UE

„Siostro, jesteśmy twoją watahą”

protest-la-manada

Po bulwersującym wyroku w sprawie gwałtu zbiorowego na 18-latce Hiszpania dyskutuje o właściwym definiowaniu przemocy seksualnej.

Na placu Universitat w Barcelonie powoli zbierają się ludzie. Hiszpanki zazwyczaj nie potrzebują specjalnej mobilizacji, żeby wyjść na ulice i walczyć o swoje prawa. Dobrze pamiętają o niespełnionych obietnicach władzy. Zgodnie z uchwalonym Pacto de Estado contra la Violencia de Género jeszcze w tym roku na walkę z przemocą wobec kobiet z budżetu państwa miało pójść 200 milionów euro. Od ratyfikowania dokumentu przez poszczególne regiony nie wydarzyło się jednak nic, a społeczeństwo powoli traci cierpliwość. Nowe rozwiązania oznaczałyby nie tylko większe wsparcie dla ofiar przemocy, ale też wprowadzenie do szkół zajęć z zakresu równości płci czy specjalistyczne szkolenia dla sędziów, którzy zawodowo zajmują się właśnie tą tematyką.

Manifestacje z ostatnich kilku tygodni to jednak bezpośrednia odpowiedź na konkretne wydarzenie – kontrowersyjny finału procesu, który od początku cieszył się ogromnym zainteresowaniem społeczeństwa. Oskarżeni, pięciu mężczyzn, którzy dwa lata temu w trakcie święta San Fermin w Pampelunie mieli się dopuścić zbiorowego gwałtu na 18-latce, pod koniec kwietnia zostali skazani na 9 lat więzienia – za abuso sexual (pol. „nadużycie”, „wykorzystanie seksualne”). Gwałtu nie było, zdecydował sąd po analizie wszystkich dowodów, z których najważniejszy był film nakręcony przez samych sprawców. Widać na nim ofiarę: jest bierna, nie otwiera oczu i wykonuje wydawane jej polecenia. Dochodzi w sumie do jedenastu penetracji. Film z zajścia mężczyźni udostępnili znajomym w swojej grupie na Whatsappie o nazwie la Manada („wataha”). Kilka godzin później dziewczyna została znaleziona sama, płacząca, na ławce – bez telefonu, który zabrali jej sprawcy.

Dwie rzeczywistości

W reakcji na wyrok w całym kraju zorganizowano protesty. Sędziowie swoją decyzję uzasadniają brakiem przemocy ze strony „watahy”. Nie doszło do użycia siły, dowody nie wskazują też na to, żeby dziewczyna była zastraszana czy stawiała opór. Udało się za to ustalić, że ofiara nie wyraziła zgody na stosunek, a sytuacja, w której się znalazła, w znacznym stopniu ograniczyła jej możliwość decydowania o sobie. Według hiszpańskiego prawa to jednak za mało, żeby zajście nazwać gwałtem – jeśli nie było przemocy bądź zastraszenia, akt seksualny bez zgody ofiary w kodeksie karnym określany jest właśnie jako nadużycie. Fakt, że w tym przypadku doszło do penetracji, miał wpływ na wymiar kary, ale nie na zmianę kategorii przestępstwa.

Manifestujący na ulicach Hiszpanie nie zgadzają się z takim rozstrzygnięciem. Nie rozumieją, jak można nie dostrzegać przemocy w sytuacji, w której znalazła się dziewczyna – otoczona przez pięciu obcych mężczyzn, którzy wbrew jej woli odbywają z nią stosunki seksualne, po czym porzucają, do tego bez możliwości skontaktowania się z bliskimi. Protestujący stawiają sprawę jasno: społecznie podzielane wartości nie mają odzwierciedlenia w tym, co się dzieje w hiszpańskich sądach.

Prawo do niemilczenia

Kilka dni po ogłoszeniu wyroku 1800 psychologów i psychiatrów podpisało oświadczenie, w którym wyjaśniają, że bierność ofiary to normalne zachowanie w sytuacji zagrożenia, a to, jak radzi sobie ona z traumą, nie powinno być przedmiotem dochodzenia. To reakcja na strategię przyjętą przez obrońców mężczyzn, którzy, prezentując materiał zebrany przez prywatnego detektywa kilka miesięcy po rozpoczęciu procesu, próbowali udowodnić, że dziewczyna nie jest wystarczająco przygnębiona (a czasem nawet się uśmiecha) – co miało według nich wskazywać, że do gwałtu nie doszło.

Protestujących popierają też politycy, którzy jednogłośnie krytykują kontrowersyjną decyzję. Rafael Catalá, hiszpański minister sprawiedliwości, sugeruje nawet, że wobec jednego z trzech sędziów, którzy uczestniczyli w rozprawie, należy wszcząć postępowanie dyscyplinarne. Mowa o Ricardo Gonzálezie, który jako jedyny dążył do całkowitego uniewinnienia sprawców – po przeanalizowaniu dowodów miał stwierdzić, że całe zajście jest według niego utrzymane w atmosferze dobrej zabawy. Takimi komentarzami Catalá naraził się jednak niektórym ze stowarzyszeń zrzeszających hiszpańskich sędziów. „Dzisiaj la Manada, a jutro może to być każde inne działanie, które nie spodoba się ministrowi”, piszą we wspólnym oświadczeniu, przypominając o niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą ingerowanie władzy wykonawczej w decyzje wymiaru sprawiedliwości.

Gdy o sprawie zrobiło się głośno poza granicami kraju, hiszpański rząd pospieszył z obietnicami zmian w kodeksie karnym. W tym samym czasie adwokaci obu stron ogłosili, że odwołają się od decyzji sądu. – Ten wyrok pokazał dwie równoległe rzeczywistości – mówi Agustín Martínez, obrońca skazanych – W jednej liczą się sędziowie, w drugiej – społeczeństwo, które już dawno zdecydowało, że najlepiej wie, jaka kara powinna zostać wymierzona tym mężczyznom. Teraz brakuje tylko, żeby każdy z nas tłumaczył chirurgom, jak mają operować.

Martínez liczy, że w drugiej instancji uda się zawalczyć o uniewinnienie oskarżonych.

Skazane na gwałt

czytaj także

Skazane na gwałt

Wiktor Cyrny

Jeden krok w tył, dwa w przód

Czekamy jakieś piętnaście minut. Garstka ludzi, jeszcze mniej transparentów. Od ogłoszenia wyroku minęły trzy tygodnie i dzisiejszy marsz trudno porównywać z tymi z początków maja. Braki frekwencyjne wynagradza jednak atmosfera – na samym przodzie rozgrzewają się zawsze obecne przy takich okazjach bębniarki, niektóre dziewczyny zaczynają tańczyć. Kiedy powoli ruszamy i słychać już pierwsze skandowane hasła, podchodzi do mnie zdezorientowany chłopak. Tłumaczę mu cel manifestacji, a on ruchem ręki wskazuje na kilkaset osób przed nami. – W Argentynie byłyby nas tysiące – mówi ze smutkiem w głosie. Przebąkuję coś o milionach kobiet strajkujących 8 marca, o tłumach sprzed zaledwie dwóch tygodni. Dodaję, że dzisiejszy protest to bardziej wyjątek od reguły, może skutek jakiegoś organizacyjnego niedociągnięcia. Zatroskany Argentyńczyk nie przejmuje się chyba jednak frekwencją na tyle, żeby dołączyć do manifestacji, bo szybko tracę go z oczu.

Tegoroczne zrywy, choć imponujące, to w Hiszpanii nic nowego, bo ruch feministyczny ma tu długą tradycję. Mercedes, sześćdziesięciolatka z Barcelony, która na protest przyszła z dwiema przyjaciółkami, stara się zliczyć, ile razy w swoim życiu niosła transparent. – Ja już jestem doświadczona w tych sprawach – mówi zmęczonym głosem. – Jak sobie pomyślę o naszej sytuacji sprzed czterdziestu lat, to widzę ogromną zmianę, ale musiałyśmy na nią pracować bez przerwy, każdego dnia. Cały czas walczyć o dwa kroki w przód, bo z góry wiadomo, że ktoś nas będzie próbował znowu zawrócić.

Mercedes zerka na idącego obok mężczyznę. – To pokolenie jest inne – dodaje z uśmiechem. – Kiedyś nie zobaczyłabyś tu tylu facetów. Wtedy uważało się feministki za dziwaczki, których należy unikać. Dziś patrzą na nas jak na partnerki, z którymi chcą dzielić życie i przywileje.

Nasz feministyczny alfabet

czytaj także

Bea, która jest od Mercedes o dwadzieścia lat młodsza, uważa, że zmiany zachodzą zbyt wolno, a ona sama czuje się ignorowana przez władzę. – I nie mówię tu tylko o rządzie hiszpańskim, ale też katalońskim. Jesteśmy zmęczone obietnicami kolejnych inicjatyw, pieniędzy z budżetu. Hiszpanki są ofiarami przemocy, na wielu poziomach, a dyskryminujące decyzje sędziów to nasza codzienność. La Manada to nie jest wyjątek, tylko jeden z wielu przykładów. Tak się złożyło, że najbardziej medialny.

Hiszpanki są ofiarami przemocy, na wielu poziomach, a dyskryminujące decyzje sędziów to nasza codzienność.

To prawda, że nie trzeba długo szukać, żeby trafić na informacje o innych, równie kontrowersyjnych decyzjach hiszpańskich sądów. Jak choćby w 2009 roku, kiedy sprawca został uniewinniony ze względu na bierne zachowanie ofiary, od której sędzia oczekiwał „jaśniejszego wyartykułowania braku zgody” (do gwałtu miało dojść w trakcie wizyty u osteopaty, a analiza medyczna potwierdziła urazy w miejscach intymnych kobiety). Czy nie tak dawno, bo zaledwie rok temu, kiedy sąd zdecydował o zmniejszeniu kary mężczyźnie, który przez pięć lat molestował nieletnią. Znowu nie dopatrzono się przemocy ani wyraźnego oporu, tym razem ze strony pięcioletniej dziewczynki.

– Potrzebujemy więcej pieniędzy na edukowanie dzieci, trzeba je uwrażliwić na przemoc i dyskryminację ze względu na płeć – mówi Bea. – Bo niektóre z nas mają z tym do czynienia codziennie.

Bea przypomina o zachowaniach, które często wciąż są uważane przez społeczeństwo za „normalne”, a którym manifestujące Hiszpanki się sprzeciwiają. Nie chcą być zaczepiane na ulicy, nie chcą słuchać wulgarnych uwag nieznajomych, które ci nazywają komplementami. Nie chcą się martwić chłopakiem, który próbował złapać je za rękę, a teraz wysiada na tym samym przystanku. W Madrycie kobiety zaczęły używać specjalnej aplikacji – zaznaczają na mapie miejsca, w których spotkały je nieprzyjemne sytuacje. Na manifestacjach często pojawiają się transparenty z hasłem „W drodze do domu chcę być wolna, nie odważna”.

Chutnik: Popiół

czytaj także

Chutnik: Popiół

Sylwia Chutnik

Idąca obok Ester doszukuje się jednak pozytywów: – Trudno ocenić na dużą skalę, czy jako społeczeństwo się zmieniamy. Ale to, co widzę u moich znajomych, u mojej rodziny, to właśnie coraz większa otwartość, żeby o tych problemach rozmawiać. I nie chodzi tu tylko o przemoc. Zaczynamy podawać w wątpliwość rzeczy, nad którymi wcześniej się nie zastanawialiśmy.

Obie, Bea i Ester, są dumne, że w obronie ofiary la Manady na ulice wyszły tysiące ludzi.

Granicą ma być zgoda

Pisarz Javier Marías pisze w dzienniku „El País” o niepokoju, z którym obserwował społeczną reakcję na decyzję sędziów. Choć przyznaje, że o członkach „watahy” nie powiedziałby dobrego słowa, dziwi go, z jaką łatwością społeczeństwo feruje wyroki. Maríasa zdumiewa fakt, że osoby, które nie mają nic wspólnego z hiszpańskim wymiarem sprawiedliwości, nie miały wglądu do dowodów i nie były świadkami procesu, utrzymują, że wiedzą lepiej niż profesjonaliści, jaka kara powinna spotkać pięciu oskarżonych. Na koniec sugeruje, że „społeczeństwo, które tak postępuje, ma duże szanse stać się społeczeństwem opresyjnym, bazującym na linczu i tyranii”.

Bierność to przyzwolenie na przemoc

To, czego Marías wydaje się nie uwzględniać, to fakt, że protestujący na ulicach Hiszpanie, choć nie brali udziału w procesie, wiedzą dokładnie, od czego zależała ostateczna decyzja trójki sędziów. Według prawa tylko przemoc, zastraszenie lub wyraźny opór ofiary mogłyby zmienić wyrok – społeczeństwo, biorąc w ręce transparenty, pokazało, że się z taką definicją gwałtu nie zgadza. Nie konkretni sędziowie stoją w centrum gniewu, który ogarnął Hiszpanię, ale system, w ramach którego operują. Poczucie nieadekwatności obowiązującego prawa nie ogranicza się zresztą wyłącznie do manifestujących na ulicach ludzi. Eksperci również sygnalizują, że obowiązujący od 1995 roku kodeks karny jest przestarzały i mija się z podzielanymi przez nowe pokolenia wartościami.

Według prawa tylko przemoc, zastraszenie lub wyraźny opór ofiary mogłyby zmienić wyrok – społeczeństwo, biorąc w ręce transparenty, pokazało, że się z taką definicją gwałtu nie zgadza.

Adela Asúa, wykładowczyni prawa karnego i była wiceprezeska Trybunału Konstytucyjnego, w wywiadzie dla tego samego „El País” tłumaczy, że to zgoda lub jej brak powinny być w centrum zainteresowania sędziów zajmujących się sprawami o podłożu seksualnym. Szczegóły dotyczące przestępstwa – na przykład użycie przemocy – muszą zostać zbadane dla ustalenia stosownej kary, nie zmieniają jednak natury samego zdarzenia. „To, co jest ważne, to upokorzenie drugiej osoby i pogarda wobec niej jako człowieka”, twierdzi Asúa i proponuje wprowadzenie jednego określenia, które obejmowałoby wszelkie zachowania o podłożu seksualnym, na które ofiara nie wyraziła zgody, łącznie z gwałtem. Nie oznaczałoby to jednak wcale zaostrzenia kar czy ich zrównania za różne czyny, chodziłoby wyłącznie o zmianę w nazewnictwie. To, zdaniem Asúi, może mieć ogromne znaczenie zarówno dla ofiary, jak i społeczeństwa. Wprowadzenie takiej zbiorczej kategorii – jak choćby „napaść na tle seksualnym” – dałoby jasny komunikat: nie lekceważymy naruszenia wolności i potencjalnej traumy ofiary, nie sprowadzamy jej doświadczenia do „nadużycia” czy „wykorzystania”.

Innym wyjściem byłaby zmiana definicji gwałtu – tak, by obejmowała ona każdy stosunek płciowy bez zgody jednej ze stron. Takie rozwiązanie zostało niedawno wprowadzone w Szwecji, która dostosowała swoje prawo do tzw. konwencji stambulskiej (Konwencja Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej). Konwencję ratyfikowała również Hiszpania, ale, jak wiele innych krajów, wciąż zwleka z wprowadzeniem w życie jej założeń. Treść dokumentu pokrywa się z tym, o czym mówi Asúa – brak zgody powinien być podstawą do zdefiniowania przemocy seksualnej.

Aby te lub inne reformy były możliwe, nad problemem musi się pochylić sekcja prawa karnego hiszpańskiej Komisji Kodyfikacyjnej – a ta jeszcze do niedawna składała się wyłącznie z mężczyzn. Ostatecznie 18 maja Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosiło, że do trzynastu jej członków dołączy aż czternaście kobiet. Choć na początku mówiło się raczej o tymczasowej współpracy, po liście protestacyjnym ekspertek, które wnosiły o dostosowanie składu komisji do standardów obowiązujących w XXI wieku, dwanaście z nich dostało propozycję stałego członkostwa.

W sprawie legalizacji gwałtów

#yosítecreo

Od samego początku protesty nie miały wyłącznie na celu skrytykowania krzywdzącego według Hiszpanów wyroku, ale też okazanie wsparcia ofierze la Manady, która po doświadczeniu ze śledzącym ją prywatnym detektywem, absurdalnych pytaniach ze strony obrony (np. o to, czemu nie gryzła członków oskarżonych) musiała się jeszcze zmierzyć z upublicznieniem swoich danych i groźbami pod swoim adresem. Na transparentach i w mediach społecznościowych królowało dodające otuchy hasło #yosítecreo („ja ci wierzę”). Jakiś czas później ustąpiło miejsca innemu, do złudzenia przypominającemu popularne #metoo – hasztagiem #cuentalo („opowiedz o tym”) oznaczały swoje posty kobiety, które chciały się podzielić własnym doświadczeniem związanym z przemocą i molestowaniem. To wzajemne wsparcie czuć też dzisiaj, kiedy marsz powoli dobiega końca, a niewielki jak na hiszpańskie możliwości tłum skanduje: „Głowa do góry, siostro, jesteśmy twoją watahą”.

Cibor: Tu nie ma o czym dyskutować

czytaj także

Na realne zmiany trzeba będzie jeszcze trochę poczekać, ale już się mówi, że ta społeczna mobilizacja przejdzie w Hiszpanii do historii. To głos społeczeństwa, które jest gotowe zmierzyć się ze swoimi problemami. Teraz kolej na działania rządu, który poprzez walkę z przemocą wobec kobiet i reformę kodeksu karnego może pomóc w wypracowaniu nowych standardów.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.