UE

Unia nie jest gotowa na niekontrolowany przepływ ludzi [Skidelsky o Brexit]

theresa-may-donald-tusk

Argument za kontrolą migracji staje się jeszcze silniejszy, gdy kraje przyjmujące cierpią na nadmiar siły roboczej, a taki doskwiera przecież większości Europy Zachodniej od kryzysu z 2008 roku. O tym jest tak naprawdę Brexit.

„Dosyć tego” – ogłosiła brytyjska premier Theresa May po ataku terrorystycznym na London Bridge. Dziś jest już jasne, że niemal połowa głosujących 8 czerwca 2017 roku w wyborach parlamentarnych w UK ma z kolei dosyć May. Przy urnach wyborczych została zlikwidowana parlamentarna większość Partii Konserwatywnej. Powstał zawieszony parlament (w którym żadna partia nie ma większości). Z różnych stron politycznej sceny słychać: „dość imigrantów”/„dość austerity”. Brytyjscy wyborcy z pewnością mają już dosyć wielu rzeczy.

Drodzy państwo, w Zjednoczonym Królestwie skończył się thatcheryzm

Wybory jednak podzieliły Wielką Brytanię, i to w sposób bardzo zagmatwany. Zeszłoroczne referendum w sprawie Brexitu zarysowało podział na linii Leave-Remain, przy czym zwolenników wystąpienia z Unii Europejskiej było nieznacznie więcej. Tegoroczne wybory parlamentarne nałożyły na to bardziej tradycyjny podział na lewicę i prawicę. Odradzająca się Partia Pracy skorzystała z niezadowolenia wyborców spowodowanego cięciami budżetowymi konserwatystów.

Respekt, Jeremy! A teraz udowodnij, że naprawdę jesteś inny

By dostrzec wynikły z tego krajobraz polityczny, należy wyobrazić sobie graf o czterech polach, odpowiadających kombinacjom postaw: „pozostać w Unii i dokonywać cięć”; „pozostać w Unii i rozwijać gospodarkę”; „wyjść z Unii i dokonywać cięć”; „wyjść z Unii i rozwijać gospodarkę”. Pola nie tworzą spójnej całości, więc trudno wyśledzić, czego pragnęli wyborcy, gdy głosowali.

Można natomiast łatwo sprawdzić, co chcieli odrzucić. Ofiarą wyborców z pewnością padły dwie koncepcje. Po pierwsze, sprzeciwili się oni polityce austerity; zresztą nawet konserwatyści sygnalizują pod presją, że ją porzucą. Cięcie wydatków publicznych, by zbilansować budżet, było oparte na błędnej teorii i nie sprawdziło się w praktyce. Najwymowniej świadczy o tym fakt, że George Osborne, kanclerz skarbu w latach 2010-2016, nie zdołał osiągnąć któregokolwiek z założonych celów budżetowych. Deficyt miał zniknąć do 2015, potem do 2017, a później do 2020-2021 roku. Teraz już żaden rząd nie zobowiąże się do żadnej określonej daty dla takiego celu.

Cele budżetowe ustalano w oparciu o pogląd, że „wiarygodny” program redukcji deficytu wywoła wystarczające zaufanie przedsiębiorców, by przezwyciężyć demobilizujący wpływ samych cięć na działalność gospodarczą. Niektórzy mówią, że po prostu nigdy nie zaproponowano wystarczająco wiarygodnych celów. Ale w rzeczywistości takie nie istnieją: deficyt nie zmniejszy się, jeśli gospodarka się nie rozwinie, a cięcia – prawdziwe i spodziewane – hamują wzrost. Obecnie panuje konsensus, iż austerity opóźniła naprawę gospodarczą o niemal trzy lata, obniżając płace realne i powodując widoczne szkody dla kluczowych usług publicznych, takich jak samorządność, opieka zdrowotna i oświata. Spodziewajmy się więc ukrócenia niedorzecznej obsesji bilansowania budżetu i zaakceptujmy to, że będzie się on sam dostosowywał do stanu gospodarki.

Migracja – tak, ale taka, którą da się zarządzać

Po drugie, wyborcy opowiedzieli się przeciwko nieograniczonej imigracji z UE. Żądanie brexitowców, by zacząć „kontrolować nasze granice” było skierowane przeciwko nieograniczonemu wpływowi migrantów ekonomicznych z Europy Wschodniej. To żądanie zostanie w jakiś sposób spełnione.

Migracja wewnątrzeuropejska była zjawiskiem nieznacznym, dopóki UE ograniczała się głównie do krajów Europy Zachodniej. To się zmieniło po rozpoczęciu wcielania do Unii krajów postkomunistycznych, w których dominowały niskie zarobki. Następująca po tym migracja zaradziła niedostatkowi siły roboczej w państwach przyjmujących, na przykład w UK i w Niemczech, i zwiększyła zarobki samych migrantów. Niestety – takie korzyści nie płyną w nieskończoność z nielimitowanej migracji.

10 rzeczy, które możesz zrobić, żeby utrudnić jej Brexit

Badania George’a J. Borjasa z Uniwersytetu Harvarda wskazują, że wyższe saldo migracji obniża płace konkurujących z migrantami pracowników rodzimych. Najsłynniejsze badanie Borjasa dowodzi ujemnego wpływu „Marielitos” – Kubańczyków masowo migrujących do Miami w 1980 roku – na płace rodzimej klasy robotniczej.

W samym sednie tego problemu leży kwestia legitymizacji władzy. Do nowożytności rynki pozostawały w dużej mierze lokalne, dobrze chronione przed obcymi, nawet pochodzącymi z sąsiednich miejscowości. Rynki narodowe tworzyły się dopiero wraz z powstawaniem nowożytnych państw. Ale całkowicie nieograniczone przemieszczanie się towarów, kapitału i siły roboczej wewnątrz suwerennych państw stało się możliwe dopiero po spełnieniu dwóch warunków: wzrostu tożsamości narodowej i wyłonienia się władz państwowych zdolnych do zapewnienia obywatelom bezpieczeństwa wobec możliwych przeciwności.

Unia Europejska nie spełnia żadnego z dwóch warunków. Zamieszkujący ją ludzie są przede wszystkim obywatelami własnych państw narodowych. Umowa obywateli z państwem, na której opierają się gospodarki narodowe, nie może zostać dziś odtworzona na poziomie europejskim, ponieważ nie istnieje państwo europejskie, z którym można by ją zawrzeć. Dzisiejsze naleganie Unii na to, by swobodne przemieszczanie się siły roboczej stanowiło warunek przynależności do tego nie-państwa, jest w najlepszym razie przedwczesne. Trzeba będzie ten warunek zmodyfikować, nie tylko w ramach umowy z UK w sprawie Brexitu, ale i  całej UE.

Najlepszy scenariusz dla Brytanii

Jak zatem rozegrają się chaotyczne skutki brytyjskich wyborów parlamentarnych? May nie utrzyma się zbyt długo na stanowisku premiera. Osborne już oświadczył, że dni jej urzędowania są policzone (oczywiście nie przyznał, że jego polityka austerity pomogła przypieczętować upadek May).

W tej chwili są małe szanse na najbardziej rozsądne wyjście z sytuacji: rząd koalicji konserwatywno-laburzystowskiej z (powiedzmy) Borisem Johnsonem na stanowisku premiera i Jeremym Corbynem jako wicepremierem. Rząd ten przyjąłby dwuletni program składający się z zaledwie dwóch punktów: zawarcia „miękkiej” umowy Brexitu z UE i wielkiego planu publicznych inwestycji w mieszkalnictwo, infrastrukturę i zieloną energię.

Plan inwestycyjny opierałby się na przekonaniu, że przypływ unosi wszystkie łodzie. Dodatkową korzyścią z kwitnącej gospodarki byłaby mniejsza niechęć wobec imigrantów, co ułatwiłoby Wielkiej Brytanii wynegocjowanie rozsądnego regulowania przepływu migracji.

A kto wie, gdyby negocjacje zmusiły UE do zmiany przekonań odnośnie swobodnego przepływu pracowników, Brexit mógłby okazać się nie tyle wystąpieniem Wielkiej Brytanii, co zrewidowaniem warunków członkostwa w Unii.

Brexit z tak słabym rządem? Tych trzech błędów Theresa May nie może już popełnić

**
Copyright: Project Syndicate, 2017. www.project-syndicate.org Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

"Badania George’a J. Borjasa z Uniwersytetu Harvarda wskazują, że wyższe saldo migracji obniża płace konkurujących z migrantami pracowników rodzimych. "
O Matko i Córko Nazareńskie. Jeszcze chwila i Uniwersytet Harvarda odkryje, że Ziemia krąży wokół Słońca.

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!