UE

Kto się boi Syrizy?

Jej wyniki w sondażach już zmieniły ton przestraszonych europejskich elit. Po niedzielnych wyborach może popchnąć na nowe tory całą europejską politykę.

Grecka Syriza nie ma dobrej prasy – ani w Polsce, gdzie epitet partii „lewackiej” należy do łagodniejszych, ani wśród globalnych inwestorów.

W grudniu 2014 samo ogłoszenie przedterminowych wyborów prezydenckich (i w konsekwencji możliwych wyborów parlamentarnych) wywołało – w kontekście korzystnych dla Syrizy sondaży – największy spadek kursów akcji na giełdzie w Atenach od 1987 roku. Niektórzy analitycy mówią wręcz o panice wśród inwestorów: „Wychodzący ze spotkania [z przedstawicielami Syrizy w Londynie – przyp. red.] chcą sprzedać wszystko, co mają w Grecji”. Z kolei analityk Xelionu Piotr Kuczyński wskazuje na możliwość – szczególnie przykrą w polskim kontekście – dalszego wzrostu kursu franka i ogólnych zawirowań na rynku: „Grecy oczywiście znowu są straszeni tym, co się stanie, jeśli wybory wygra Syriza, obiecuje się im obniżki podatków i różne inne cuda, więc zapewne wybiorą tak, jak chcą tego rynki, ale gdyby tak się nie stało, to możemy wejść w okres potężnego niepokoju, zarówno na rynku walutowym jak i na rynku akcji”.

Zwycięstwo Syrizy i utworzenie przez nią rządu wydaje się całkiem realną perspektywą – badania opinii publicznej na tydzień przed wyborami wskazywały, że partii tej zabraknie tylko siedmiu mandatów do bezwzględnej większości w trzystuosobowym parlamencie.

O czym świadczy poparcie dla partii, której część inwestorów tak bardzo się obawia i którą część establishmentu tak bardzo potępia?

Odpowiedzi może być co najmniej kilka. Głos protestu przeciwko skompromitowanemu establishmentowi – niewątpliwie. Pragnienie zmiany i nadzieja na politykę rzeczywiście odmienną od dotychczasowej – to też typowe zjawisko w ogarniętej kryzysem Europie, gdzie partie socjaldemokratyczne, chadeckie, konserwatywne i liberalne stosują niemal wszędzie niemal te same rozwiązania gospodarcze. Frustracja i gniew społeczny z powodu efektów wieloletniej już polityki cięć – o nich też wspominają komentatorzy, choć z wyraźnie mniejszą dozą zrozumienia. Najmniej chyba mówi się o samych pomysłach Syrizy na wyprowadzenie Grecji i całej strefy euro z kryzysu – być może dlatego, że stoją w kontrze do potocznych wyobrażeń o jego źródłach. Uderzają też w interesy potężnych aktorów. I wreszcie – wymagałyby prawdziwego przewrotu w polityce gospodarczej naszego kontynentu.

Zmiana polityki oznacza zaniechanie polityki dotychczasowej. W przypadku Grecji mowa przede wszystkim o ograniczeniu drastycznego programu oszczędności budżetowych, w tym zwłaszcza cięcia płac i świadczeń społecznych, a także redukcji zatrudnienia w sektorze publicznym, jakie na Grecji wymusiła tzw. trojka w zamian za pomoc w spłacie zadłużenia. Niektórzy publicyści głoszą, że greckie reformy „zaczęły przynosić owoce”, wskazując na zeszłoroczny – pierwszy od połowy 2008 roku – wzrost gospodarczy w wysokości 1,5 procent oraz stopniowy spadek bezrobocia wśród młodych, nadwyżkę pierwotną (tzn. bez uwzględnienia kosztów obsługi długu) w budżecie i wywołany spadkiem cen boom turystyczny. To jednak marne pocieszenie dla mieszkańców kraju, w którym płace realne od 2009 roku spadły średnio o 29 procent; kraju o jednym z najwyższych współczynników ubóstwa w Unii Europejskiej i ogromnych nierównościach. W takich warunkach „dostosowania strukturalne” uderzają przede wszystkim w tych najuboższych, najbardziej uzależnionych od państwa (np. chorych i emerytów) i zarazem najmniej winnych patologicznych mechanizmów w rodzaju unikania podatków, które poprzedziły kryzys.

Kryzys w Grecji zbywa się nieraz porównaniami do jeszcze większego kryzysu transformacyjnego krajów postkomunistycznych. Społeczny ból, nawet najbardziej radykalny, świetnie mieści się w ramach myślowych zwolenników „terapii szokowych”. Problem w tym, że o ile szoku Grecy niewątpliwie doświadczyli, o tyle skutki terapeutyczne cięć są nad wyraz nieoczywiste.

Anatomia klęski

Paul Krugman, przywołując dane Eurostatu, wskazuje na dość jednoznaczne efekty cięć wydatków budżetowych w ostatnich latach – w zdecydowanej większości krajów spadek wydatków publicznych wiąże się ze spadkiem PKB. Aditya Chakrabortty pisze z kolei, że „prezesi banków i politycy próbują przekonać świat, że Grecja zmierza ku poprawie – ale cały ten optymizm to tylko szukanie uzasadnień dla narzuconej strefie euro terapii szokowej”. To tylko słowa? Bardziej konkretnie pisze Daniel Gros: „Nie ma żadnych dowodów, żeby narzucone jej [Grecji] przez „trojkę” (Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy) rozliczne reformy strukturalne doprowadziły do jakiejkolwiek rzeczywistej poprawy na poziomie podstawowym. Przeciwnie: doszło nawet do pogorszenia wielu wskaźników, obrazujących skuteczność działań rządu oraz funkcjonowanie rynku pracy. […] W każdym kraju, który rozpoczyna program dostosowawczy z poziomu dwucyfrowego deficytu w bilansie rozrachunków bieżących, celem naprawdę istotnym musi być wzrost eksportu. Grecję wyróżnia właśnie brak takiego celu”. A Joseph Stiglitz dodaje, że „w Grecji na przykład rozwiązania zastosowane w celu obniżenia ciężaru długu sprawiły, że kraj ten jest bardziej zadłużony niż w 2010 roku. Cięcia budżetowe boleśnie odbiły się na produkcji, wskutek czego wzrosła relacja długu do PKB. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przynajmniej przyznaje, że była to zarówno porażka intelektualna, jak i błąd polityczny”.

To nie jest kwestia tej czy innej teorii, względnie interpretacji. Dane są bezlitosne: po wdrożeniu drastycznych programów oszczędnościowych grecki dług początkowo co prawda spadł, ale w roku 2014 wzrósł ponownie i obecnie wynosi niemal 180 procent PKB tego kraju.

Sprawy nie mają się lepiej, gdy przyjrzymy się bliżej greckiemu bilansowi płatniczemu, którego nierównowaga leżała u podstaw katastrofy. Na pierwszy rzut oka widać poprawę, co sugerowałoby, że dewaluacja wewnętrzna ma sens. Problem w tym, że wynika ona „przede wszystkim z załamania importu, jako że wzrost eksportu był bliski zera. Niższe płace realne wywarły wpływ, ale na popyt, a nie przyniosły zwiększenia eksportu kojarzonego z niższymi kosztami produkcji lokalnej. Innymi słowy, to mniejszy popyt towarzyszący niższym płacom i załamanie krajowej gospodarki pozwoliły na zrównoważenie bilansu zagranicznego”. Krótko mówiąc: na skutek brutalnych cięć kosztów i płac Grecy zyskali mniej potencjału eksportowego, niż stracili konsumpcji wewnętrznej, a dusząc w ten sposób wzrost nie zdołali bynajmniej – mimo ogromnych poświęceń – wyprowadzić gospodarki na prostą.

Równoważenie bez cięć

Co w tej sytuacji ma do zaproponowania Syriza? Bynajmniej nie wystąpienie Grecji ze strefy euro, choć takie rozwiązanie sugerują niektórzy ekonomiści, np. Leon Podkaminer, reprezentujący bliskie Syrizie wartości. Grexit – poza efektem domina i zawirowaniami na rynkach, których boją się wielcy inwestorzy – stwarza bowiem istotne problemy z punktu widzenia greckiego społeczeństwa. Trudno z góry rozstrzygnąć, jaki byłby los denominowanego w euro długu w sytuacji powrotu Greków do drachmy. Spodziewany run na banki przerażonych klientów wypłacających na gwałt oszczędności (dopóki są jeszcze w euro) doprowadziłby zapewne do załamania greckiego systemu bankowego. Wreszcie – i to jest być może najpoważniejszy kłopot na dłuższą metę – uzależnienie Grecji od importu (opłacanych w twardej walucie) surowców i paliw może negatywnie zrównoważyć zyski z dewaluacji wewnętrznej.

Alexis Tsipras i jego partia nie zamierzają bynajmniej wymyślać koła (tzn. makroekonomii) na nowo, względnie zmuszać grecki bank centralny do drukowania waluty bez pokrycia; dług publiczny traktują jak realny problem. Lider Syrizy wskazuje jednak, że „równoważenie budżetu państwa nie wymaga automatycznych oszczędności”. Deklaruje, że „rząd Syrizy będzie dotrzymywał zobowiązań Grecji jako członka strefy euro do zachowania zrównoważonego budżetu i realizował wskaźniki ilościowe”, przy czym to demokratycznie wybranemu rządowi miałby przysługiwać wybór środków adekwatnych do tego celu.

Jakie to środki? Oprócz anulowania zobowiązań rządu Samarasa i zastopowania dotychczasowego kierunku „reform” (Syriza chce podwyżki płac minimalnych w miejsce kolejnych cięć emerytur, płac i podwyżki podatków) partyjny program zakłada m.in. subsydiowanie opłat za energię i dodatki żywnościowe dla 300 tysięcy rodzin oraz inne środki służące „złagodzeniu kryzysu humanitarnego, ożywieniu gospodarczemu i przywróceniu ludzi do pracy”. Te środki stymulowania – faktycznie rachitycznego – popytu wewnętrznego skłaniają oczywiście do pytań o ich finansowanie.

Najwięcej tak naprawdę zależeć będzie od tego, na ile realne są zapowiedzi „przeciwstawienia się gospodarczej oligarchii unikającej płacenia podatków” (z naciskiem na sektor mediów, nieruchomości i ogólnie zamówień publicznych). Skala tego narodowego sportu Grecji (wbrew optymizmowi Tsiprasa, wcale nieograniczonego do najbogatszych) stwarza oczywiście ogromny „potencjał rozwojowy” po stronie ewentualnych wpływów do budżetu; pytaniem pozostaje, czy w obliczu panującego w Grecji klientelizmu i kleptokracji (znów: nie tylko „politycznej elity”) zbudowanie sprawnych instytucji kontrolnych będzie jakkolwiek możliwe.

Obok – dość ogólnikowych, przyznajmy – pomysłów na wewnętrzną politykę gospodarczą Tsipras i jego partyjni koledzy i koleżanki wskazują na jeszcze dwa aspekty koniecznych zmian. Pierwszy to „europejski Nowy Ład inwestycyjny”, którego wdrożenie, skala i treść będzie zapewne przedmiotem sporów w najbliższych latach. Drugi – kluczowy i kontrowersyjny – dotyczy ciężaru obecnego zadłużenia.

Jak oddłużyć Grecję?

W swoim tekście opublikowanym na łamach „Financial Times” lider Syrizy przywołuje historyczną analogię konferencji oddłużeniowej w Londynie z 1953 roku. Państwa zwycięskie w II wojnie światowej (w tym Grecja!) zdecydowały wówczas o anulowaniu około 60 procent zadłużenia zagranicznego Niemiec Zachodnich, aby wesprzeć odbudowującą się ze zniszczeń wojennych gospodarkę sojusznika i ułatwić niemieckiemu społeczeństwu „nowy początek”. Argumentacja Tsiprasa jest przede wszystkim etyczna („to obowiązek moralny, a nie stworzenie pokusy nadużycia”) i zapewne tylko z powodu poprawności politycznej grecki polityk nie pisze wprost, że zawinione „błędy i wypaczenia” narodu greckiego nie dają się nawet porównać z ówczesnym dziedzictwem narodu niemieckiego. Tak czy inaczej, hojność aliantów sprzed ponad pół wieku mieszkańcy RFN spożytkowali z niewątpliwym sukcesem, dowodząc, że uczciwa zasada współodpowiedzialności kredytodawcy i dłużnika za problematyczne pożyczki może również przynosić dobre skutki z pragmatycznego punktu widzenia (do czego i grecki polityk się odwołuje, wskazując na oddłużenie jako warunek przywrócenia w Europie wzrostu).

Szczegóły greckiej propozycji oddłużenia kraju (i nie tylko) można znaleźć w tekście głównego ekonomisty Syrizy, Johna Miliosa. Proponuje on przejęcie całego długu państw strefy euro powyżej poziomu 50 procent ich PKB (w sumie około 4,35 biliona euro) przez Europejski Bank Centralny. Nie chodzi jednak o sztuczne jego anulowanie, lecz o formę nieoprocentowanej pożyczki. Dług zostałby zamieniony na tzw. obligacje zerokuponowe (tzn. bez odsetek), które poszczególne rządy spłacałyby EBC przez kolejne dziesięciolecia – w przypadku Grecji i Włoch całość należności zostałaby uregulowana do około 2075 roku. Dodatkowo dla samej Grecji autor planu zastrzegł okres 5-letniej karencji, analogicznie do rozwiązań z historycznej konferencji londyńskiej.

Pomysł konferencji oddłużeniowej może znaleźć w Europie sojuszników, o czym świadczą ostatnie wezwania francuskiego ministra finansów Michela Sapin, aby państwa strefy euro respektowały głos greckich wyborców i wykazały gotowość do dyskusji nad restrukturyzacją długu. Z kolei minister finansów Irlandii zadeklarował, że nie wyklucza wsparcia dla idei konferencji na temat oddłużenia Grecji, Irlandii, Hiszpanii i Portugalii. Wszystko wskazuje na to, że Grecy mogliby w tej sprawie liczyć także na życzliwość Włoch. Na twardych oponentów koncepcji oddłużenia zapowiadali się Finowie, których premier Alex Stubb jeszcze niedawno zapowiadał „zdecydowane nie” dla jakichkolwiek umorzeń greckiego długu, ale w trakcie szczytu w Davos nieco złagodził swoje stanowisko, dopuszczając przynajmniej jego rozłożenie w czasie. Opór wobec restrukturyzacji długu stawiają wciąż przede wszystkim Niemcy: minister Schäuble ostrzegał niedawno aluzyjnie, że „greccy politycy muszą zadbać o to, by nie składać przed wyborami obietnic, których później nie będą mogli dotrzymać”. Do jastrzębi zalicza się także Bałtów, na czele z łotewskim komisarzem UE ds. euro i dialogu społecznego Valdisem Dombrovskisem.

Z greckim zadłużeniem wiąże się dziś pewien charakterystyczny paradoks, nieoczywisty w czasach potęgi anonimowych „inwestorów” i abstrakcyjnych „rynków finansowych”.

Tak się bowiem składa, że tylko około 17 procent greckich obligacji (blisko 55 z 317 miliardów euro całego długu) znajduje się w rękach wierzycieli prywatnych – reszta została umorzona bądź wykupiona przez instytucje publiczne. I to właśnie im – MFW i EBC, ale przede wszystkim rządom państw takich jak Niemcy, Francja czy Włochy – przyszłoby pokrywać koszty ewentualnej greckiej niewypłacalności. Grecki dług prywatny (głównie w bankach niemieckich i francuskich) stanowi nieistotną część aktywów bankowych, nie niesie zatem za sobą poważnego zagrożenia. Stwarza to interesującą sytuację z punktu widzenia politycznego. Taka bowiem struktura własności greckiego długu wyraźnie osłabia argument możliwej „reakcji rynków”, które zresztą zawsze najbardziej obawiają się realnego bankructwa państwa, a nie państwowych interwencji oddłużeniowych.

Najważniejsi aktorzy polityczni w Europie (ale także ci mali, bo relatywnie mocno do swej wielkości uwikłane w pomoc dla Grecji – do poziomu 3 procent PKB – są także kraje takie jak Słowenia, Portugalia czy Cypr) mogą stanąć przed realnym dylematem: czy podtrzymywać moralizującą opowieść o „konieczności spłacania swych długów” i ryzykować, że Grecja zbankrutuje (razem z ich aktywami), czy też raczej zgodzić się na daleko posuniętą interwencję EBC (traumatyczną dla niemieckich elit), połączoną z poluzowaniem kryteriów fiskalnych, które pozwoliłyby krajom takim jak Grecja uzyskać realny wzrost i tym samym środki na spłatę długów.

Niedawna decyzja Rady EBC o rozpoczęciu akcji „luzowania ilościowego”, która objęłaby nie tylko – jak dotychczas – aktywa banków prywatnych, ale także obligacje skarbowe z pozoru zdaje się zmierzać w kierunku postulowanym przez grecką lewicę. Rzecz w tym, że zgoda na „amerykanizację” Europejskiego Banku Centralnego i częściowe odejście od niemieckich pryncypiów konserwatywnej polityki monetarnej może usztywnić pozycję Niemiec w polityce fiskalnej. Naciskana przez jastrzębi z prawicowej Alternatywy dla Niemiec kanclerz Angela Merkel będzie więć zapewne tym bardziej obstawać przy „reformach strukturalnych” i domagać się bezwzględnego respektowania „oszczędnościowego” kursu, zwłaszcza w państwach tak zadłużonych jak Grecja. W tym sensie ruch przynoszący częściową ulgę większości państw członkowskich UE nie będzie sprzyjał renegocjacjom warunków spłaty greckiego zadłużenia.

Czy Grecja ma dobre wyjście?

Jakie pole manewru mają greckie partie polityczne? Obok wariantu „katastroficznego”, w którym po utworzeniu przez Syrizę rządu Niemcy nie godzą się na żadną poważną zmianę kursu (i powodują szybkie bankructwo Grecji), oraz wariantu „zachowawczego”, w którym rząd Grecji tworzą po wyborach partie establishmentu (korygujące kurs co najwyżej delikatnie), komentatorzy dopuszczają jeszcze trzecią możliwość: „zwrot cyniczny” Syrizy, w którym partia ta wprawdzie tworzy rząd, ale poza lewicową retoryką nie wprowadza większych zmian. Można się spodziewać, że druga i trzecia z tych możliwości przyniosłyby Schrecken ohne Ende, czyli stagnację gospodarczą i dalsze narastanie spirali greckiego długu, z coraz gwałtowniejszymi wybuchami społecznego gniewu i zwycięstwem faszyzującej prawicy ze Złotego Świtu w perspektywie. Czy zatem dla Grecji nie ma dobrych możliwości?

Najbardziej oczywiste scenariusze nie są jedynymi możliwymi. Ewentualne przesunięcie Syrizy w stronę centrum nie musi oznaczać cynicznej zdrady, a ogromne zaplecze społeczne partii stwarza przyszłemu greckiemu rządowi większe pole manewru w negocjacjach na temat możliwych form oddłużenia, rozłożenia spłaty długu w czasie, rozmiaru europejskich pakietów inwestycyjnych czy nawet – choć tu będzie najtrudniej – poluzowania restrykcji fiskalnych.

Nerwowe napięcie inwestorów czy państwowych liderów przerażonych „inwazją populizmu” może skłonić polityczne elity UE do większej otwartości na niestandardowe propozycje. Oddłużenie w formie, która nie zakłada bezpośrednich transferów od „solidnej” Północy do zadłużonego Południa – jak np. według planu PADRES dwóch francuskich ekonomistów Pierre’a Pâris i Charlesa Wyplosza – a do tego twardo sankcjonuje nadmierne zadłużenie w przyszłości, może być zarówno dużym krokiem w stronę wyprowadzenia krajów Unii Europejskiej z kryzysu, jak i opcją akceptowalną dla demokratycznych społeczeństw i Południa, i Północy. Warunkiem podobnego rozwoju wydarzeń byłaby jednak zmiana dominującej w Europie narracji: z nacjonalistycznej gry sprzecznych interesów na solidarystyczną wspólnotę uwarunkowaną wzajemnymi zależnościami.

Syriza musi pilnować tej reguły, wystrzegając się języka „dumy peryferii”, a tym bardziej „suwerenizmu”, prezentując się jako awangarda Europy zintegrowanej i solidarnej.

Jej przedwyborcze wyniki w sondażach już zmieniły ton przestraszonych europejskich elit. Po wyborach może popchnąć na nowe tory całą europejską politykę.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.