UE

Sutowski: Karanie obywateli to dziwaczna logika

Zablokowanie wypłat z funduszy unijnych nie wzmocni obywatelskich i prodemokratycznych sił w Polsce, a jeszcze bardziej je osłabi, gdy wszyscy poczujemy się ukarani za poczynania rządu PiS. Michał Sutowski polemizuje z Guyem Verhofstadtem.

„Z budżetu Funduszu Spójności na lata 2014-2020, który łącznie zawierał 350 mld euro, Polska i Węgry otrzymały odpowiednio 77 mld euro i 22 mld euro, stając się, odpowiednio, największym i czwartym co do wielkości beneficjentem netto funduszy unijnych. Szczodrość tę w znacznym stopniu – co trzeba odnotować – subsydiują płatnicy netto, czyli kraje takie jak Niemcy, Francja i Wielka Brytania” – przypomina Guy Verhofstadt i gorzko  wytyka: „Mimo to flirtujące z autorytaryzmem rządy w Polsce i Węgrzech nie zaakceptowały wartości, które przyświecały temu hojnemu transferowi środków, a zamiast tego aktywnie osłabiają praworządność i rozmontowują systemy sądownicze w swoich krajach. Gdyby któreś z tych państw zgłosiło dziś chęć akcesji do Unii, ich wniosek zostałby odrzucony”.

Verhofstadt: Unia Europejska musi przestać finansować nieliberalne rządy

Szef europejskich liberałów ma sporo racji co do meritum, choć wobec Węgier te uwagi przychodzą mocno poniewczasie: Viktor Orban już wiele lat temu zaszedł o wiele dalej niż Jarosław Kaczyński i żadna krzywda mu się nie stała. Nie o sprawiedliwość i nie o proporcje tu jednak chodzi, ale o wyzwania, ryzyka i środki zaradcze. A te wyglądają nad wyraz konkretnie: „Począwszy od 2020 roku środki z Funduszu Spójności powinny być rozdzielane pod tym warunkiem, że otrzymujące je państwa członkowskie przestrzegają i egzekwują u siebie normy praworządności”. A zatem jeśli na przykład zostanie uruchomiony słynny artykuł 7., „wszystkie środki przeznaczone dla tego kraju powinny trafić na fundusz rezerwowy. I dopóki procedura wynikająca z artykułu 7. nie zostanie zawieszona lub cofnięta, środki te powinny być przekierowywane na wsparcie dla uniwersytetów, ośrodków badawczych i innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego w tym państwie”.

Przemyślmy rzecz na spokojnie. To, co dzieje się na naszym własnym podwórku, musi budzić ogromny niepokój. Jednocześnie presja międzynarodowa – zwłaszcza w kontekście pobocznego, acz ostrego kryzysu w relacjach z USA i Izraelem – wydaje się mieć pewien wpływ na posunięcia władz. Rząd PiS symuluje przynajmniej gotowość do negocjacji i kompromisu, a także zdaje się przejmować, mimo buńczucznych oświadczeń, konsekwencjami procedury artykułu 7. To wszystko nie znaczy jednak, że przeciwnicy rządu i obrońcy praworządności powinni się ochoczo pod wezwaniami Verhofstadta podpisać. Tym bardziej, że nie są to wołania na puszczy starego federalisty, lecz pomysły częściowo zbieżne z ogłoszonymi 2 maja propozycjami Komisji Europejskiej.

Czy Unia może ukarać Polskę? Tylko razem z Węgrami

Wszystkich szczegółów nie znamy, a negocjacje ram budżetu na lata 2021-27 będą batalią ciężką i krwawą; wiadomo już jednak, w jakim kierunku zmierzają pomysły unijnego centrum. Mniejsze o kilka procent wydatki na politykę spójności i politykę rolną, większe na politykę migracyjną, ochronę granic i wspólnotę obronną – odpowiada to mniej więcej nowym wyzwaniom dla całej Unii, choć niekoniecznie naszym priorytetom. Polska zapewne utraci kilka do kilkunastu miliardów euro na funduszu spójności, a także Europejskim Funduszu Społecznym, z którego wypłaty miałyby być uzależnione nie tylko od PKB, ale też poziomu bezrobocia i liczby migrantów.

Aż 55 miliardów euro byłoby przeznaczone wyłącznie dla krajów unii walutowej i tych na „szybkiej ścieżce” wejścia do niej – to całkiem pokaźna marchewka dla mniejszych krajów Europy Środkowej, które nie przyjęły jeszcze euro, to także namiastka wspólnego budżetu. Nie tak wiele, ale wyznacza ważną granicę unijnej solidarności.

Istotniejsza jest jednak propozycja, by Komisja mogła zawiesić wypłaty unijnych środków za niespełnianie wymogów praworządności i „należytego zarządzania funduszami”. Zablokowanie takiej decyzji wymagałoby zgody aż 55 procent krajów z 65 procentami ludności w Radzie UE. Co ciekawe, o ile zawieszenie wypłacania na przykład stypendiów Erasmusa odczują przede wszystkim rządy państw członkowskich (bo musiałyby je finansować z własnego budżetu), o tyle zablokowanie funduszy spójnościowych i środków na politykę rolną uderzy prosto w beneficjentów tych wypłat.

To dziwaczna logika, premiująca elitę młodego pokolenia kosztem całej reszty społeczeństwa. W podobnym jednak duchu wypowiada się sam Verhofstadt, gdy proponuje przekierowanie niewypłaconych funduszy do „uniwersytetów, ośrodków badawczych i innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego”. Tym samym wykazuje niesłychaną wprost naiwność, mając nadzieję, że taki manewr przekona obywateli ukaranych państw, że to tylko ich rząd, a nie oni sami są karani.

To absurd nie tylko dlatego, że „rząd się wyżywi”, a obcięcie funduszy unijnych w Europie Środkowej oznacza drastyczny spadek inwestycji publicznych i prywatnych. Władza bez trudu rozegra takie posunięcie: oto UE zabiera nam pieniądze na drogi i na pomoc dla przedsiębiorców, finansuje zaś liberalną piątą kolumnę (bo przecież wiadomo, które uniwersytety, ośrodki badawcze i organizacje pozarządowe te pieniądze dostaną…).

W przypadku Polski dochodzi jeszcze jeden istotny czynnik: fundusze strukturalne rozdzielane są na poziomie województw, a wydają je głównie samorządy lokalne, zdominowane dziś przez opozycję. Inwestycyjna zapaść może więc najmocniej zaboleć właśnie tych, którzy dziś najbardziej wzmacniają pluralizm polskiej polityki.

Guérot: Nie wiadomo, jak odsunąć od władzy europejską elitę, jeśli nie spełnia naszych oczekiwań

W warunkach sporu rządu PiS z Komisją umyka też szerszy kontekst jej propozycji. Zmiany w unijnym budżecie oznaczają de facto przesunięcia środków na Południe, a w połączeniu z kryterium praworządności pozwalają na uwolnienie – całkiem sporych – dodatkowych środków dla najbardziej zagrożonych kryzysem społecznym (co nie znaczy, że najsłabiej rozwiniętych) regionów i krajów UE.

Nowy budżet i pomysły „kryterium praworządnościowego” to zatem nie tylko próba odzyskania przez KE roli „strażniczki traktatów” i wykazania się sprawczością wobec odszczepieńców od liberalnego mainstreamu. Pamiętajmy bowiem, że kryzys strefy euro wciąż nie jest zażegnany. Do tego ambitne, acz kontrowersyjne plany integracyjne prezydenta Macrona – zostawmy na boku kwestię, czy liberalizacja rynku pracy się uda i czy faktycznie zwiększy francuską konkurencyjność – wymagają współpracy Niemiec. A tymczasem Niemcy nie wydają się wcale otwarte na śmiałe propozycje.

To dziwaczna logika, premiująca elitę młodego pokolenia kosztem całej reszty społeczeństwa.

Nie chodzi tylko o „unię transferową”, a więc uwspólnienie długu publicznego państw-członków strefy euro, ale przede wszystkim o zredukowanie gigantycznej – blisko ćwierć biliona (!) euro – nadwyżki eksportowej Niemiec, która od wielu już lat dusi rozwój pozostałych członków eurolandu i generuje nierównowagę w unii walutowej. Obniżenie nadwyżki wymagałoby zaś wzrostu płac w Niemczech, dopuszczenia wyższej inflacji i ambitnych programów infrastrukturalnych. Dodajmy, że Niemcy mają z czego wydawać (5 miliardów euro nadwyżki budżetowej w 2017 roku), mają też na co. Infrastruktura w zachodnich landach leży, sektor pracy opiekuńczej jest mocno niedofinansowany, a płace w całej gospodarce od lat stoją w miejscu. Podwyżki płac postulują nie tylko pracownicy i konsumenci, ale także Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny, bo większa inflacja to szansa na normalizację polityki pieniężnej. Nawet prezes Bundesbanku, a więc instytucji dalekiej od pracowniczego radykalizmu, uważa, że płace w Niemczech powinny rosnąć.

W sprawie płac i inflacji (a więc konsumpcji wewnętrznej) pojawiło się światełko w tunelu – nowe porozumienie taryfowe zakłada podwyżkę wynagrodzeń w sektorze publicznym (2 miliony zatrudnionych) o 7,5 procenta w ciągu najbliższych dwóch lat. Można więc liczyć, że budżetówka pociągnie za sobą resztę gospodarki, co byłoby dobrą wiadomością dla całej strefy euro. Większa konsumpcja Niemców to przecież rynek zbytu i ulga dla gospodarek mniej konkurencyjnych krajów strefy euro.

Europejska wojna domowa

Niestety, dużo gorzej ma się sprawa z budżetem. Minister finansów Olaf Scholz z SPD zachowuje się bowiem jak minister „Schaüble 2.0.”, a więc fiskalny jastrząb: nominalne cięcia inwestycji, mniejszy udział wydatków obronnych w PKB, zamrożenie funduszy na pomoc rozwojową do poziomu 0,5 procenta PKB, mniejsza składka do budżetu UE. A wszystko to w imię dwóch celów: nadwyżki budżetowej w latach 2019-2022 i zmniejszenia długu publicznego do poziomu poniżej 60 procent już w 2019 roku. Na łamach „Financial Times” Wolfgang Münchau porównał tę politykę do zamordyzmu fiskalnego późnego Nicolae Ceaușescu – dyktator Rumunii osiągnął w 1989 roku nadwyżkę o wysokości 9 miliardów dolarów, zagłodziwszy niemal społeczeństwo i przygotowując własny upadek. Oczywiście, Niemcy nie upadną, a w każdym razie upadną ostatnie w Europie. Kłopot w tym, że taka polityka budżetowa może zniwelować dodatni efekt zwiększonej konsumpcji z płac. Co gorsza, można podejrzewać, że jako fiskalni purytanie Niemcy będą się domagali tego samego od innych krajów strefy euro, a to groziłoby koniunkturalną zapaścią na Południu.

I teraz wracamy do propozycji budżetowej KE. Można ją bowiem traktować jako próbę złagodzenia napięcia, jakie rysuje się w trójkącie bermudzkim: liberalnych dla Francji, ale solidarnościowych dla strefy euro planów Macrona po pierwsze, jastrzębiej polityki fiskalnej Niemiec po drugie, wreszcie potrzeb koniunkturalnych krajów europejskiego Południa po trzecie. Skoro Niemcy, metaforycznie rzecz biorąc, nie chcą się dzielić, to komuś trzeba zabrać (żeby dać komu innemu w zamian).

Aksjologiczny zwrot Unii Europejskiej, o którym pisała niedawno Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, ma głębokie podstawy i nie można go redukować do cynicznej fasady dla gry materialnych interesów. Niestety, w danej konfiguracji sił i w obecnym momencie historycznym to, co z punktu widzenia unijnego centrum jest aksjologicznie „słuszne” (presja na kraje naruszające reguły praworządności i liberalnego konstytucjonalizmu), zbiega się z tym, co jest ze wszech miar „opłacalne” (przerzucenie środków, grosso modo, ze wschodu na południe UE). To, co realnie uderza w unijne pryncypia  (ingerencja egzekutywy w niezależność sądów i wykręcenie bezpieczników konstytucyjnych w Polsce; ataki na wolną prasę i naukę na Węgrzech) będzie jednocześnie uzasadnieniem dla bardzo przyziemnych transferów (dużych) pieniędzy z jednych kieszeni do drugich.

Czy europejskie wartości wykluczą nas z UE?

Przy twardym fiskalizmie Niemiec byłby to raczej plaster socjalny niż impuls rozwojowy dla Południa – ale dla centrum dobre i to. Kasa przelana ze wschodniej Polski na południe Włoch to kolejnych kilka lat, mówiąc Wolfgangiem Streeckiem, „kupionego czasu” na konsolidację strefy euro i może, w lepszych czasach, jakąś jej przebudowę. Resztki optymizmu każą mi wierzyć, że nasz rząd nie przyjmie postawy „im gorzej, tym lepiej” (jak Unia obetnie nam środki, to Polacy sami się z tej genderowo-wegetariańskiej patologii wypiszą) i że będzie próbował „kupować czas” dla Polski, abyśmy przez kolejną siedmiolatkę mogli zbudować podstawy trochę mniej peryferyjnego rozwoju.

Aby mieć na to szanse, będzie musiał wyjąć Komisji kilka kart z ręki – cofnąć się przede wszystkim w obszarze niezależności sądownictwa, zostawić w spokoju samorządy i organizacje pozarządowe. Bo nawet jeśli w UE znajdzie koalicjantów blokujących artykuł 7., a propozycje wprowadzenia kryterium praworządności nie znajdą poparcia krajów członkowskich, pieniądze – jako „chorym ludziom Europy” – odebrać nam będzie niesłychanie łatwo.

Polska na peryferiach Unii. Fatum czy tylko scenariusz?

Jeśli jednak rząd postanowi pójść z Komisją i resztą Unii na noże, jedyną nadzieją Polski na dobrą przyszłość w Europie będzie zmiana władzy. Na ekipę gotową szybko przestawić europejską wajchę, do tego zdolną wymyślić Polskę w nowej Europie, gdy do starej nie będzie powrotu. W 2019 możemy wszyscy stanąć przed dylematem geopolitycznym i cywilizacyjnym – polska przyszłość w Unii będzie kluczową osią tego dylematu. Choćby większość wyborców jeszcze nie była tego świadoma.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.