UE

Popkiewicz: Dlaczego UE odchodzi od paliw kopalnych?

I dlaczego Polska jest hamulcowym tej transformacji.

Na spotkaniu w dniach 23-24.10 Unia Europejska może przyjąć plan dalszej redukcji spalania paliw kopalnych o 40% do 2030 roku, zwiększenia udziału Odnawialnych Źródeł Enegrgii (OZE) (na stole są propozycje 27-30%) oraz polepszenia efektywności energetycznej. Nasz rząd (jak zwykle) grozi wetem.

 

Inspiracją dla powstania artykułu była moja rozmowa w radiu Tok FM z Pawłem Sulikiem. Uświadomiłem sobie, że nigdzie nie widziałem satysfakcjonującego mnie podsumowania argumentów za przyjęciem przez Polskę polityki klimatyczno-energetycznej Unii Europejskiej, bazującej na Mapie Drogowej 2050 (upraszczając – ograniczenie zużycia paliw kopalnych o 80% do 2050 roku). Robiąc na własne potrzeby taką listę, aż się zdziwiłem, jak wiele argumentów za przyjęciem tego celu przemawia. Postanowiłem je spisać – mam nadzieję, że przydadzą się też innym w argumentacji w mediach i rozmowach ze znajomymi i rodziną. Napiszę to tak krótko, jak to możliwe (choć nie krócej).

 

 

Dlaczego Europa chce odchodzić od paliw kopalnych?

 

Europa zdaje sobie sprawę, że koniec epoki paliw kopalnych jest coraz bliżej. Ropa, węgiel i gaz zapewniają światu blisko 90% energii, ich światowe zużycie błyskawicznie rośnie, podwajając się co mniej więcej ćwierć wieku, a złóż bynajmniej nie przybywa. Pogoń za nowymi złożami staje się coraz trudniejsza i bardziej kosztowna (same koszty inwestycji w wydobycie ropy rosną o ponad 10% rocznie). Gdyby nie rewolucja łupkowa w USA, obecne światowe wydobycie ropy byłoby na poziomie niższym niż dekadę temu. Tymczasem szczyt wydobycia ropy łupkowej w USA jest prognozowany w przeciągu zaledwie kilku najbliższych lat, co może oznaczać ostateczne osiągniecie światowego szczytu wydobycia ropy. Światowe wydobycie gazu może jeszcze rosnąć do lat 20., 30., a może nawet 40. Wydobycie węgla być może będzie rosnąć jeszcze dłużej, choć apetyt surowcowy Chin, Indii i innych krajów rozwijających będzie wywierał coraz większe ciśnienie popytowe.

 

O ile w latach 80. XX wieku rezerwy węgla były szacowane na pół tysiąca lat, to na początku XXI wieku już tylko na 250 lat, a obecnie na niewiele ponad stulecie.

 

Oczywiście na świecie są jeszcze liczne złoża taniego węgla wydobywanego metodą odkrywkową, co tylko uwypukla szybko rosnący koszt wydobycia z naszych polskich złóż głębinowych (ale o tym za chwilę).

 

Europa wie, że jako region o wysokim zużyciu energii i pozbawiony dużych własnych złóż znajduje się „na pierwszej linii ryzyka”. Sam import ropy kosztuje kraje Unii Europejskiej ponad miliard dolarów dziennie, dochodzą do tego też koszty importu gazu i węgla. Zagrożone jest bezpieczeństwo finansowe i energetyczne, uzależnienie od importu nośników energetycznych pogarsza też sytuację geopolityczną Europy. Jest to szczególnie ewidentne w kwestii dostaw gazu i używaniu przez Władimira Putina „gazrurki” jako środka wywierania presji na kraje UE. Na razie przez kolejne kilka lat Rosja będzie uzależniona od dochodów ze sprzedaży ropy i gazu do Europy, jednak w miarę uruchamiania przez Rosję eksportu do Chin, Indii i innych krajów Azji, Europa będzie coraz bardziej wystawiona na ryzyko.

 

Naszą zależnością od krajów naftowych wspieramy reżimy totalitarne. Kiedy pieniądze wydobywa się „z dziury w ziemi”, elity nie potrzebują istnienia wykształconej i przedsiębiorczej klasy średniej, lecz podporządkowanego społeczeństwa, które nie będzie wnikać, do kogo trafiają pieniądze ze sprzedaży ropy i gazu. To powszechnie znane „przekleństwo surowcowe”. Im bardziej kraje demokratyczne uzależnione są od importu nośników energetycznych, tym silniejsza jest pozycja autokratycznych władców i oligarchów.

 

Międzynarodowa Agencja Energii jednoznacznie popiera wiążący cel OZE, podkreślając, że to nie tylko kwestia bezpieczeństwa energetycznego czy ochrony klimatu, ale też inwestycje, które na siebie zarobią – na wiele sposobów: od spadku wydatków na zakup paliw, przez poprawę stanu środowiska i zdrowia mieszkańców aż po nowe lokalne miejsca pracy. MAE wtóruje też MFW, rekomendując inwestycje w przyszłościową infrastrukturę. W świecie narastających nierówności i rosnącego ryzyka ubóstwa energetycznego priorytetowe traktowanie radykalnej poprawy efektywności energetycznej i prosumenckich źródeł energii jest najlepszą receptą na te problemy.

 

 

Europa na drodze do gospodarki niskoemisyjnej

 

Nie bez powodu Komisja Europejska zaproponowała, by cel udziału OZE w miksie energetycznym na 2030 rok podnieść z 27% do 30%. Wg prognozy firmy konsultingowej Ecofys zwiększenie celu udziału OZE do 30% wraz z wiążącym celem redukcji emisji CO2 o 40% pozwoli na ograniczenie importu rosyjskiego gazu o 30% w porównaniu do sytuacji biznes-jak-zwykle, a podniesienie unijnego celu OZE z 27 do 30% przełoży się na powstanie w europejskiej gospodarce dodatkowych ponad pół miliona miejsc pracy i oszczędzenie 260 mld euro na imporcie paliw kopalnych, a także pozwoli na zredukowanie importu gazu o 26%, a nie o 9% jak w przypadku celu 27-procentowego.

 

W niskoenergetyczną infrastrukturę i odnawialne źródła energii inwestują nie tylko Skandynawowie czy Niemcy, którzy z wiatru, słońca, biogazu i wody wytwarzają już tyle prądu, ile my w Polsce w ogóle zużywamy. W odnawialne źródła energii intensywnie inwestują też kraje południa Europy – Hiszpania, Włochy, Grecja. Nawet podawana za atomowy przykład Francja, z emisjami na osobę znacznie poniżej polskich (o której premier Kopacz mówi: „Oni nie mają kłopotów z emisją CO2”) planuje spadek emisji gazów cieplarnianych do 2030 o 40%, a do 2050 roku o 75%; redukcję energii do 2050 roku o 50%; spadek zużycia paliw kopalnych do 2030 roku o 30% i wzrost udziału OZE w miksie energetycznym do 32%. Owszem, tu chodzi nie tylko o środowisko i ochronę klimatu – w Niemczech jest już blisko 500 tysięcy miejsc pracy w sektorze odnawialnych źródeł energii i efektywności energetycznej. Inni też chcą iść drogą tworzenia lokalnych miejsc pracy w sektorach przyszłości. Europa staje się jednym wielkim placem budowy odnawialnych źródeł energii.

 

 

Hamulcowy transformacji

 

Tymczasem Polska nalega na forum europejskim, żeby uruchomić węglowy plac budowy. Postuluje też, żeby w imię solidarności wspólnie kupować gaz. Europa patrzy się zdziwiona. Wracać z systemem energetycznym do paliwa rodem z XIX wieku? Najbrudniejszego? Najbardziej szkodliwego zdrowotnie i środowiskowo? I kto tu mówi o solidarności? Czyżby ten kraj, który już trzykrotnie wetował wspólne stanowisko pozostałych krajów Unii? Takie numery nie przechodzą nawet w podstawówce – jeśli jakiś uczeń „sabotuje” ustalenia wszystkich pozostałych, a później domaga się od innych solidarności, raczej nie spotka się ze zrozumieniem.

 

W Europie dyskutuje się, czy warto przyjąć cel udziału OZE w miksie energetycznym do 2030 roku na 30% czy tylko na 27%. Nasz rząd nawet 27% udział OZE uważa za nieosiągalny. Może dlatego, że ostatnie kilkanaście lat przespaliśmy. Wciąż słychać argumentację naszego rządu, że „my już swoje zrobiliśmy”, od końca lat 80. XX wieku ograniczając emisje dwutlenku węgla o 30%. Owszem, ograniczyliśmy, ale… cały spadek emisji miał miejsce w XX wieku. Od tego czasu emisje już nie spadały, a wręcz rosły. Jak długo będziemy się chwalić tym, co ćwierć wieku temu zrobiło poprzednie pokolenie i uzasadniać tym swoją obecną obstrukcję? Kolejne 10 lat? 20 lat? Cały XXI wiek?

 

 

Węglowa przyszłość Polski?

 

Stwierdzenie pani premier: „Będę się biła o to, żeby ceny energii elektrycznej w Polsce nie wzrosły”, po tym jak rząd robi wszystko, żeby zmusić obywateli i elektrownie do kupowania drogiego węgla niskiej jakości ze śląskich kopalń, blokując im dostęp do tańszego i lepszego węgla z importu, zakrawa na żart.

 

Polski węgiel już tani nie będzie. Kiedyś mieliśmy bogate złoża węgla, ale już je wyeksploatowaliśmy i teraz trzeba kopać głębiej i sięgać po złoża coraz gorszej jakości i kosztowniejsze w eksploatacji.

 

Węgiel z większości śląskich kopalń jest tak drogi, że taniej jest dowieźć przed bramę kopalni (lepszy) węgiel z USA, Rosji czy Australii. A wszystko to pomimo oszczędzania na inwestycjach (ewentualne nadwyżki wypracowane przez nieliczne rentowne kopalnie – w Kompanii Węglowej obecnie 3 z 15, są przeznaczane na utrzymanie przy życiu pozostałych nierentownych kopalni) i bezpieczeństwie pracy (o czym przypomniał ostatni wybuch metanu w kopalni Mysłowice-Wesoła i raporty górników, że czujniki metanu, aby ich alarmy nie przeszkadzały w pracy, celowo były wieszane pod nawiewem świeżego powietrza). A nawet pomimo potężnych dotacji do górnictwa – w ostatnim ćwierćwieczu w wysokości 170 mld złotych bezpośrednio i ignorowaniu kosztów zewnętrznych (czyli zdrowej zasady „zanieczyszczający płaci”) w wysokości 400-700 mld zł. Koncernom węglowym zalegają na hałdach miliony ton niechcianego przez rynek węgla, długi rosną (zadłużenie naszych koncernów węglowych to już 13 mld zł).

 

Biorąc pod uwagę, że płace to 60% całości kosztów, można by je oczywiście zmniejszyć, ograniczając zatrudnienie i pensje, wywindowane kilka lat temu podczas okresu rekordowo wysokich cen węgla. Nie zgadzają się na to jednak górnicze związki zawodowe, nie dopuszczając nawet myśli o redukcjach zatrudnienia i pensji, bijąc się też o utrzymanie „trzynastek”, „czternastek”, piórnikowego, dopłat do dojazdów, deputatów i innych bonusów (oczywiście praca górnika dołowego jest pracą bardzo ciężką i niebezpieczną i trudno oczekiwać, by ktoś chciał ją wykonywać za 2000 brutto). No i oczywiście łożenia na (niegenerujących dochodów) związkowców (których utrzymanie w samej Kompanii Węglowej kosztuje ponad 40 mln zł rocznie).

 

Swoją drogą tak czy inaczej trudno wyobrazić sobie, jak wydobywająca metodą ścianową na głębokości ponad 1000 metrów kopalnia na Śląsku (o kosztach wydobycia ponad 100 dolarów za tonę) ma konkurować z kopalnią odkrywkową w Australii czy Kazachstanie, w której węgiel wydobywa koparka i nakłada od razu na ciężarówkę (z kosztem wydobycia poniżej 20 dolarów za tonę).

 

Próby utrzymania status quo są skazane na niepowodzenie. Można oczywiście zamiatać problem pod dywan, dotując (w sposób ukryty przed społeczeństwem i Unią Europejską) nierentowne kopalnie pieniędzmi podatników. Jednak czy taki „tani prąd” z węgla jest rzeczywiście tani dla społeczeństwa?

 

Rząd zadaje złe pytanie: „Jak utrzymać miejsca pracy w nierentownych kopalniach?”. Tymczasem właściwe pytanie powinno brzmieć: „Jak zapewnić przyszłościowe miejsca pracy na Śląsku?”.

 

Zamiast co roku topić miliardy podatników w utrzymaniu gałęzi przemysłu z minionej epoki (i mówimy tu o dwucyfrowej liczbie miliardów, a „1” raczej nie jest tu pierwszą cyfrą), należałoby skierować te pieniądze na tworzenie innowacyjnych, czystych i bezpiecznych miejsc pracy. Możemy stworzyć setki tysięcy miejsc pracy (dla porównania, w górnictwie pracuje ok. 100 tysięcy osób) przy termomodernizacji budynków, rozbudowie systemów grzewczych (bo przecież społeczeństwo nie potrzebuje węgla, tylko tego, żeby w domu było ciepło, a można to uzyskać w zupełnie inny sposób), w fabrykach i przy instalacji solarów, paneli słonecznych, biogazowni (i dostarczaniu substratów do nich), farm wiatrowych, rozbudowie niskoenergetycznego transportu itp.

 

Mówi się też dużo o węglu brunatnym jako o przyszłości naszej energetyki. To niestety najbrudniejszy i najbardziej destrukcyjny społecznie rodzaj węgla. Nasz demokratyczny rząd przymierza się do stworzenia specustawy i wysiedlenia dziesiątek tysięcy ludzi pod odkrywkę węgla brunatnego spod Legnicy, Gubina czy Głogowa, choć nawet w czasach rządów komunistów, dla których betonizacja kraju i dymiący komin fabryczny na każdym rogu były synonimem postępu, eksploatację tych złóż uznano za zbyt szkodliwą i bezsensowną. To złoża o małej grubości (co oznacza, że aby wydobyć określoną ilość węgla trzeba rozkopać wielki obszar), niskiej jakości, położone w gęsto zaludnionych terenach. Nie wysiedlimy oczywiście mieszkańców wspomnianych miejscowości – byłoby to zbyt kontrowersyjne społecznie, a odszkodowania sięgnęłyby zaporowych kwot, ale ich mieszkańcy zamiast pól, sadów, jezior i lasów mieliby za miastem ciągnącą się setkami kilometrów kwadratowych pylącą odkrywkę.

 

 

Interesy kompleksu energetycznego

 

Ale być może rząd stara się utrzymać „wielki węgiel” z innych względów – nie działając na rzecz dobra społecznego, lecz korzyści kompleksu energetycznego? Dlaczego promowane są węgiel kamienny, węgiel brunatny, gaz łupkowy i energetyka jądrowa, a wszystkimi sposobami blokowane są lokalne, prosumenckie źródła energii i wysokie standardy efektywności energetycznej?

 

Ponieważ te pierwsze zapewniają monopol koncernów energetycznych (i posady dla polityków), a te drugie są z natury obywatelskie i niekontrolowalne przez władzę.

 

O dzieleniu skóry na łupkowym niedźwiedziu, który coraz bardziej zaczyna wyglądać na wyleniałego pluszowego misia, pisaliśmy wielokrotnie. Podsumowując krótko: gaz nam się ulatnia. I może to dobrze.

 

Atom energią przyszłości? Udział atomu w światowym miksie energetycznym gwałtownie spada. Jest tego wiele przyczyn: uświadomienie sobie po Fukushimie ryzyk eksploatacji, eksplozja kosztów budowy (zwykle o czynnik 3 względem pierwszych szacunków) i likwidacji, ryzyko proliferacji broni jądrowej i in. Rezultatem jest to, że wiele krajów posiadających reaktory szykuje się do ich zamknięcia, a jedynym krajem, nieposiadającym wcześniej energetyki jądrowej, który w XXI wieku rozpoczął budowę reaktorów jest Iran. Dołączymy do niego? Wyślemy za granicę ponad 100 miliardów dolarów, stworzymy mikroskopijną liczbę miejsc pracy i wstawimy w system energetyczny wielkie nieelastyczne źródła energii blokujące rozwój odnawialnych źródeł energii (a może o to też chodzi?)?

 

Formalnie rzecz biorąc, nasz rząd wspiera zieloną energię, przeznaczając na nią ciężkie miliardy. Czy środki te służą rozwojowi nowych innowacyjnych technologii? Połowę kwoty wsparcia dostały elektrownie węglowe, współspalające biomasę. To niesłużący niczemu (poza zarabianiem pieniędzy przez politycznie umocowane koncerny energetyczne) kompletny idiotyzm: pozbawiony sensu energetycznego (spalanie często mokrego, dowożonego z daleka drewna), innowacyjno-technologicznego (to prymitywna technologia, na podstawie której nasza gospodarka nie wypracuje żadnych nowych technologii) i prowadzący do erozji gleb (biomasa po współspaleniu z węglem zawierającym siarkę, metale ciężkie itp. może trafić już tylko na hałdy, a zawarta w niej materia organiczna, ze wszystkimi minerałami, nie wróci już na pola, przyspieszając ich jałowienie). Kolejną 1/4 kwoty wsparcia dostały dawno już zamortyzowane stare elektrownie wodne (Włocławek, Solina itp.). Ostatnie 1/4 dostały wielkie farmy wiatrowe, niepłacące licznych kosztów zewnętrznych (budowa sieci, moce rezerwowe). Na nowe, wymagające wsparcia innowacyjne rozwiązania, w oparciu o które mogłyby powstać nowe miejsca pracy i koła zamachowe polskiej gospodarki (mikrobiogazownie, elektronika sieci inteligentnej, technologie energooszczędne w budownictwie, nowoczesny transport …) zostały już tylko drobne.

 

Przy okazji wspieranie w ten sposób stojących węglem wielkich koncernów energetycznych może „dorabiać mordę” energetyce odnawialnej – pokazując, jak wiele pieniędzy podatników w nią wkłada i jak bardzo nie widać tego efektów.

 

Nie jest to zresztą tylko polska bolączka. W wielu krajach słychać głośne narzekania (płynące głównie od koncernów energetycznych), że inwestycje w odnawialne źródła energii powodują niesprawiedliwe obciążenie podatników. Polskie koncerny pochylają się z troską nad wynikającą z dopłat do OZE ciężką dolą babci z Nowego Sącza. Aż łza się w oku kręci, jacy to dobrzy ludzie w tych koncernach są. No bo przecież na pewno nie chodzi im o ich własny interes, prawda? Dotacje do OZE w skali świata idą w dziesiątki miliardów dolarów rocznie. Jak zauważa MAE, dopłaty do paliw kopalnych w setki miliardów dolarów rocznie, a po doliczeniu dotacji, przyznawanych producentom paliw w postaci np. ulg podatkowych, to już tysiące miliardów dolarów rocznie. Po doliczeniu kosztów zewnętrznych paliw kopalnych do rachunku dochodzą kolejne tysiące miliardów dolarów.

 

Efektywność energetyczna też jest przez rząd niemile widziana. Po pierwsze zmniejszyłoby to zapotrzebowanie na węgiel ze śląskich kopalń (Halo! Czy ktoś zauważył, że w „Składach węgla” leży tańszy i lepszy węgiel z importu?). Po drugie Ministerstwo Finansów otwarcie mówi, że wysoka efektywność energetyczna jest mu nie na rękę, bo chce mieć jak największe wpływy z akcyzy ze sprzedaży paliw. Logika ta miałaby sens, gdyby minister finansów prowadził firmę mającą maksymalizować swoje dochody. Ale tak nie jest: budżet państwa to nie budżet firmy ministra finansów czy premiera, lecz wspólny „worek” obywateli, do którego zrzucamy się, aby mieć pieniądze na cele uważane przez społeczeństwo za zasługujące na finansowanie (opieka zdrowotna, policja, wojsko, szkolnictwo, …).

 

Importujemy ropę, gaz i węgiel, płacąc za to corocznie ponad 80 miliardów złotych. Każda dodatkowa tona ropy, gazu czy węgla oznacza więcej pieniędzy wysłanych za granicę, głównie do kremlowskich oligarchów.

 

Patrząc na to z tej szerszej perspektywy, uświadamiamy sobie, że polską racją stanu powinno być zmniejszanie zużycia paliw kopalnych a nie pompowanie ich zużycia i importu. Jak zauważył Waldemar Pawlak: „Ci, którzy są przeciwko energii odnawialnej, są poniekąd koalicjantami Gazpromu”. Po czyjej stronie tak naprawdę stoi polski rząd: Polaków czy Gazpromu?

 

 

Dlaczego to my mamy coś robić ze zmianą klimatu?

 

Na razie jeszcze ani słowa nie było o zmianie klimatu. Jeśli chcemy, by wzrost temperatury nie przekroczył progu bezpieczeństwa +2°C względem poziomu z epoki przedprzemysłowej, to możemy spalić co najwyżej połowę tego, co dotychczas spaliliśmy. Oznacza to konieczność spadku emisji dwutlenku węgla (a więc ilości spalanych paliw kopalnych) o 7% rocznie. Jest to tak wielkie wyzwanie, że prawdopodobnie próg bezpieczeństwa przekroczymy. Jednak im mniej go przekroczymy, tym lepiej – zarówno z punktu widzenia ocieplenia klimatu, jak i zakwaszania oceanów i toksycznego oddziaływania podwyższonych stężeń CO2 na nasz układ nerwowy. Jak na razie emisje rosną o blisko 3% rocznie, co prowadzi nas prostą drogą do wzrostu temperatury o 5°C do końca stulecia i znacznie więcej w kolejnym. Regularnie padają kolejne rekordy: emisje dwutlenku węgla w 2014 roku przekroczyły poziom 10 GtC, stężenie CO2 w atmosferze przekracza 400 ppm, sięgając tym samym poziomów niespotykanych od wielu milionów lat.

 

Po najcieplejszej wiośnie i lecie w historii pomiarów mieliśmy najcieplejszy na świecie wrzesień w historii. Naukowcy informują, że lądolód Antarktydy Zachodniej przekroczył punkt, za którym jego rozpadu nie da się już powstrzymać. Może to i nic zaskakującego – ostatni raz, kiedy w atmosferze było tyle gazów cieplarnianych, poziom oceanów był wyższy o 30 metrów. Na mapach suszy Kalifornia wygląda jak jedna wielka brązowa plama. Po rekordowej suszy w Syrii w latach 2007-2008, która wypędziła z wiosek do miast setki tysięcy rodzin, sytuacja wciąż się nie ustabilizowała, a rozpoczęty wtedy konflikt grozi destabilizacją całego Bliskiego Wschodu. Rośnie temperatura i kwasowość oceanów – kwasowa woda zaczyna rozpuszczać muszle małży, zmuszając do zamykania i przenoszenia ich hodowli, a zajmujący się rafami koralowymi biolodzy morscy stwierdzają, że w zasadzie to są one już skazane na zagładę. A to dopiero początek powodowanej przez nas zmiany klimatu.

 

Dlaczego to na nas, Cywilizacji Zachodu, spoczywa ciężar podjęcia działań, a nie na Chińczykach, Hindusach czy Afrykańczykach? To my stworzyliśmy ten problem i wysokoenergetyczny model życia, rozpowszechniając go też na całym świecie. Nasza odpowiedzialność jest szczególnie duża: w zmianie klimatu liczy się nie obecne tempo emisji, lecz sumaryczna ilość wpompowanych w historii do atmosfery gazów cieplarnianych. Na Europejczyków i Amerykanów przypadają emisje rządu 1000 ton na osobę, na Chińczyków czy Hindusów o rząd wielkości mniej. Jest to też kwestia sprawiedliwości. Paliwa kopalne spalają przede wszystkim społeczeństwa bogatych krajów leżących w umiarkowanej strefie klimatycznej. Konsekwencje zmiany klimatu ponoszą przede wszystkim mieszkańcy biednych krajów położonych w ciepłej strefie klimatycznej.

 

Jeśli uznać etyczną zasadę „zanieczyszczający płaci”, odpowiedzialność leży po stronie tych pierwszych – czyli nas. Jeśli przyjąć postawę obojętnego na los innych socjopaty, odpowiedzialność tę należy zignorować. Czy w naszym rządzie są ludzie etyczni czy socjopaci?

 

Koniec końców to my mamy środki, by stworzyć rozwiązania. Kto ma je rozwijać jak nie my? Hindusi? Afrykanie? Chińczycy (których emisje rosną, obecnie już do poziomu europejskiego), też powinni dołączyć do budowy nowego systemu energetycznego. Zresztą już dziś Chiny są największym producentem i rynkiem OZE. Można narzekać, że Stany Zjednoczone nie robią dla ochrony klimatu tyle, co Europa. To prawda – siedzący w kieszeni koncernów paliw kopalnych republikanie blokują działania, ale nie znaczy to, że Stany Zjednoczone nie robią nic. Planowane w Polsce elektrownie węglowe (np. w Opolu czy Elektrownia Północ) nie miałyby szans powstać w USA, bo nie spełniałyby amerykańskich norm emisyjności. Koniec końców, nowe niskoemisyjne technologie nie wymyślą i nie wdrożą się same. Same z siebie nie osiągną efektu skali, dojrzałości technologicznej, dostępności i opłacalności wielkoskalowego wdrożenia. Jeśli wszyscy będziemy oglądać się na innych, mówiąc, że weźmiemy się za działania, gdy zrobią to już wszyscy inni (podpowiedź: oni mogą myśleć podobnie), to nie wejdziemy w posiadanie alternatyw dla paliw kopalnych, zanim nasz system energetyczny i gospodarczy nie złoży się pod presją Granic Wzrostu – drożejącej i coraz trudniej dostępnej energii i innych zasobów, kryzysów środowiskowych, klimatycznych, żywnościowych i społecznych.

 

Obecnie wszyscy na świecie naśladują model życia wymyślony i wdrożony przez kraje Zachodu. Potrzebny jest alternatywny nowy model systemu energetycznego, gospodarki, a nawet samego rozwoju.

 

Aby dokonać rewolucji energetycznej potrzebne są decyzje strategiczne, ramy prawne, zmiany norm technicznych, opodatkowanie emisji gazów cieplarnianych i innych kosztów zewnętrznych zgodnie z zasadą „zanieczyszczający płaci” (bo obecnie traktowanie atmosfery jak bezpłatnego i otwartego dla rur wydechowych i kominów śmietnika jest normą). Przewidywalne i stabilna polityka transformacji energetycznej jest potrzebna, także biznesowi. Jeśli nawet opłaty za zrzucanie do atmosfery zanieczyszczeń będą rosnąć od niskiego poziomu i powoli, lecz konsekwentnie, to inwestorzy będą wiedzieli, że zbudowane dziś elektrownia węglowa za kilkanaście lat będzie potwornie droga w eksploatacji – będą więc woleli budować system oparty o alternatywne źródła energii.

 

Im więcej chcemy paliw kopalnych, tym więcej kosztuje ich wydobycie. Im więcej budujemy instalacji słonecznych czy wiatrowych, tym bardziej spada ich cena. Kiedy prąd ze słońca stanie się tańszy niż z węgla, jakie elektrownie będą budować Hindusi, Chińczycy czy Afrykańczycy?

 

 

Wizja przyszłości

 

Owszem, transformacja systemu energetycznego będzie kosztować dziesiątki tysięcy miliardów dolarów. Ale oznacza to też globalny rynek wart dziesiątki tysięcy miliardów dolarów. Jeśli gdzieś jest przyszłość naszej gospodarki, to nie w kopaniu coraz głębszych szybów kopalni i większych dziur w ziemi, ale w tych innowacyjnych sektorach gospodarki przyszłości. To lokalne, czyste i bezpieczne miejsca pracy, bezpieczeństwo energetyczne, likwidacja ubóstwa energetycznego, uniezależnienie od Rosji i zdrowe środowisko.

 

Te gospodarki, które uporczywie będą trzymać się paliw kopalnych, szczególnie importu ropy i gazu, w horyzoncie kilkunastu lat wystawiają się na zagrożenie wzrostem cen paliw kopalnych i utratę konkurencji względem gospodarek opartych o własne zasoby odnawialne. Transformacja do energetyki niskoemisyjnej gwarantuje trwały dostęp do własnych zrównoważonych źródeł energii i brak wrażliwości na (także natury geopolitycznej) szoki naftowe i energetyczne, a przez to stabilne i konkurencyjne warunki gospodarcze.

 

Transformacja do gospodarki niskoemisyjnej to wreszcie wielki projekt i wizja lepszej przyszłości, leżąca w jak najlepszym interesie świata, Europy i Polski. Kolejne weto naszego kraju byłoby wielkim dramatem, także dla nas Polaków i naszej przyszłości.

 

Już trzykrotnie zablokowaliśmy ustalenia pozostałych krajów Unii. Pierwszym blokującym transformację wetem sami sobie strzeliliśmy w stopę. Przeładowaliśmy i drugim wetem strzeliliśmy sobie w drugą stopę. Czas uciekał, a my kurczowo trzymaliśmy się starych rozwiązań. Trzecie weto to był strzał w kolano. Przeładowaliśmy i… czy strzelimy po raz czwarty? Czy jeśli strzelimy, to będzie to tylko strzał w nasze drugie kolano, czy już strzał w głowę, bo czasu na odchodzenie od paliw kopalnych mamy coraz mniej?

 

Oby okazało się, że za cenę finansowego wsparcia transformacji z Unii Europejskiej zdecydujemy się pójść drogą do przyszłości. Jest na to nadzieja.

 

Tekst ukazał się na stronie Ziemia na rozdrożu. Tytuł od redakcji.

 

 

Czytaj także:

Edwin Bendyk, Węgiel albo śmierć

 

***

Serwis >>WYBORY EUROPY jest współfinansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.