UE

Na co Anglii ta Europa? [rozmowa]

Samym Brexitem utopii nie zbudujemy: ani socjalistycznej, ani liberalnej – mówi aktywista londyńskiej Labour Party.

Veronika Pehe: Jakie jest oficjalne stanowisko brytyjskiej Partii Pracy w sprawie nadchodzącego referendum, w którym głosujący zdecydują, czy Wielka Brytania pozostanie w Unii Europejskiej?

Matthew White, członek Partii Pracy i aktywista kampanii „Labour IN”na rzecz pozostania Wielkiej Brytanii w UE: Na ostatniej konferencji – tej samej, która wyłoniła Jeremy’ego Corbyna jako nowego lidera ugrupowania – partia zdecydowała, że oficjalne stanowisko to pozostanie w UE.

A co ciebie skłoniło do dołączenia do partii i uczestniczenia w kampanii referendalnej?

Zapisałem się do laburzystów, żeby móc poprzeć Corbyna jako kandydata na lidera partii. Członkiem partii zostałem tuż po jego nominacji.

Co do referendum, moje osobiste stanowisko jest takie, że swoboda przemieszczania się w UE jest niesłychanie ważną zasadą. To podstawa mojego życia, korzystam z tego przywileju, moją sieć znajomych i kontaktów zawdzięczam temu, że i ja, i moi przyjaciele oraz bliscy możemy swobodnie poruszać się w granicach Europy. Każdy ruch, który ograniczy tę swobodę, zaszkodzi bezpośrednio mnie i ludziom wokół.

Ale jest też perspektywa historyczna, coś, czego nie podkreśla się moim zdaniem wystarczająco w brytyjskiej dyskusji wokół referendum. Europejskie narody wielokrotnie prowadziły między sobą wojny. Dziś mówimy: „no tak, UE powstała, by zapobiec konfliktom na kontynencie, ale dziś i tak by do wojny nie doszło, więc UE jest zbędna”. „Pomysł, że będzie zaraz wojna z Niemcami, jest niedorzeczny” – powiedzą. A ja myślę, że kolejną wojnę możemy dzisiaj uważać za niemożliwą właśnie dlatego, że mamy konwencje, które połączyły państwa Europy. Naiwnie jest sądzić, że gdy UE się rozpadnie, to relacje między państwami nie zaczną się znów pogarszać. Powinniśmy cenić to, co mamy.

Jakie argumenty za pozostaniem w UE podnosi Partia Pracy?

Kampania „Labour IN” ma trzy podstawowe wątki: prawa pracownicze i stabilność pracy zależą od pozostania w UE; Brexit spowoduje utratę największego rynku eksportowego Wielkiej Brytanii; Wielka Brytania jest w UE po prostu bezpieczniejsza.

Jak więc różni się ten zestaw argumentów od tego, co przedstawia Partia Konserwatywna, która oficjalnie też jest za pozostaniem w UE?

Po pierwsze, chciałbym jednak podkreślić, że Partia Konserwatywna wcale nie ma swojego zdania na temat Brexitu. Premier David Cameron pozwolił swoim posłom i ministrom brać udział zarówno w kampanii „przeciw”, jak i „za”. Inna główna organizacja prowadząca kampanię „za”, czyli Britain Stronger in Europe, jest ponadpartyjna. Niełatwo wykazać zasadnicze różnice [między tym, co mówi Partia Pracy] z kampanią Britain Stronger In Europe, bo to właśnie ponadpartyjna kampania „za” i kampania laburzystów mają podobne stanowiska. Wypowiedzi Jeremy Corbyna podkreślają jednak inne aspekty. Konserwatyści, którzy chcą zostać w UE, kładą nacisk na to, co od Unii uzyskał David Cameron, konkretnie ograniczenie zasiłków dla imigrantów z UE.

Corbyn odwrotnie, uważa to porozumienie za niedobre, ale mówi, że powinniśmy pozostać w UE dlatego, że to umożliwi ochronę pracowników nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale na kontynencie w ogóle.

UE daje nam na to szansę, mówi Corbyn, i ja się z nim zgadzam.

Po stronie konserwatystów karierę robi hasło suwerenności – pomysł, że UE zagraża interesom narodowym Wielkiej Brytanii. Ale czy nie jest tak, że część Partii Pracy też posługuje się tym językiem?

Jestem dość zaskoczony, że i z lewej, i z prawej strony kampania zachęcająca do wyjścia z UE jakoś się łączy. Na prawicy ma to nacjonalistyczny charakter; zakłada się, że musimy wyjść z UE, żeby odzyskać kontrolę naszych granic i żeby brytyjskie firmy przestały być „krępowane europejskimi regulacjami”. Po drugiej stronie istnieje natomiast przekonanie – niektórzy to mówią – że musimy opuścić UE jako neoliberalną strukturę, a gdy Jeremy Corbyn wygra wybory, zbudujemy tu socjalistyczną utopię, w czym UE by tylko przeszkadzała. Obydwa te stanowiska mają w gruncie rzeczy wiele wspólnego. Dziwne, że lewica i prawica zgodnie twierdzą, że Wielka Brytania będzie (liberalnym albo socjalistycznym) rajem, o ile tylko wyjdziemy z UE. Chyba nie mogą mieć racji jedni i drudzy naraz, prawda? I żadni, jak sądzę, jej nie mają.

Jak zatem oceniasz stanowisko samego Jeremy’ego Corbyna? Przez dłuższy czas nie mógł się zdecydować i do niedawna zwlekał z wyrażeniem mocnego poparcia dla UE.

Tak, wolałbym, żeby zabrał głos i mocno opowiedział się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE. Jeśli jednak mówimy o kampanii, to trzeba pamiętać, że sama partia ma jeszcze inne rzeczy na głowie. Zbliżają się wybory na burmistrza Londynu, co jest bardzo istotne. Partyjna góra zdecydowała, że będą lansować Sadiqa Khana na to stanowisko, a gdy uda się wygrać, to kolejne siedem tygodni do referendum poświęcą wyłącznie na kampanię referendalną. My jako działacze kampanii Partii Pracy na dole, w terenie, robimy co w naszej mocy, bo z centrum nie płynie wiele pieniędzy ani wsparcia dla kampanii „za”.

Co więc dzieje się w terenie?

Każdy okręg wyborczy ma swojego komisarza, który prowadzi kampanię „za”. Problem polega na tym, że o ile oficjalnie Partia Pracy jest “za”, to w samej partii jest też olbrzymi sceptycyzm względem UE. Niektórzy prywatnie woleliby Brexit, ale wiedzą, jaka jest pozycja partii na poziomie krajowym, no i nie chcą brzmieć jak UKIP. Nie chcą też powtórzyć błędu z referendum w Szkocji – stania obok Partii Konserwatywnej i Liberalnych Demokratów – wtedy główne partie mówiły jednym głosem przeciwko odłączeniu Szkocji ze Zjednoczonego Królestwa. Mimo że referendum z ich perspektywy było wygraną, to zemściło się to w ten sposób, że Partia Pracy została właściwie zmieciona w wyborach w Szkocji, które były po referendum.

Sceptycyzm w szeregach Partii Pracy ma jeszcze jeden aspekt, dotyczy on tego, co stało się w Grecji. Niektórzy podkreślają, że Grecja została potraktowana fatalnie, a UE jest organizacją kryminalną, której częścią nie powinniśmy być. Nie uważam tak – nie możemy po prostu wyjść z UE i pozostać sami. W świetle tych wątpliwości lepszym rozwiązaniem jest współpraca z lewicą w Niemczech i w innych państwach, celem zbudowania szerszego ruchu w Europie.

Zgodzisz się, że tego rodzaju międzynarodowego spojrzenia na kampanię nie było wiele?

Jesteśmy raczej uwarunkowani na nacjonalizm, czyż nie? Chyba nie każdy czytał Wspólnotę wyobrażoną Benedicta Andersona.

Problemem jest to, że bardziej skłonni do zagłosowania w referendum są ci, którzy zdecydowali już, że są przeciwko pozostaniu w UE. Argumentacja „przeciw” dużo łatwiej wzbudza emocje: chcemy być u siebie, sami się rządzić, nie chcemy być częścią tej Europy – i to działa. Znaleźć emocjonalny haczyk dla projektu europejskiego – to trudne.

Idea Europy jako wartości samej w sobie nie mobilizuje?

Mnie mobilizuje. Mniej granic, brak konieczności myślenia tylko krajowymi kategoriami przemawia do mnie i wielu moich znajomych. Niekoniecznie jednak do szerszego grona ludzi. Dlatego zwracam uwagę na trudność, jaką jest przekucie tego na obrazek porywający wyobraźnię dużej liczby osób. Dlatego właśnie – z powodu tej trudności – kampania „za” nie jest emocjonalna, ale odwołuje się do praktycznych kategorii: pracy, zabezpieczeń socjalnych i tak dalej.

A w praktyce wygląda to jak?

Raz chodzisz po domach, raz rozdajesz ulotki na stacji metra. W tak zróżnicowanej dzielnicy jak mój Tottenham ludzie nie będą raczej głosować za wyjściem – ale problem stanowi frekwencja. Trzeba będzie włożyć też olbrzymi wysiłek aktywistyczny w dniu samego referendum. Będziemy musieli wytypować ludzi, którzy być może nie zagłosują, pójść do nich, zapukać do drzwi i zapytać, czy już poszli na referendum.

Zachęcanie ludzi do rejestracji do głosowania też jest ważne. W niektórych dzielnicach ludzie wręcz się przyzwyczaili do tego, że ich głos się nie liczy.

Tottenham jest mocno lewicowy, David Lammy wziął 67% głosów w ostatnich wyborach krajowych. Nikt więc nie prowadził tu tak naprawdę kampanii, bo wszyscy założyli, że i tak wygra Partia Pracy. Ludzie przyzwyczaili się do tego, że wcale nie muszą głosować. Ale tu mówimy o innych wyborach, gdzie każdy głos się liczy, więc będziemy musieli zachęcić ludzi, żeby go oddali.

**Dziennik Opinii nr 112/2016 (1262)

Bio

Veronika Pehe

| Historyczka, redaktorka A2larm.cz
Historyczka środkowoeuropejskiej kultury, badaczka, dziennikarka, autorka tekstów. Absolwentka King’s College London. Na University College London obroniła doktorat z historii. Stypendystka na Yale University i Instytucie Nauk o Człowieku w Wiedniu. Pracuje na European University Institute we Florencji oraz jako redaktorka czeskiego A2larm.cz.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.