłaszcza Bułgaria) dołączyły do nich jak najbardziej namacalnie. Problemy Greków, Hiszpanów i Włochów stały się także ich problemami; do Polski dociera na razie ich świadomość.

Co ma jedno do drugiego (i trzeciego)? Otóż właśnie te trzy wątki, skrótowo: Ukraina, konflikt europejskiego centrum z peryferiami oraz problem migracji (uchodźcy) stanowią dziś trzy najważniejsze wyzwania dla Unii Europejskiej; ich łączne (co nie znaczy koniecznie: spójne) rozstrzygnięcie przesądzi o jej przyszłości, a może nawet (nie)istnieniu integracyjnego projektu Europa.

Nie da się przesądzić o hierarchii ich ważności, ale pewne jest jedno: podziały na „beneficjentów” i „płatników” w każdym z tych obszarów nie przebiegają równolegle.

To znaczy: Finlandia jako „płatnik” w strefie euro (przynajmniej we własnym wyobrażeniu, ale zostawmy to) jest „beneficjentem” w sprawie uchodźców; w temacie bezpieczeństwa na wschodzie Europy pełni obydwie role – wnosi wkład do unijnego hard power dzięki swej doskonałej obronie terytorialnej, ale zarazem jako pierwsza korzystałaby ze wspólnych struktur obronnych. Grecja to w oczach Niemców czytelny „beneficjent” polityki kryzysowej, we własnych – czytelny „płatnik” (do tego brutalnie wyzyskiwany); nie ma jednak wątpliwości, że przez swe położenie geograficzne w związku z napływem uchodźców ponosi ogromne koszty. Litwa w sprawie obronności żyje na koszt reszty Europy i NATO, ale do funduszu ESM jest płatnikiem netto, itd., itp.

To „niespójne” rozłożenie zysków i strat w ramach wspólnej Europy można wyzyskiwać dla narodowych egoizmów; można jednak potraktować jako punkt wyjścia do wielkiej narracji pt. wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Sprawa uchodźców i zagrożenie ze wschodu dokładają Unii nowe i groźne wyzwania, ale zarazem stwarzają niepowtarzalną szansę na nową opowieść o europejskiej solidarności. Nie jest tak, że Unia dzieli się na pracowitą Północ i rozrzutne Południe (naprawdę nigdy tak nie było, ale wyobraźnia zbiorowa i dyskurs medialny głoszą inaczej); Unia Europejska zmaga się ze światem w ramach wielkiego podziału pracy, gdzie „jeden drugiego ciężary nosi”. Dla głoszenia i promowania takiej narracji lewica w Polsce ma predyspozycje szczególne: ze względu na „neutralną” pozycję w podziale Północ-Południe i na „kompetencje” (a w każdym razie odmienny od zachodniego rozkład sentymentów i resentymentów) w kwestii bezpieczeństwa i zagrożeń na Wschodzie; w trzeciej kwestii (uchodźcy) Polska stała dotąd na uboczu, ale przyjazd „tylko chrześcijańskich” uchodźców z Syrii i reakcja na niego gwałtownie zderzyły nas z odległą, wydawałoby się dotąd, rzeczywistością.

Na co najmniej dwóch z trzech najważniejszych pól problemowych Europy mamy jako polska lewica coś do powiedzenia. Na tych kierunkach – budowy solidarnościowych narracji, organizowania społecznych koalicji i zmiany politycznych sojuszy – musimy szukać Europy choć trochę przypominającej tę z naszych marzeń. Nie wiem czy się uda, ale to na pewno lepszy scenariusz niż „lewicowy exit”, względnie gra na dezintegrację europejskiego projektu, po której będziemy już tylko mogli poprosić Amerykanów o łagodną okupację.

Czytaj także

Jakub Majmurek, Koniec z paradą Schumana

**Dziennik Opinii nr 216/2015 (1000)

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.