UE

Grela: Wszystkie dzieci Nigela Farage’a

Farage nie musi wygrywać wyborów. Wystarczy, że jest i straszy, a reszta polityków już zaczyna realizować jego pomysły. 

Wydaje się, że brytyjska scena polityczna weszła w okres małej destabilizacji. Konserwatyści mimo agresywnie prowadzonej oraz dotkliwej społecznie polityki cięć budżetowych nie są w stanie doprowadzić rynku pracy do stanu sprzed kryzysu. Laburzyści cierpią na nieprzezwyciężony od czasów Blaira kryzys tożsamości i choć od dawna prowadzą w sondażach, to raczej nie z powodu sprawności swych działań, a dzięki mechanizmowi typowemu dla systemów dwupartyjnych: gdy wyborcy zmęczeni są rządzącymi, automatycznie głosują na tych drugich. Jednak w ostatnim czasie tendencja ta nie jest już tak wyraźna. I nie będzie trwała w nieskończoność. Po niedawnym referendum niepodległościowym jako wyraźny głos w polityce zaznaczyła się Szkocka Partia Narodowa. Partia Zielonych również radzi sobie coraz lepiej. Mimo to dla wszystkich oczywiste jest, że najważniejszy element tego procesu ma twarz Nigela Farage’a i nazywa się UKIP.

Przekonaliśmy się o tym w maju, gdy partia ta, zdobywając 24 mandaty, wygrała wybory do Parlamentu Europejskiego. Tym samym UKIP został pierwszym ugrupowaniem politycznym od przeszło stu lat, które pobiło obie partie głównego nurtu w jakichkolwiek wyborach na poziomie krajowym. Oczywiście nie powinno się wyciągać z tego zwycięstwa zbyt daleko idących wniosków. Wybory do PE rządzą się swoimi prawami, a eurosceptycy uzyskujący w nich wysokie wyniki to problem prawie wszystkich krajów Unii. W nadchodzących w 2015 roku wyborach parlamentarnych tak dobrze z pewnością UKIP-owi nie pójdzie. Gdyby odbyły się w tym momencie, mogliby liczyć na około 15% poparcia. To sporo, zważywszy, że jeszcze niecałe 5 lat temu nie zdobyli żadnego mandatu, ale nawet nie blisko wyniku, który zagroziłby którejkolwiek partii z tradycyjnej dwójki. Ze swoją zerową zdolnością koalicyjną są na razie skazani na peryferia polityki. Rozkład miejsc w parlamencie to jednak nie wszystko.

Farage prawdziwy i fantomowy

Kolejne wydarzenia pokazują, że Farage wcale nie musi rządzić, by rozdawać karty w kraju. Doskonale robi to rękami swoich politycznych przeciwników.

Bo choć Farage prawdziwy przebywa na co dzień w Brukseli, to Farage fantomowy stale wisi nad Londynem, a siła jego oddziaływania nieustanie się zwiększa. Niepostrzeżenie stał się patronem debaty publicznej w Wielkiej Brytanii i to on nadaje obecnie ton politycznemu dyskursowi głównego nurtu. Na „faradżyzację” zachorowała nie tylko większość członków Partii Konserwatywnej – pierwsze przypadki widoczne są także wśród laburzystów.

Niespełna dwa lata temu miało miejsce pierwsze wystąpienie Camerona, w którym otwarcie wyraził zamiar organizacji referendum o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. Moment nie był przypadkowy. W sondażach z tego okresu torysi notowali jedne z najsłabszych wyników od dawna, tracąc do Partii Pracy około dziesięciu procent. UKIP właśnie przekraczał granicę dziesięcioprocentowego poparcia. Stratedzy konserwatystów uznali wtedy, że jeżeli chcą liczyć na kolejne 5 lat na Downing Street, to o głosy będą musieli powalczyć nie tylko z laburzystami, ale także – a być może: przede wszystkim – właśnie z UKIP-em.

Efekty tego zwrotu uwydatniają się z każdym dniem, a ich przykłady można mnożyć. Wiele osób z pewnością pamięta szeroko komentowany przed rokiem pomysł brytyjskiego rządu na akcję propagandową w Rumunii i Bułgarii, mającą zniechęcić potencjalnych imigrantów z tych krajów do przyjazdu do Wielkiej Brytanii. Ale wystarczy spojrzeć tylko na ostatni okres, by zobaczyć, jak świetnie przyjęła się Farage’owska retoryka.

Rightword-ho!, czyli zwrot na prawą burtę

Rząd brytyjski poinformował ostatnio o pracach nad zmianami w sposobie przyznawania świadczeń socjalnych, mającymi znacząco ograniczyć dostęp do nich imigrantom z UE. Cameron już od dłuższego czasu szuka sposobów na „przywrócenie kontroli nad imigracją” i ograniczenie „turystyki zasiłkowej” – wspominał już nawet o deportacjach tych, którzy nie są w stanie zapewnić sobie źródła zarobku po pierwszych trzech miesiącach pobytu. Nie trzeba wspominać, że stoi to w sprzeczności z wszystkimi międzynarodowymi ustaleniami i było powodem starć Camerona z innymi przywódcami podczas unijnych szczytów.

Kolejną ilustracją jest niedawna reakcja Wielkiej Brytanii na nowe wyliczenia Komisji Europejskiej, która wezwała do zapłaty 1,7 miliarda funtów składek członkowskich. Brytyjski rząd z miejsca zapowiedział, że Unia nie ma co liczyć na zapłatę w terminie i nie dojdzie do niej bez uprzednich negocjacji. KE stanowczo odmawia, gdyż suma ta jest wynikiem standardowych wyliczeń wynikających z unijnych traktatów. W obu przypadkach tupet, z jakim Wielka Brytania sprzeciwia się przestrzeganiu zasad i wypełnieniu zobowiązań zawartych w podpisanych ustaleniach unijnych, jest tyleż niespotykany, co dla obecnej sytuacji symptomatyczny.

Jednocześnie trudno sobie wyobrazić, że Brytyjczycy faktycznie Unię opuszczą, bo najzwyczajniej im się to nie opłaca. Dowodzą tego nawet wyliczenia samego rządu – jak ustalił Departament Biznesu i Innowacji Wielka Brytania zawdzięcza członkostwu we wspólnocie około 6% swojego PKB – głównie dzięki ułatwieniom dla handlu i sektora finansowego. Z członkostwem w Unii związane jest też około 3,5 miliona brytyjskich miejsc pracy.

Opublikowane niedawno przez naukowców z University College London wyniki badań nad ekonomicznymi skutkami migracji europejskiej, jasno pokazują też, że brytyjska gospodarka zyskuje na przybyszach z Unii. W latach 2000-2011 wpływy z podatków tej grupy były wyraźnie wyższe niż wydatki na nią z tytułu świadczeń społecznych – w efekcie imigranci z UE dołożyli w tym okresie ponad 20 miliardów funtów do brytyjskiego budżetu. Patrząc wyłącznie na imigrację z Europy Środkowej i Wschodniej, czyli tę, którą konserwatyści zwalczają najzapalczywiej, zobaczymy, że ich wkład podatkowy był w tych latach o 12% wyższy od wydatków, które budżet na nich poniósł, i wyniósł jedną czwartą całkowitej kwoty.

Inne powody, by pozostać we wspólnocie można wyliczać w nieskończoność – są to chociażby potencjalne konsekwencje brexitu dla stosunków międzynarodowych, takie jak utrata wpływów w Europie czy zmniejszenie atrakcyjność Wielkiej Brytanii jako partnera Stanów Zjednoczonych, dla których nie będą mogli już być przysłowiową furtką do Europy.

Wydaje się, że Cameron także zdaje sobie z tego sprawę i wcale nie myśli poważnie o odejściu, a retoryka jego partii w ostatnich latach jest raczej efektem krótkoterminowych politycznych kalkulacji. Można się jednak zastanawiać, czy w pogoni za głosami nie popchnął Wielkiej Brytanii w kierunku, z którego trudno będzie ją zawrócić. Jeśli zdoła utrzymać się u władzy, będzie musiał dotrzymać powtarzanej wielokrotnie obietnicy zorganizowania referendum w 2017 roku. Zakładając, że sytuacja gospodarcza Wielkiej Brytanii się nie zmieni, a Unia pozostanie w kryzysie, kto wie, jaki może być jego wynik.

Imigranci, wszędzie imigranci

To, jak daleko torysi są w stanie podążać za Farage’owską retoryką, pokazali, kiedy wycofali brytyjskie wsparcie akcji ratowniczych u wybrzeży Włoch, które za cel mają pomoc regularnie tonącym łodziom z nielegalnymi imigrantami. W trakcie dyskusji na ten temat w Izbie Gmin sekretarz spraw wewnętrznych i minister ds. imigracji ramię w ramię przekonywali, że ratowanie tych ludzi jest niewskazane, gdyż zachęca innych do podejmowania przepraw. Konserwatyści mogą uważać, że antyimigracyjna retoryka jest im na rękę, a wręcz jest niezbędna, by odebrać głosy UKIP-owi. Ale fakt, że w imię tej retoryki są w stanie odwrócić głowę w momencie, gdy na progu Europy corocznie giną tysiące ludzi, pokazuje, jak dalece się w niej zagubili. Jest też ponurym dowodem na to, że do wprowadzenia w życie swoich postulatów UKIP wcale nie musi być w rządzie.

Już teraz widać, że stosowanie wobec Farage’a strategii appeasmentu, czyli oswajania, odbija się Cameronowi czkawką – wszystkie te działania okazują się wodą na młyn UKIP-u. Nie dość, że przekroczył on ostatnio pułap 15-procentowego poparcia, to do tego zaczyna podkradać torysom parlamentarzystów – już dwóch z nich zmieniło barwy, a mówi się o następnych w kolejce.

Wszystkie dzieci Farage’a

Ipsos MORI opublikował ostatnio ciekawe badania na temat politycznej niewiedzy wśród obywateli 14 krajów na całym świecie. Wykazały one, że przeciętny brytyjski obywatel uważa, iż odsetek imigrantów w jego kraju jest niemal dwukrotnie wyższy niż w rzeczywistości. W pytaniu o odsetek muzułmanów średnie przeszacowanie jest aż czterokrotne. Trudno nie zastanawiać się, do jakiego stopnia dane te mają związek z nowo obraną strategią konserwatystów.

Bo w całej sytuacji najbardziej niepokoi to, że skutki tego ideologicznego zwrotu będą miały konsekwencje nie tylko polityczne i gospodarcze, ale przede wszystkim społeczne. „Faradżyzacja” nie dotknie tylko polityki partyjnej, ale zostawi ślady na całym organizmie społecznym. A przesunięcia w debacie publicznej, a co za tym idzie w świadomości społecznej, za kilka lat mogą być trudniejsze do przezwyciężenia niż jakakolwiek stagnacja gospodarcza. Izolacjonistyczne i ksenofobiczne postawy stały się już medialną codziennością i nie wiadomo, jak wiele jeszcze trzeba, by pokazały się też na ulicach.

I nawet jeżeli niebawem przekonamy się, że Farage okaże się tylko tymczasowym fenomenem i szybko zniknie z politycznej mapy, to żadna z tego pociecha, jeśli do tego czasu Wielka Brytania zaludni się jego politycznymi dziećmi.

 

Bio

Szymon Grela

| Publicysta, socjolog

Współpracownik Fundacji Kaleckiego. Publikuje w Krytyce Politycznej, OKO.press i Gazecie Wyborczej.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.