UE

Malko: Wielka Brytania na prawo

Sukces w wyborach lokalnych Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa to smutny dowód na polityczną impotencję lewicy.

W czwartek, 2 maja, w Wielkiej Brytanii odbyły się wybory do władz lokalnych. Największy sukces odniosła United Kingdom Independence Party (Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa), niespodziewanie zdobywając 23% głosów, niewiele mniej od torysów (25%) i Partii Pracy (27%), za to znacznie więcej od współrządzących dziś Liberalnych Demokratów (14%). Wcześniej partia ta zdołała wprowadzić kilkunastu swoich posłów do europarlamentu i zdobyć trzyosobową reprezentację w Izbie Lordów, ale dopiero teraz można mówić o sukcesie prawdziwie znaczącym i nieprzypadkowym. Na łamach brytyjskiej prasy, przyzwyczajonej do nazywania swojego systemu parlamentarnego „dwu-i-pół-partyjnym”, coraz częściej pojawiają się głosy, że oto pierwszy raz w historii Wielkiej Brytanii nadchodzi czas układu czteropartyjnego. 

Koniec polityki

UKIP to partia prawicowa, konserwatywna, libertariańska. To także partia antyestablishmentowa, partia protestu, partia populistyczna. Jej lider, Nigel Farage, eurodeputowany od 1999 roku, przedstawia siebie jako zwykłego człowieka z ludu, mającego odwagę mówić to, czego polityczna poprawność nie pozwala mówić członkom establishmentu. UKIP otwarcie kontestuje brytyjską politykę imigracyjną, artykułując imperialne tęsknoty, lęk przed imigrantami z Europy Wschodniej oraz islamofobiczne uprzedzenia części brytyjskiego społeczeństwa. Żąda wyprowadzenia kraju ze struktur Unii Europejskiej. Obiecuje obniżki podatków od osób fizycznych i firm oraz zniesienie podatku od spadków. Farage potrzebę zwiększania wydatków publicznych widzi jedynie w sektorze zbrojeniowym i penitencjarnym – liczbę miejsc w więzieniach należałoby jego zdaniem podwoić. 

Nie jest łatwo zrozumieć, jak tamtejszy odpowiednik Janusza Korwin-Mikkego był w stanie zdobyć czwartą część brytyjskich głosów.

Jednak do pewnego stopnia pomóc w tym może dostrzeżenie w sukcesach UKIP reakcji na postpolityczny kształt brytyjskiej sceny parlamentarnej. W roku 1995 Tony’emu Blairowi udało się wykreślić z programu partii, wpisany tam po pierwszej wojnie światowej, postulat uspołecznienia środków produkcji. Od tego momentu datować można formowanie się nowego konsensusu, którego centrum stanowi przekonanie o skuteczności wolnego rynku, uznanie dla liberalnych i kosmopolitycznych wartości oraz przeświadczenie o w zasadzie technokratycznej naturze rządzenia. Nazywano tę jednomyślność różnie: konsensusem waszyngtońskim, trzecią drogą czy kapitalizmem z ludzką twarzą. Grunt, że od lat 90. politycy głównego nurtu zgadzają się co do tego, że na podstawowe pytania o kształt i rolę państwa znaleziono już odpowiedź. Można jeszcze spierać się ewentualnie o sprawy obyczajowe, np. homoseksualne małżeństwa, albo autotematyczne, jak ordynacja wyborcza, ale reszta jest już załatwiona, upadek Sowietów pokazał, kto miał rację. 

Partie różnić się mogą teraz jedynie skutecznością w realizowaniu jedynej możliwej wizji przyszłości, w której produkcją i dystrybucją dóbr zajmuje się wolny rynek, a rola państwa ogranicza się do ochrony tego procesu przed nienawidzącymi Zachodu terrorystami. Polityka przestaje być przestrzenią konfliktu między konkurencyjnymi projektami społecznymi czy ekonomicznymi, a staje się miejscem racjonalnej debaty nad technicznymi rozwiązaniami pozwalającymi na możliwie efektywne zarządzanie zasobami ludzkimi kraju. Jak pisała Chantal Mouffe, rozróżnienie między projektami prawicowymi i lewicowymi (right and left) zanika, zastępowane przez prostszy podział na rozwiązania dobre i złe (right and wrong). Gdy więc kryzys ekonomiczny powoduje wzrost frustracji społecznych, niedających się artykułować w głównym nurcie polityki, odpowiedź musi być populistyczna i antysystemowa.

Czy nie tak można zrozumieć nie tylko sukcesy Farage’a, ale i wzrost poparcia dla antysystemowych partii w całej Europie? Jeśli tak, odpowiedzią byłby powrót do polityki rozumianej jako pokojowe, agoniczne ścieranie się konkurencyjnych światopoglądów. 

Powojenny konsensus

Narracja krytyczna wobec postpolityki sprawnie nazywa i opisuje ułomności i deficyty dzisiejszej sfery publicznej. Wymaga jednak pogłębienia.

Termin „postpolityka” zakłada istnienie jakiejś pierwotnej i nieskażonej „polityki”, której zmierzch właśnie następuje.

Może to świadomie kreowany mit założycielski projektu agonicznej demokracji, ale jeśli nie, wypadałoby wskazać czas i miejsce, w którym władza była w ten sposób sprawowana. W Wielkiej Brytanii od czasów drugiej wojny światowej pluralistyczne ideologiczne spory na szczytach władzy stanowiły raczej wyjątki niż regułę. Kilka lat po zakończeniu wojny zawiązany został „powojenny konsensus”, który skończył dopiero kryzys paliwowy. Wcześniej elity obu partii uznały Keynesowską politykę budżetową, gospodarkę pełnego zatrudnienia oraz państwo opiekuńcze za zdroworozsądkowe oczywistości, z którymi nie warto dyskutować. Także w polityce zagranicznej zawarty został kompromis. Laburzyści zgodzili się na kultywowanie „szczególnej relacji” ze Stanami Zjednoczonymi, nawet za cenę wysłania żołnierzy do Korei. Konserwatyści uznali koniec Imperium Brytyjskiego i konieczność rezygnacji z kolonialnych ambicji.

W latach 70., kiedy jednomyślność zaczynała się już kruszyć, tylko jedna piąta rządowych ustaw (niezależnie od tego, która partia była akurat u władzy) spotykała się ze sprzeciwem opozycji. Niewielkie różnice pomiędzy głównymi partiami powodowały spadek zainteresowania polityką, która zaczęła sprawiać wrażenie technokratycznego przedsięwzięcia powołanego do sprawnego zarządzania krajem. Kiedy kryzys naftowy lat 70. przyniósł stagflację i przekonanie o nieskuteczności konsensualnej demokracji, głowę podniosła radykalna prawica. Popularność ksenofobicznego Frontu Narodowego okazała się wprawdzie epizodyczna, jednak rozczarowanie konsensualną polityką przyczyniło się do zdobycia władzy przez Margaret Thatcher – polityczkę otwarcie atakującą establishment i obiecującą zerwanie ze „zgniłym kompromisem powojennych dekad”. Tak czy inaczej, zdaje się, że skłonność do konsensu, tworzenia „wielkich koalicji” czy partii typu „catch-all” jest jeśli nie stałym, to co najmniej powracającym komponentem współczesnej polityki, a nie ekscesem, który wystarczy napiętnować, by nastąpił powrót do pluralistycznej i agonicznej normy. 

Bez adresata

Nie jest także jasne, kto jest adresatem narracji krytycznej wobec postpolitycznych tendencji. Krytykuje ona media głównego nurtu za to, że są mediami nazbyt głównego nurtu. Gani establishment za to, że jest establishmentem, a liberałów za to, że uwierzyli w liberalizm. Przestrzega elity przed elitaryzmem, a intelektualistów przed obdarzaniem intelektu nadmiernym zaufaniem. Mówiąc, że masło jest maślane, człowiek rzadko się myli, ale niewiele z tego wynika. Jeśli celem rzeczywiście jest ustanowienie agonicznej sfery publicznej, należałoby zastanowić się, jakie strukturalne uwarunkowania wydały na świat scenę postpolityczną. A jeśli celem jest zastąpienie demokracji neoliberalnej bardziej egalitarnym paradygmatem, warto byłoby wiedzieć, jaki to ma być paradygmat.

Łatwo jest wyjaśniać sukces Partii Niepodległości jako porażkę liberalnego establishmentu.

Jednak w co najmniej równym stopniu jest to porażka lewicy, która nie proponuje dziś ani trafiającego do wyborców opisu świata, ani atrakcyjnego i wiarygodnego kierunku zmian.

To, że najpoważniejszy od dziesięcioleci kryzys kapitalizmu przesuwa brytyjską scenę polityczną na prawo, jest smutnym wskazaniem na polityczną impotencję lewicy, która poza zawołaniem „warto rozmawiać” ma dziś niewiele ciekawego do powiedzenia.

 

 Projekt finansowany ze środków Parlamentu Europejskiego.

 

Bio

Jędrzej Malko

| Dziennikarz, autor książki Economics and Its Discontents
Jędrzej Malko - dziennikarz, badacz historii dyskursów ekonomicznych, analityk Fundacji Kaleckiego, absolwent European Graduate School i doktorant w Kolegium Ekonomiczno-Społecznym Szkoły Głównej Handlowej. Autor książkiEconomics and Its Discontents

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.