UE

Gdzie są węgierscy pracownicy?

Nóra Diószegi-Horváth

W 2010 roku, tuż po objęciu władzy, rząd Orbána obiecywał stworzenie w ciągu dziesięciu lat jednego miliona nowych miejsc pracy. Po ośmiu latach staje się już jasne, że jeśli w ciągu następnych 30 miesięcy nie wydarzy się jakiś cud, to osiągnięcie tego celu będzie raczej trudne.

Jednak już teraz wiadomo na pewno dwie rzeczy. Po pierwsze setki tysięcy ludzi zostały zmuszone do udziału w publicznych programach zatrudnienia, ale nie udało się im dokonać przejścia na pierwotny rynek pracy (czyli ten, gdzie panują ustabilizowane warunki, są dobre perspektywy awansu i wysokie bezpieczeństwo zatrudnienia). W skutek tego powstał coraz szerszy i biedniejszy segment społeczeństwa, gdzie żyje się tuż nad granicą ubóstwa bez perspektyw na poprawę sytuacji materialnej. Po drugie od 2013 roku nieubłaganie narasta fala emigracji: niezależnie od wieku, wykształcenia albo zawodu, Węgrzy wyjeżdżają z kraju. Pozostaje próżnia na rynku pracy, której nie da się zapełnić.

Jeżdżący do pracy za granicą są w nietypowej sytuacji – mieszkają na Węgrzech, ale czasem biorą krótko i długoterminowe oferty pracy za granicą. O nich mówi się mniej, mimo że powody, dla których decydują się na taki trudny, niejednokrotnie nieustabilizowany tryb życia stanowiący duże obciążenie dla całych rodzin, mówi wiele o warunkach pracy na Węgrzech.

Lepiej niż to

Tiszavasvári to liczące 13 tysięcy mieszkańców miasteczko w północno-wschodnim zakątku Węgier, komitacie Szabolcs-Szatmár-Bereg. W dwóch częściach Tiszavasvári, Bűd i Szentmihály, znajduja się osiedla, gdzie żyje kilka tysięcy Romów. Dość często podejmują się oni dorywczych lub regularnych prac w państwach zachodnich.

fot. Péter Zsolnai

Zatrudnienie znajdują zwykle w rolnictwie, przy produkcji przemysłowej, w branży budowlanej. Niektórzy specjalizują się transporcie pracowników jeżdżących za granicę.

Na przykład Gábor ma na koncie już kilka wyjazdów do pracy i robi w budowlance już od dłuższego czasu. Jest nawet dumny z tego, że jak mówi, Węgrzy nie mają sobie równych w pracy przy rusztowaniach, w przeciwieństwie na przykład od Rumunów albo Bułgarów. Pracodawcy szukają więc do takich zadań głównie Węgrów.

Gábor przyjechał do Niemiec przyjmując zaproszenie. Podobny schemat obowiązuje w przypadku wielu innych pracowników: ktoś wyjeżdża, znajduje dobrą pracę, sprawdza się w niej, dostaje zaproszenie by przejechać ponownie, więc rekomenduje następną osobę itd.

– Tego agencje pracy nie mogą zagwarantować. Ludzie zapraszani są do konkretnych rodzajów pracy, bo już się w niej sprawdzili – wyjaśnia Gábor. Jego syn już nawet nie wraca z Niemiec. Przeprowadził się na stałe, bo ma tam dużo pracy i pobyt bardziej mu się opłaca finansowo.

Chociaż Gábor wrócił do Tiszavasvári, to w ten weekend, gdy go odwiedziłem, był bardzo zajęty dzwonieniem do kolejnych kolegów, by entuzjastycznie zaprosić ich na następną robotę.

Więc dlaczego lepiej pracować za granicą?

Nie wymagałoby już żadnych wyjaśnień, gdybyśmy powiedzieli tylko, że chodzi o pieniądze, bo wykfalifikowani robotnicy budowlani mogą zarobić znacznie więcej niż w domu. Niemniej sytuacja jest bardziej skomplikowana. W Tiszavasvári i okolicach trudno znaleźć pracę. Opcji jest kilka: są roboty publiczne, niedaleko działa zakład przetwórstwa drobiu, można jechać do dużych miast, takich jak Nyíregyháza, Miskolc albo nawet Budapeszt. Ale jeśli ktoś – tak jak Gábor, który chce stawiać rusztowania – ma chęć wykonywać jedną wybraną pracę, to ofert brakuje.

fot. Péter Zsolnai

Kiedy komuś udaje się już znaleźć pracę w kraju w wymarzonej branży, to najczęściej pracuje na czarno, więc nie daje praktycznie żadnego bezpieczeństwa. Nawet jeśli pracodawca rejestruje oficjalnie taką osobę i dochodzi do podpisania umowy w sprawie wynagrodzenia, to nie ma żadnych gwarancji, że pieniądze znajdą się na koncie na czas – albo czy w ogóle zostaną wypłacone.

Warunki pracy też sprawiają kłopoty. Hotele pracownicze są przepełnione i się rozsypują, a łatwo zrozumieć, jak ważne są dobre warunki do wypoczynku po całym dniu ciężkiej, fizycznej pracy.

Jeszcze większym problemem jest to, że pracodawcy często nie przestrzegają przepisów BHP. Pracując w sektorze budowlanym na Węgrzech Gábor spotkał się z całą długą listą sytuacji zagrażających życiu: od braku niektórego osobistego sprzętu ochronnego, przez wykorzystywanie narzędzi w innym celu niż ich przeznaczenie po zbyt krótkie lub za mało często przerwy na odpoczynek.

– W Niemczech nie ma mowy o takich rzeczach. Najpierw nie wolno się nawet zbliżyć do pracy, zanim nie przejdzie się szkolenia i zaznajomi ze sprzętem wykorzystywanym w robocie. Potem kilka razy dziennie są kontrole, czy wszyscy używamy sprzętu ochronnego zgodnie z jego przeznaczeniem. Jeśli ktoś nie ma kasku, to musi zejść z rusztowania, tak surowe są przepisy. Robotników się naprawdę chroni. Nadgodziny są płatne. Pilnuje się tego, by były przerwy. Jeśli chodzi o warunki, w jakich mieszkaliśmy, to czasem nie mogłem uwierzyć własnym oczom – opowiada Gábor, sięgając po telefon komórkowy, by pokazać ostatnie zakwaterowanie. – Nie ma tłoku, nie musimy spać ściśnięci w zbiorowej sali w brudzie, kuchnia była porządna, mogliśmy sobie robić posiłki. I nie uwierzysz: w ogrodzie był basen.

Z węgierskiego punktu widzenia szacunek, którym otaczani są pracownicy zagraniczni jest naprawdę trudny do zrozumienia.

Zgadza się z tym Gábor. Nawet jeśli wykonuje się ciężką fizyczną pracę, to ważne jest jak jest się traktowanym. A z doświadczeń Gábora wynika, że jego praca cieszy się szacunkiem, ponieważ dostaje zaproszenia na następne roboty, ale także jest traktowany na miejscu jak człowiek i pracodawcy dbają o jego potrzeby.

Zdarza się

Naturalnie praca za granicą ma też wady i o nich także powinno się rozmawiać.

Jedną z takich wad opisuje László, przyjaciel Gábora, który jest murarzem i też pracuje na budowach. Wyjeżdża, kiedy tylko nadarza się okazja. Dostaje zaproszenia, ale miewał również złe doświadczenia.

fot. Péter Zsolnai

Pewnego razu László postanowił jechać z kolegami do Francji, bo poszła plotka, że jest tam dobra praca. Nie troszcząc się o nic wskoczyli do samochodu i ruszyli do Paryża. Wypytali wcześniej o kilka miejsc, gdzie warto poszukać roboty i na miejscu szybko znaleźli kierownika budowy, który ich zatrudnił. Zgodzili się na przedstawione warunki, wypłata miała pojawiać się co dwa tygodnie. Wyznaczony czas jednak minął, a pieniędzy nie było żadnych. Później też nie dostali wypłaty. Musieli wrócić do domu z pustymi rękoma.

Zdaniem László przed takimi sytuacjami można ustrzec się tylko szukając pracy przez osobiste koneksje, bezpośrednio. To była bolesna lekcja. Jednak uważa także, że praca za granicą to dla niego jedyne wyjście. Dlaczego?

– Tu niczego nie ma. Przynajmniej w okolicy. Można jechać do Budapesztu, ale tam też nie jest tak dużo lepiej niż u tu. Stawki są niskie, warunki gorsze. Dlaczego nie wyjechać za granicę?

Obciążenie dla rodzin

W opisach sytuacji osób wyjeżdżających za granicę do pracy często ignoruje się perspektywę tych, którzy zostają w domu. Pomoże nam ją zrozumieć małżeństwo Ferenca i Erzsébet. Ferenc jest krewnym Gábora; parę razy nawet pracowali razem. Zostawał za granicą całymi miesiącami, żeby zarobić jak najwięcej pieniędzy. Dzięki temu ich dom jest dużo porządniejszy niż większość w miasteczku. Poza tym mieszają sami, ponieważ dzieci założyły własne rodziny i wyprowadziły się – z pomocą rodziców, trzeba zaznaczyć, bo to wielka rzecz.

Ale trzeba było czymś to przypłacić. Kiedy Ferenc pracował na budowach w Niemczech, Erzsébet została w domu, praktycznie całkowicie sama.

– Musiałam całkowicie na nowo ustawić sobie życie. Tu pójść po zakupy, tu zabrać dzieci do lekarza, tu załatwić jakieś papierki. Z tym wszystkim musiałam radzić sobie sama, co nie było proste. A oprócz tych wszystkich rzeczy miałam jeszcze swoją pracę, więc jeszcze ciężej było mi samej zadbać o gospodarstwo. Poza tym, nie jest wcale miło siedzieć samej w domu, kiedy mąż jest daleko, w innym kraju – wspomina Erzsébet.

fot. Péter Zsolnai

Dlaczego nie wyjechali razem? – można zapytać. Zwłaszcza, że w gospodarstwie było tylko ich dwoje.

– Kobiecie po pięćdziesiątce nie jest już łatwo znaleźć pracę. Nawet jeśli była robota dla niewykwalifikowanych pracowników, którą mogłam wykonywać, to pracodawcy szukali młodszych – wyjaśnia, jako że na Węgrzech musi borykać się z takim samym problemem. Kiedyś pracowała w fabryce, przy taśmie produkcyjnej i zajmowała się pakowaniem, ale zajęcie było tak trudne, że odbiło się to na jej zdrowiu i w końcu lekarz medycyny pracy zalecił jej, by poszukała czegoś innego, bo ciało nie zniesie już takich obciążeń. Erzsébet bez wątpienia potrzebuje pracy, ale wakatów prawie nie ma (zwłaszcza w jej okolicy) i nie może wybrzydzać. Znalazła się w impasie.

Tymczasem Ferenc, choć obecnie siedzi w domu, już planuje kolejną wyprawę na budowę do Niemiec. Są rachunki do opłacenia.

Tiszavasvári to tylko jeden przypadek spośród wielu miasteczek znajdującego się w trudnej sytuacji regionu. Sytuacja nie wygląda różowo. Jednakże nie jest też wyjątkowo źle. W całym kraju pracownicy wyjeżdżający za granicę mogą opowiedzieć podobne historie, co  Gábor, László i Ferenc.

Jaka jest ogólna sytuacja?

Każdy z trzech mężczyzn pracuje na budowie. Tymczasem statystyki wskazują, że cała branża budowlana na Węgrzech rozwija się w błyskawicznym tempie. W pierwszym kwartale 2018 roku zbudowano 65 proc. więcej domów niż w analogicznym okresie zeszłego roku. Więc praca jest.

Jednak – potwierdzając jeszcze raz to, co opowiadali mężczyźni z Tiszavasvári – branża budowlana to raczej niebezpieczny sektor.

Według ostatniego raportu ministerstwa gospodarki narodowej w branży budowlanej dochodzi do największej liczby śmiertelnych wypadków w całej gospodarce. Odnotowuje się też wiele zdarzeń z poważnymi skutkami zdrowotnymi oraz amputacji.

fot. Péter Zsolnai

Przyczyn jest kilka. Na przykład można wskazać fakt, że 90 proc. zarejestrowanych pracowników należy do nisko wykwalifikowanej siły roboczej, która częściej pada ofiarą wypadków niż wyszkoleni robotnicy. Poza tym wysoki popyt na pracowników skłania emerytów do powrotu do życia zawodowego i choć eksperci wskazują, że osoby starsze nie są bardziej narażone na wypadki niż młodsi koledzy, to jednak w ich przypadku powrót do zdrowia wymaga więcej czasu.

Obecnie w branży budowlanej zatrudnienie znajduje 310 tysięcy osób, w tym 3000-3500 pracowników zza granicy. W przypadku tych ostatnich zagrożenie wypadkiem jest większe – według danych krajowej federacji firm budowlanych – ponieważ nie mają miejscowej wiedzy, brakuje im doświadczenia z narzędziami oraz maszynami wykorzystywanymi na Węgrzech oraz z tutejszą kulturą pracy.

Warunki pracy, jak widać, nie są bynajmniej idealne. Ale to, co budzi największy niepokój, to że według danych z 2017 opublikowanych przez departament inspekcji pracy ministerstwa gospodarki narodowej 47 proc. pracowników brało udział w pracy na czarno. To więcej niż jeszcze rok wcześniej. W tym roku pierwsze letnie szacunki urzędu inspekcji pracy wskazywały, że odsetek ten wyniósł 60 proc.

Brak zabezpieczeń pracowników w sektorze budowlanym jest przerażający. Podobna sytuacja, zarówno jeśli chodzi o pracę na czarno, jak i wypadki, panuje w produkcji przemysłowej oraz w rolnictwie.

Tymczasem rząd zmienił ramy prawne dla stajków, przez co de facto pozbawił związki zawodowe wszystkich środków nacisku, sprawiając, że walka o prawa pracownicze w nadchodzących latach będzie bez znaczenia. Nie da się już żądać rzeczywistych zmian.

Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno się dziwić, że niezależnie od kwalifikacji pracownicy szukają okazji za granicą. Nawet jeśli pociąga to za sobą pewne zagrożenia

Czego można się spodziewać?

Dziś na Węgrzech kształtuje się tendencja, by kierować młodzież w stronę edukacji zawodowej. Chociaż to może zapewnić – przynajmniej młodym Węgrom – profesjonalne szkolenie, którego wymaga rynek pracy, to jednak na drodze stają ciągłe cięcia wydatków na edukacje ze strony rządu. W wyniku tego programy szkół zawodowych nie są w stanie sprostać wymogom XXI wieku. Mimo że uczniowie są bombardowani wiedzą, to jest ona płytka i wchodzą na rynek pracy bez kwalifikacji umożliwiających im konkurowanie z innymi.

I tak obecna gospodarka żąda czegoś innego. Firmy zagraniczne, które zakładają zakłady na Węgrzech (np. koncerny samochodowe), wymagają taniej, nisko wykwalifikowanej siły roboczej. Jednak w celu obniżenia długoterminowych wydatków firmy te będą w najbliższej przyszłości automatyzować proces produkcji. Robotnicy staną się zbędni właśnie dlatego, że nie mają wiedzy specjalistycznej i z tego samego powodu nie będą mogli znaleźć praktycznie żadnej innej pracy.

Nie wygląda na to, by rząd węgierski miał dziś jakieś rozwiązania na takie problemy (zarówno odnośnie do trudności na rynku pracy, jak i błędów w systemie edukacji). Nawet uregulowanie działalności pracodawców wydaje się zbyt skomplikowanym wyzwaniem.

Sytuacja wcale nie napawa optymizmem. Skoro opłaca się jechać i płacić za podróż z romskiego osiedla w  Tiszavasvári aż do Niemiec, Szwajcarii albo Holandii, bo w porównaniu z Węgrami płace w tych krajach są wyższe, warunki pracy bezpieczniejsze, a szkolenie zawodowe bardziej istotne, to pozostaje tylko jedno, ostatnie pytanie: po co ludzie jeszcze tu, na Węgrzech, siedzą?

This article has been produced within the frame of the ACT4FreeMovement program, funded by the European Program for Integration and Migration (EPIM), a collaborative initiative of the Network of European Foundations, and run by European Alternatives, Krytyka Polityczna, the European Citizen Actions Service (ECAS), the Good Lobby and the EU Rights Clinic.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.