UE

„Polityką osiągnąć to, co kiedyś wymagało wojny” [Skidelsky o wyborach w Niemczech]

Spotkanie Tusk-Merkel 12.03.2014

Unia Europejska, a zwłaszcza licząca dziewiętnaście państw strefa euro, funkcjonuje jako wielka baza dla Niemiec, z której mogą „najeżdżać” zagraniczne rynki. Ta baza jest silna. Kto będzie jej przewodził? Dzień wyborów federalnych w Niemczech to właściwa pora, by zadać takie pytanie.

Jedna standardowa odpowiedź brzmi: „wszystkie państwa członkowskie UE” – wszystkie dwadzieścia osiem. Ktoś inny powiedziałby: „Komisja Europejska”. Natomiast Paul Lever, były ambasador Wielkiej Brytanii w Niemczech, stawia bardziej wyrazistą diagnozę. W nowej książce Berlin Rules pisze: „współczesne Niemcy udowodniły, że prowadzeniem polityki można osiągnąć to, co kiedyś wymagało wojny”.

Niemcy są najludniejszym państwem UE i gospodarczą potęgą, składającą się na ponad 20 proc. PKB całego bloku. Powód ich zawrotnego sukcesu gospodarczego wydaje się nieuchwytny. W tak zwanym reńskim modelu gospodarki łatwo jednak dostrzec trzy wyjątkowe cechy.

Ostrożnie z tym neoliberalizmem

Po pierwsze, Niemcy zachowały swoje zdolności wytwórcze w dużo znaczniejszej mierze niż inne rozwinięte państwa świata. Produkcja przemysłowa wciąż składa się na 23 proc. gospodarki Niemiec, w porównaniu z 12 proc. w USA i 10 proc. w UK. Niemcy zatrudniają w produkcji 19 proc. swojej siły roboczej, Amerykanie 10 proc., a Brytyjczycy – 9.

Sukces Niemiec w utrzymaniu przemysłowej podstawy gospodarki stoi w opozycji do standardowej praktyki krajów bogatych, czyli outsourcingu produkcji do miejsc o niższych kosztach pracy. Ale Niemcy nigdy nie przyjęły statycznej teorii przewagi komparatywnej, na której opiera się ta powszechna praktyka. W zgodzie z dziedzictwem Friedricha Lista, ojca niemieckiej ekonomii, który napisał w 1841 roku: „zdolność do wytwarzania bogactwa jest (…) nieskończenie ważniejsza od samego bogactwa”, Niemcy utrzymały swoją produkcyjną konkurencyjność dzięki nieustającemu zaangażowaniu w innowację procesową, popartym działalnością sieci instytutów badawczych. Ze wzrostu opartego na eksporcie zbierają z żniwo w postaci wzrastających korzyści skali.

Drugą cechą wyróżniającą model niemiecki jest gospodarka społeczno-rynkowa, co najlepiej widać w funkcjonowaniu wyjątkowego systemu reprezentacji interesów pracowniczych. Niemcy, jako jedyne spośród wielkich, rozwiniętych gospodarek, praktykują kapitalizm interesariuszy. Od wszystkich firm prawnie wymaga się posiadania rad pracowników. I tak jest rzeczywiście; wielkimi zakładami pracy zarządzają dwie rady, podejmujące strategiczne decyzje: zarząd oraz rada nadzorcza, w której udział mają po równo akcjonariusze oraz przedstawiciele pracowników. Opór wobec przenoszenia produkcji za granicę jest przez to dużo silniejszy niż gdzie indziej, podobnie zresztą jak polityka zamrażania płac.

Wreszcie, Niemcy odznaczają się stanowczością w kwestii stabilności cen. Nie potrzebowali lekcji od Miltona Friedmana na temat przekleństw inflacji. Trwale wmontowano tę lekcję w działanie najsłynniejszej powojennej instytucji Republiki Federalnej – Bundesbanku.

Paul Lever sugeruje, że Niemcy świetnie przyswoili sobie tę naukę ze względu na pamięć nie tylko o upadku waluty w latach 1945-1948, lecz także o hiperinflacji lat 20. XX wieku. Podobnie ich niechęć wobec deficytu budżetowego jest lustrzanym odbiciem oporu obywateli wobec zadłużania się prywatnie.

Unia Europejska instytucjonalnie stała się Niemcami na większą skalę

Komisja, Parlament Europejski, Rada Europejska i Trybunał Sprawiedliwości naśladują zdecentralizowaną strukturę Republiki Federalnej. Unijna ewangelia „pomocniczości” bierze się z podziału władzy pomiędzy niemiecki rząd federalny a landy. Niemcy upewniają się, że ich obywatele zajmują najważniejsze posady w organach UE. Unia sprawuje władzę poprzez swoje instytucje, ale z kolei władzę nad tymi instytucjami ma rząd Niemiec.

Tymczasem mówienie o „hegemonii” czy nawet „przewodnictwie” jest w Niemczech tabu; ta powściągliwość płynie z determinacji Niemców, by nie przypominać ludziom o mrocznej przeszłości ich państwa. Ale wypieranie się przez nie przywództwa i jednoczesne go sprawowanie oznacza, że nie ma miejsca na dyskusję o odpowiedzialności Niemiec. A to wytwarza koszty – zwłaszcza ekonomiczne – dla innych krajów członkowskich UE.

Sotiris: Porzućmy fantazję o „dobrym kompromisie” z Brukselą

Niemcy stworzyły taki system zasad, który umacnia ich przewagę konkurencyjną. Wspólna waluta wyklucza dewaluację wewnątrz strefy euro Gwarantuje też, że euro jest warte mniej niż byłby pieniądz czysto niemiecki.

Niedawny pakt fiskalny – następca paktu stabilności i wzrostu – nakazuje podpisanie wiążących zobowiązań prawnych w sprawie zrównoważonych budżetów i ograniczania długu publicznego, obwarowanych nadzorem i sankcjami. To uniemożliwia finansowanie długu publicznego w celu pobudzenia wzrostu gospodarczego. A nieustępliwość Niemiec w ich postulacie wyrównania kosztów pozapłacowych w całej UE jest narzędziem nie tyle zwiększającym konkurencyjność Niemiec, co zmniejszającym konkurencyjność innych.

Žižek: Dlaczego Varoufakis drażnił unijnych technokratów?

Unia Europejska, a zwłaszcza licząca dziewiętnaście państw strefa euro, funkcjonuje zatem jako wielka baza dla Niemiec, z której mogą „najeżdżać” zagraniczne rynki. Ta baza jest silna. Niemcy eksportują do UE 30 proc. więcej niż importują, i mogą się pochwalić jedną z największych na świecie nadwyżek na rachunku obrotów bieżących.

Hegemonia być może szkodliwa, ale nie brutalna

Niemiecka hegemonia gospodarcza ma w samym sednie potężną sprzeczność. Skoro rachunki narodowe muszą się równoważyć, to nadwyżka w jednej części Europy oznacza deficyt w drugiej. W strefie euro nie umieszczono mechanizmu transferu fiskalnego, który niósłby pomoc członkom rodziny w opałach; Europejski Bank Centralny ma zakaz występowania w roli pożyczkodawcy ostatniej szansy dla systemów bankowych, zaś propozycja Komisji Europejskiej dotycząca euroobligacji – gwarantowanych zbiorowo i emitowanych przez państwa – rozbiła się na sprzeciwie Niemiec, że przecież będą musiały wziąć na siebie największy ciężar.

Chętnie natomiast zapewniały awaryjne finansowanie zadłużonym członkom strefy euro, takim jak Grecja, pod warunkiem, że zaczną „robić u siebie porządek” – obetną wydatki socjalne, wyprzedadzą mienie państwowe oraz poczynią jeszcze inne kroki, by zwiększyć swoją konkurencyjność. Niemcy nie widzą jednak żadnego powodu, by zmniejszać własną – nieproporcjonalnie wielką.

Co można zrobić, by związki wierzycieli i dłużników Unii Europejskiej stały się bardziej symetryczne? Wyjąwszy mechanizm transferu fiskalnego, do eurostrefy można zaadaptować plan rozpisany dla Międzynarodowej Unii Clearingowej przez Johna Maynarda Keynesa w 1941 roku. Banki centralne państw członkowskich mogłyby utrzymywać salda budżetowe w euro na kontach Europejskiego Banku Clearingowego. Jednocześnie, przy pomocy wzrastających odsetek od utrzymujących się ujemnych bilansów, na wierzycieli i dłużników będzie wywierana presja, by wyrównali rachunki.

Unia clearingowa dla UE byłaby mniej widoczną interwencją w narodowe interesy Niemiec niż unia transferów fiskalnych. Jednak aby strefa euro działała, najistotniejsza jest gotowość silnych do okazywania solidarności słabym. Bez mechanizmu do realizacji tego celu, UE będzie kuśtykać od kryzysu do kryzysu – zapewne tracąc po drodze członków.

Te wybory zdecydują o przyszłości europejskiego projektu

**
Robert Skidelsky jest członkiem brytyjskiej Izby Lordów i emerytowanym profesorem ekonomii politycznej Uniwersytetu Warwick.

Copyright: Project Syndicate, 2017. www.project-syndicate.org Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Obecnie 99% tzw. lewicy to skrajne lewactwo. Żeby lewica miała szansę, to trzeba stworzyć nową całkowicie od zera, a starą wyciąć i wyrzucić na śmietnik. Hehe.

Maciek Trybuszewski

I tak to, już zupełnie zachowawczo i tradycyjnie, Krypol publikuje wiekopomne nabzdyczone artykuły o Merkel całującą się z Tuskiem.

Znajdźcie tam wreszcie u siebie jakiegoś dziennikarza śledczego, który opublikuje artykuł o działkach, domach, kontach bankowych i podróżach zagranicznych panów Sakiewicza i Karnowskiego (w bonusie Terlik w Ameryce). Przecież to jest kopalnia głębsza niż książka Piątka o Macierewiczu.

Boicie się naruszenia "dziennikarskiej" solidarności?