UE

Będą przyśpieszone wybory w UK. Wiemy, kto je wygra

nicola-sturgeon

„Ta buta i chamstwo brytyjskich elit nie zostaną szybko zapomniane”.

Brytyjska premier Theresa May, wannabe żelazna dama, właśnie zapowiedziała rozpisanie przyśpieszonych wyborów parlamentarnych. Odbędą się one 8 czerwca 2017 r.

Jak powinniśmy czytać tę niezapowiedzianą decyzję? Obóz rządzący ma niewątpliwie świadomość porażki kursu na „twardy Brexit”. Dzisiejsze przemówienie May było kolejnym wykwitem politycznej schizofrenii: „skoro od Brexitu nie ma odwrotu, a Labour chce sabotować nasze porozumienie z UE, to rozpiszemy kolejne wybory. Mamy konkretną robotę do wykonania (ang. get the job done)”. Jaką konkretnie robotę, jakie konkretnie porozumienie, tego premier rzecz jasna nie wyjaśniła.

Pospekulujmy więc – skąd taka decyzja?

Po pierwsze wśród elit westminsterskich widać gigantyczny i autentyczny strach przez Brexitem. Mamy do czynienia przede wszystkim z problemem wewnątrz partii konserwatywnej. Torysi zostali przez własne władze zmuszeni do postępowania wbrew sobie i 40-letniej, proeuropejskiej linii partii. W jednym z najlepszych przemówień parlamentarnych tego roku konserwatywny poseł Kenneth Clarke – odmówiwszy głosowania zgodnie z linią partii – pytał: „jeśli przez 40 lat kariery politycznej głoszę, że miejsce Wielkiej Brytanii jest w Europie, w jaki sposób mam teraz okłamać wszystkich, którzy na mnie głosowali? Zwłaszcza, że nie widzę np. tych 350 milionów zainwestowanych w służbę zdrowia” [które obiecywano w kampanii referendalnej].

Referendum brexitowe, którego kształt był wynikiem bezwzględnej, agresywnej i kłamliwej kampanii, odebrało klasie politycznej jasność myślenia. Torysi zapomnieli o swoich priorytetach: wolnym rynku, wolności przemieszczania się i inwestowania. Laburzyści zapomnieli zaś o dość bazowych elementach źródeł swojego poparcia: wykluczonych pracownikach, imigrantach, walce z dumpingiem socjalnym.

29 marca brytyjska premier Theresa May uruchomiła artykuł 50 Traktatu Lizbońskiego, a Londyn rozpoczął dwuletni proces negocjacyjny, który wyprowadzi Wielką Brytanię poza struktury europejskie. Premier May zdecydowała się na to nie mając żadnego wstępnego porozumienia z UE ani żadnych kart przetargowych w ręku.

To rozwód, w którym jedna ze stron wychodzi z domu oknem. Są szacunki mówiące o tym, że po Brexicie nawet 25% kierunków na uczelniach brytyjskich może zostać zamkniętych, mówi się też o tym, że obciążenie brytyjskiej służby cywilnej będzie największe od II wojny światowej. Nawet ci, którzy liczyli na ekonomiczne korzyści z Brexitu, widzą dziś wyraźnie, że po jednostronnej deklaracji wyjścia torysom brakuje argumentów w negocjacjach z Europą. Konserwatyści sami zaczęli dystansować się od argumentów ekonomicznych. „Koszt wyjścia nie gra roli” – tak brzmi radykalna linia, która nawet dla zwolenników premier Thatcher jest trudna do przełknięcia.

Od roku obserwujemy osobliwy spektakl, w którym zarówno torysi, jak i laburzyści miotają się dookoła argumentu „lud przemówił”. Wyjaśnijmy kilka rzeczy – nie lud, tylko 72% uprawnionych do głosowania, i nie „przemówił”, tylko podzielił się niemal po połowie. W Szkocji poparcie dla pozostania w UE (62%) było wyższe niż poziom poparcia dla pozostania w Zjednoczonym Królestwie (53%), przy czym interesy Szkocji – a przede wszystkim bazowe żądanie pozostania we wspólnym rynku – zostały całkowicie zignorowane przez Westminster. Na tym etapie jasne jest, że twardy Brexit to przede wszystkim widmo rozpadu Królestwa.

Brexit: Referendum, które skompromitowało referenda

Podczas sesji parlamentu w dniu uruchomienia Artykułu 50 Angus Robertson, poseł Szkockiej Partii Narodowej, powiedział: „Premier May obiecała, że będzie szukała porozumienia z rządem Szkocji, Walii i Irlandii Północnej, zanim uruchomi artykuł 50. A jednak premier uruchomiła go nie czekając na porozumienie. NIE MA żadnego porozumienia. Dlaczego premier złamała obietnicę?”. Premier May odparła: „Od początku mówiłam jasno. (…) Może przypomnę przy tej okazji panu posłowi, że Szkocja jest częścią Zjednoczonego Królestwa. Koniec tematu”.

Kolejne rządy w Westminster od lat prowadzą politykę dewolucji władzy, czyli stopniowo przekazują władzę rządom lokalnym. W 1999 roku powołano Zgromadzenie Narodowe w Walii i Parlament Szkocji, i od tamtej pory stopniowo, kilka-kilkanaście razy do roku, kolejne obszary legislacji są przesuwane do administracji lokalnych. W Szkocji poziom niezależności jest duży. Gospodarka leśna, służba zdrowia, edukacja i mieszkalnictwo – to tylko niektóre z obszarów, na które Westminster nie ma już żadnego wpływu. To, czego Szkocja zaznała od Anglików w czasie Brexitu, ta buta i chamstwo elit i decydentów, nie zostanie szybko zapomniane, a szkocka premier Nicola Sturgeon już zapowiedziała powtórkę referendum niepodległościowego.

Rozkwit życia politycznego w Szkocji, Irlandii Północnej i Walii ostatnich miesięcy to coś z innego porządku politycznego, autentyczne przebudzenie tożsamości politycznej obywateli. SNP i Plaid Cymru to obecnie najbardziej lewicowe ugrupowania w UK – manifest tej ostatniej to prawdziwy majstersztyk lewicowej narracji, która w dodatku jest dostępna w obu językach urzędowych oraz w uproszczonym angielskim. Być może rację ma Theresa May, że Brexitu nie da się już zatrzymać, ale z pewnością nie da się też zatrzymać lewicowego rozbudzenia w krajach Królestwa, które domagają się podmiotowego traktowania przez Westminster i wolnej ręki we wdrażaniu strukturalnych lewicowych reform.

Claire Fox: Jestem z lewicy i głosuję na Brexit

W czasie cotygodniowych sesji pytań do premier May trudno uniknąć wrażenia, że konserwatyści – zmęczeni, z podkrążonymi oczami, wzajemnie sprzecznymi argumentami w dyskusji – przegrywają na każdym polu z najmocniejszym głosem opozycji, czyli właśnie SNP. Linia polityczna torysów jest niespójna: wygrali wybory w 2015, kiedy premier Cameron obiecywał poparcie dla członkostwa w UE. Ich dzisiejsze zachowanie jest niekonsekwentne. SNP przeciwnie: ma jasny przekaz, klarowne żądania i gotowość walki o swoje obietnice wyborcze. Wygra, bo gra czysto.

Jeśli faktycznie dojdzie do wyborów w tak ekspresowym trybie i w czerwcu Brytyjczycy pójdą do urn – rezultat tego plebiscytu nie jest wcale taki pewny. Torysi są wciąż silni słabością największej opozycji, czyli Partii Pracy. I choć wpędzili kraj w najgorszy kryzys konstytucyjny od dekad, to nie jest wykluczone, że ujdzie im to na sucho. Przy obowiązującym w UK systemie większości względnej, obecne poparcie na poziomie 42% oznaczałoby dla torysów olbrzymią większość w izbie gmin. Są więc dwa możliwe scenariusze: torysi albo utrzymają obecne poparcie i powtórzą kurs na „twardy Brexit” (przy okazji tracąc też część własnych elit), albo zostaną zmuszeni do modyfikacji kursu poprzez dwie proeuropejskie siły w Westminster – SNP i LibDems. Inercja Labour i Jeremy’ego Corbyna wróży tragicznie: dwa miesiące to za mało czasu na polityczną odnowę. I premier May w oczywisty sposób próbuje tę słabość laburzystów wykorzystać.

Ostatnie miesiące i dynamika poparcia dla lewicowych i proeuropejskich sił na Wyspach Brytyjskich pokazują dobitnie, że konsekwencja ideowa to solidny fundament i dobra polisa na robienie polityki. SNP rośnie i proponuje – na miarę obecnych możliwości legislacyjnych – bardzo progresywne rozwiązania. Desperackie działania May są zaś próbą oczyszczenia partii przez bezprecedensową radykalizację kursu; i nie można wykluczyć, że ta operacja się powiedzie.

Jeśli Westminster umocni się w obecnej arogancji, zatrzyma dewolucję i wyprze wartości, które od ćwierć wieku wyznaczały kurs polityki wewnętrznej, zamiast rzekomej „zgody” należy spodziewać się regularnej politycznej wojny między Westminsterem a pozostałymi obszarami UK, które coraz głośniej domagają się autonomii politycznej, a także coraz częściej zdecydowanych, lewicowych reform.

**
Kinga Stańczuk, historyczka idei, pełnomocniczka Partii Razem ds. zagranicznych.

 

10 rzeczy, które możesz zrobić, żeby utrudnić jej Brexit

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

"... Wyjaśnijmy kilka rzeczy – nie lud, tylko 72% uprawnionych do głosowania, i nie „przemówił”, tylko podzielił się niemal po połowie. W Szkocji poparcie dla pozostania w UE (62%) było wyższe niż poziom poparcia dla pozostania w Zjednoczonym Królestwie (53%)..."

Nie. To nie jest wyjaśnienie. To jest droga donikąd. W ten sposób można zanegować każde wybory, wszystkie referenda i na koniec stwierdzić, że w ogóle pytanie ludu o zdanie nie jest potrzebne do niczego w demokracji, ponieważ i tak nie ma znaczenia, bo nigdy nie osiągnie się jednomyślności.

kto ci powiedzial ze demokracja to pytanie sie wladzy o zdanie ludu przy kazdej decyzji? co za nieporozumienie. Demokraja to demokratycznie wybrany rzad i parlament, ktorzy potem ze swoim mandatem spolecznym podejmuja wazne decyzje.
nagminne Referenda wypaczaja idea demokracji
, to co tu nazywasz demokracja, jest blizsze anarchii.
i tak-warto przypominac ze brexit glownie wygral dzieki glosa zawsze slabej walii i kilku biednych i zakompleksionych hrabstw w anglii. reszta 'zjednoczonego krolestwa' (irlandia, szkocja, stolica) byla przeciwna.

Krzysztof Mazur

Labour Party miało okazję pokonać Torysów z UKiPem w referendum, ale wybrało sobie putinistę Corbyna i przespało sprawę (nasz Korwin też lubi Putina). Teraz Liberałowie mają szansę wyeliminować Labour jednocześnie spychając Torysów na pozycje nacjonalistyczne (sami się tam spychają, więc to nie powinno być trudne), zobaczymy jak sobie poradzą. A Szkoci? Też mogli wygrać referendum przy pomocy wyższej frekwencji. Sami 'zdecydowanych, lewicowych reform' nie wprowadzą, bo Szkocja bez Anglii jest za biedna na rozdawnictwo cudzych pieniędzy. Jeśli Szkoci się usamodzielnią mają szansę w przyszłości wstąpić do UE bez Anglii. A wcześniej mogą razem z Liberałami pokonać Torysów w któryś wyborach i zmienić kierunek UK. PS. Thatcher mówiła, że referenda to 'narzędzie demagogów i dyktatorów' i to się sprawdziło, nie?

Referenda narzędziem dyktatorów? Równie dobrze można to powiedzieć o autostradach, bo Hitler dużo ich zbudował. To, że referenda są nadużywane przez polityków by wyłudzić poparcie dla siebie powinno skreślać polityków, nie referenda. Gdyby demokracja przedstawicielska działała bez szwanku, rzeczywiście referenda nie byłyby potrzebne. Używane z umiarem i nie przeciw komuś są potrzebne. Najwięcej przeciw referendom gardłują partie władzy.

Najpierw przypomnijmy, co jest realną przyczyną Brexitu. Jest nim nieumiarkowanie Brukseli/Merkel ws. uchodźców. Gdyby choć trochę podchodzili do sprawy mniej ideologicznie i byli gotowi przyjąć 50% wszystkich chętnych (na co i tak poszli, ale dopiero gdy zderzyli się z rzeczywistością zlecając brudną robotę Turcji), ta niewielka większość Brytyjczyków, która przesądziła o wyniku zagłosowałaby inaczej. Tymczasem obserwując "entuzjazm" eurokratów do przyjmowania uchodźców część Brytyjczyków zorientowała się, że ci ludzie nie są gotowi na żadne, nawet umiarkowane kompromisy, a każdy kto nie podziela ich opinii ten wróg Europy. Ta niewielka część głosujących gotowa jednak na jakiś kompromis, ale nie na bezwarunkowe przyjęcie dyktatu Brukseli zobaczyła, że nie ma wyjścia i zagłosowali niechętnie przeciw UE. Po co to przypominam, skoro mleko już się wylało? Otóż dlatego, że nauka idzie w las. Autorka uderza w te same ideologiczne tony, które właśnie zagłuszają zdrowy rozsądek.

Kilka myśli 😉

>>„Koszt wyjścia nie gra roli” – tak brzmi radykalna linia, która nawet dla zwolenników premier Thatcher jest trudna do przełknięcia.<<

Czy to miała być Thatcher czy May? I jeśli Thatcher, to czy nie warto by wyjaśnić w tekście, choćby i krótko, skąd nam ona w 2017 roku nawiedza Brexit? (To wcale nie takie oczywiste, argumenty, że Thatcher by była zwolenniczką Brexitu w obecnej sytuacji i na obecnych warunkach [czy raczej ich braku!] to jednak interpretacje, nie fakty, plus: kim są zwolennicy Thatcher w rządzie May?).

Argumenty o "lewicowym przebudzeniu" Szkocji i Walii są moim zdaniem nieco naciągane pod tezę, bo te regiony historycznie od dawna głosowały na lewicę i były jej opoką (północ UK w ogóle). Nie ma wątpliwości, że Szkocja niepodległa byłaby lewicowa, nawet gdyby poszli w stronę proporcjonalnej reprezentacji (kraj, który do głosowania za niepodległością przekonywał argumentami na temat żłobków / opieki nad dziećmi!), straszniejsze, że mniej już Zjednoczone Królestwo bez szkockiego hamulca z dużym prawdopodobieństwem skręciłoby mocno w prawo. Co do Szkocji w Unii: to bardzo ciekawa kwestia, ale też wątpliwa. Czy np. Hiszpania by się zgodziła? Przy referendum o niepodległość obiecywała wetować akces. Może Brexit zmieniłby podejście, a może nie (może coś na ten temat oficjalnie mówiła i nie wiem). Co do rosnącego SNP: warto pamiętać, że granica rośnięcia SNP jest geograficzna i SNP już ją prawie osiągnęło (brakowało im ilu, trzech okręgów?). By iść dalej konieczny jest sojusz, a Labour Corbyna to słaby sojusznik, zaś Plaid Cymru ma w Parlamencie UK znaczenie marginalne, bo i Walia jest niewielka i okręgów ma niewiele.

Szkoda, że nie ma ciut więcej na temat sytuacji w również małej ale za to potencjalnie bardzo przez Brexit podkopanej Irlandii Płn (która nota bene też ma swoje Zgromadzenie, na którego rzecz powoli dochodzi do dewolucji). Bo tam to dopiero Brexit zafunduje bałagan: po tak długim czasie relatywnego spokoju (w porównaniu z tym, co się działo do lat 90-tych włącznie), dobrym sąsiedzkim funkcjonowaniu z Republiką, Irlandia-wyspa znowu miałaby się głębiej podzielić, zafundować sobie granicę. To koszty, to dezorganizacja codziennego życia, to masa utrudnień, to woda na młyn dla separatystów (którzy w odróżnieniu od Szkocji mieli trochę inne metody działania).

Jakos lyso te przewidywania wygladaja po sukcesie Corbyna 🙂

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!