UE

Gdula o Brexicie: Europopulizm albo zgon

Próba uratowania sprawy w gabinetach to dziś najprostsza droga do rozwiązania Unii na ulicach.

Sytuacja po głosowaniu na wyspach jest rozchwiana, ale już wyraźnie rysują się dwie wizje zmian w Unii po decyzji Brytyjczyków. Pierwsza, liberalna, wiąże się z dążeniem do minimalizacji strat związanych z brexitem, druga, populistyczno-prawicowa, polega na dociskaniu nacjonalistycznego pedału gazu. Obie drogi to gwarantowany sposób na rozwalenie Unii. Jest jednak jeszcze trzecia opcja, która jest na razie najbardziej niewyraźna, ale obecna zarówno wśród elit jak i w części ruchów społecznych. Napędza ją przekonanie, że warunkiem przetrwania Unii jest jej gruntowne zreformowanie i zacieśnienie integracji. Jeśli ta opcja ukonstytuuje się w coś, co można nazwać europopulizmem, jest dla nas jeszcze jakaś nadzieja.

Łatwo wyobrazić mi sobie liberalne europejskie elity, które zabiorą się do usuwania skutków głosowania za brexitem. Przy sloganach o konieczności zachowania spójności Unii rozpoczną się z Brytyjczykami negocjacje, które toczyć się będą w Brukseli przez długie lata. Jeśli UE dotrwa do ich końca, dowiemy się, że UK wynegocjowało dostęp do kontynentalnych rynków, swobodę dla city i wolność regulowania dostępu cudzoziemców do swojego rynku pracy. W zamian musi jednak płacić jakąś zredukowaną składkę do kasy Unii. Przesłankami dla takiej polityki są istniejące powiązania gospodarcze i szok związany z niemożliwością wyobrażenia sobie UE bez UK. Jakoś przecież możemy się dogadać i chociaż odbyło się referendum, to przecież sprawy mogą wrócić mniej więcej w stare koleiny.

Otóż nie mogą. Głos UK za wyjściem z Unii jest potężnym symbolicznym ciosem we wspólnotę europejską.

Otóż nie mogą. Głos UK za wyjściem z Unii jest potężnym symbolicznym ciosem we wspólnotę europejską. Jeśli dziś liderzy Unii okażą słabość chcąc wynegocjować możliwie małe straty, to pokażą, że UE nie jest niczym więcej niż strukturą reprezentującą bieżące interesy gospodarcze. Na polityczne „nie” wysp potrzebna jest polityczna odpowiedź jasno dająca do zrozumienia, że Unia to wspólnota wartości i losu, z których Wielka Brytania w czwartek właśnie się wypisała. Trudno negocjować z kimś, kto chce mieć swobodę w degradowaniu europejskich współobywateli do roli tanich pracowników bez socjalnych zabezpieczeń i uważa zasady solidaryzmu za opresyjny wymysł.

Przeciągające się negocjacje nie mogą zdominować krajobrazu po brexicie także dlatego, że pogłębią one poczucie deficytu demokracji i przekonanie, że Bruksela chce załatwić sprawę w gabinetach. Znowu Unia to będą oni, którzy załatwiają swoje interesy, czyli wygra definicja sytuacji, jaka w znacznej mierze doprowadziła do brexitu i napędza nastroje antyunijne na kontynencie.

Próba uratowania sprawy w gabinetach to dziś najprostsza droga do rozwiązania Unii na ulicach.

Gdy zatem słyszymy neutralnie brzmiące zapewnienia o tym, że przed Unią i Wielką Brytanią długie negocjacje, nie powinno to działać na nas uspokajająco. Negocjacje o przyszłych relacjach między UE i UK muszą być możliwie szybkie i ostre. Powinny zawierać kwestie kluczowe z punktu widzenia unijnych wartości, które będą dały się komunikować europejskiej opinii publicznej. Trudno przesądzić czy będą to prerogatywy londyńskiego city, bezpieczeństwo pracowników, otwartość granic czy unikanie podatków przez firmy. W negocjacjach muszą jednak uobecnić się europejskie wartości, bo w ten sposób przywrócić można poczucie dumy z bycia Europejczykiem. Jeśli Unia nie zrobi tego wobec Brytyjczyków, to poczucie dumy w całości wezmą nacjonalistyczni populiści i rozegrają je przeciwko Unii.

W ten sposób doszliśmy do drugiej wizji Europy po brexicie, czyli odpowiedzi populistyczno-prawicowej. W pierwszym wariancie chodzi po prostu o powtórzenie referendum w kolejnych krajach i doprowadzenie do frexitu, dexitu, itexitu, itd. Ponieważ o ratowaniu Unii nie ma tutaj w ogóle mowy i chodzi po prostu o jej rozbicie, to o wiele ważniejszy jest drugi wariant prawicowo-populitycznej odpowiedzi. Jest to propozycja ratowania Unii przez zmiany polegające na renacjonalizacji wspólnoty europejskiej.

Diagnoza wygląda tak: Unia cierpiała na nadmiar integracji i zbytnią koncentrację władzy w rękach europejskich elit. Potrzeba nam powrotu do luźniejszych związków, żeby powstrzymać procesy dezintegracji. Jeśli tylko zabezpieczymy większą rolę państw narodowych, to znikną pokusy, żeby wychodzić z UE i zapanuje równowaga sił satysfakcjonująca wszystkie strony. Ten sposób myślenia popularny jest m.in. w Polsce, gdzie opowiada się za nim realnie rządzący prezes Kaczyński.

Propozycja renacjonalizacji to próba pogodzenia sprzecznych tendencji. Z jednej strony niechęci do UE jako organizmu politycznego ograniczającego suwerenność państw narodowych, z drugiej strony strachu mniejszych krajów przed rozpadem UE, który osłabiłby je ekonomicznie i geopolitycznie.

Kłopot w tym, że projekt renacjonalizacji mógł wydawać się odpowiedzią na problemy UE przed brexitem, ale po nim jest to tylko złudzenie pomysłu.

Po pierwsze, dlatego, że krytycy Unii w krajach centrum nie chcą żadnych pośrednich rozwiązań. Le Pen czy Wilders nie chcą reformować Unii tylko zabić „potwora z Brukseli”. Promowanie renacjonalizacji UE zadziała dokładnie tak, jak brawurowy pomysł Camerona na wyspach z referendum, które miał wygrać po renegocjowaniu warunków obecności UK w Unii. Wiemy jak się to skończyło i dokładnie tak samo zadziała forsowanie projektu renacjonalizacji, czyli wzmocni twardych eurosceptyków i przyspieszy katastrofę Unii.

Po drugie, okrojona Unia Europejska nie będzie w stanie zaspokoić aspiracji i potrzeb, jakie mają mniejsze i biedniejsze kraje. Pomniejszona Unia to nieuchronnie mniejsze środki przeznaczane na wspólne polityki np. spójności czy polityki rolnej. Ciężko przecież w klimacie renacjonalizacji zachęcać skutecznie do solidarności. Unia zdegradowana do skorupy instytucjonalnej wspólnego rynku nie będzie też zdolna do prowadzenia ambitnej polityki zagranicznej np. wobec Rosji. Górę zawsze wezmą narodowe interesy niemieckie czy węgierskie.

Brexit uruchomił dynamikę, której propozycja renacjonalizacji nie jest w stanie powstrzymać. Może to zrobić tylko projekt, który radykalnie zmieni definicję sytuacji i poczucie wyczerpywania się dotychczasowej formuły integracji, zmieni na entuzjazm dla nowego początku.

Elementy tego projektu można dziś odnaleźć w reakcjach niemieckich polityków deklarujących, że nie mają zamiaru czekać na negocjacje z UK do jesieni, a także w głosach ruchów społecznych i partii lewicowych krytykujących UE za brak demokracji i uleganie kręgom biznesowym. Problemem jest to, że jak na razie elementy te są ze sobą słabo połączone i pozostają mieszaniną odruchów i ogólnie słusznych formuł w stylu należy pogłębić demokrację w UE.

Jeśli te tendencje mają wyklarować się w realną propozycję polityczną, musi ona wyrazić emocje, jakie mają dziś europejczycy i zahaczyć się o konkretne propozycje zmian, które będą mogły stać się symbolem nowego europejskiego projektu. Miliony Europejczyków chcą dziś pójść w ślady UK, ale prawdopodobnie więcej chce dziś Wielkiej Brytanii pokazać fucka.

Miliony Europejczyków chcą dziś pójść w ślady UK, ale prawdopodobnie więcej chce dziś Wielkiej Brytanii pokazać fucka.

Spokojnie można sobie wyobrazić Unię bez UK. W końcu od dłuższego czasu forsowała rozwiązania korzystne dla wielkiego kapitału, krytykowała rozwiązania socjalne i pchała się w każdą wojnę wywoływaną przez USA w regionie. Jeśli poczucie dumy chce budować na szczuciu na przyjezdnych, to celtycki krzyżyk na drogę.

Zwolennicy Unii pukają się w czoło, gdy słyszą, że UE to nowe ZSRR, ale gdy boją się, że teraz Unia rozsypie się jak domek z kart, nieoczekiwanie biorą historię ZSRR za model w myśleniu o ewolucji wielkich struktur politycznych. Tymczasem najbardziej oczywisty przykład Cesarstwa Rzymskiego pokazuje, że ciężar polityczny może przesuwać się regionalnie pozwalając na trwanie projektu politycznego. Cesarstwo coraz bardziej przesuwało się na wschód i trwało jeszcze 1000 lat po tym jak na zachodzie rozpadły się struktury rzymskiego świata. Podobnie może stać się dzisiaj z UE. Ciężar polityczny i gospodarczy przesunie się do centrum kontynentu, co może pozwolić na uniknięcie chaosu i uczynienia z Europy miejsca bezwzględnej rywalizacji miedzy USA, Rosją i Chinami.

Żeby jednak można było pomyśleć nową Unię, potrzeba czegoś więcej niż wiary, że może ona istnieć bez UK. Konieczne są zmiany, które dadzą ludziom poczucie wpływu na funkcjonowanie Unii. Sprawa nie może skończyć się na zapewnieniach, że przedstawiciele komisji lub parlamentu europejskiego będą lepiej wsłuchiwać się w głos obywateli albo co gorsza, że będzie więcej kampanii informacyjnych. Listy wyborcze do parlamentu europejskiego powinny być wyraźnie firmowane przez frakcje, do których należą partie narodowe i jednocześnie podczas wyborów konkurować ze sobą muszą kandydaci poszczególnych frakcji na szefów Komisji Europejskiej. Jeśli ludzie nie poczują, że mają bezpośredni wpływ na wybór szefa KE, to Unia kojarzyć się będzie ze światem elit, czyli przestanie istnieć.

Zmiany w systemie głosowania muszą zostać uzupełnione odchudzaniem unijnego aparatu. Byłoby świetnie gdyby model stosunków pracy i wynagrodzeń dla urzędników i parlamentarzystów rozprzestrzeniał się na inne sfery gospodarki, ale niestety tak nie jest. Póki sytuacja nie ulegnie zmianie horrendalne zarobki urzędniczych i politycznych elit Unii są dla niej kamieniem u szyi. Urzędnik ma zarabiać przyzwoicie, ale nie może zarabiać trzy razy więcej od profesora i sześć razy więcej od policjanta. To budzi słuszną nienawiść do aparatu Unii i wymaga radykalnej zmiany.

Bez wątpienia znajdą się ludzie skłonni pracować za połowę dzisiejszych stawek i będą mieli przy tym lepszy kontakt z rzeczywistością.

Jednym z największych problemów Unii jest poczucie, że w ważnych kwestiach dopuszcza ona wyjątki. Dotychczasowe tolerowanie brytyjskiego wyjątku to tylko jeden z wielu przykładów. Można do tego dodać tolerancję dla wielkich firm, jeśli idzie o unikanie płacenia podatków, dopuszczanie wyjątków, jeśli idzie o zatruwanie środowiska czy ostatnio akceptację dla słabo kontrolowanego napływu imigrantów do Europy. Skutkuje to poczuciem braku rządności, które przybiera polityczną formę nostalgii za suwerennością narodową. Nasi przecież nie będą dopuszczać wyjątków. Jest to oczywiście nieprawda w stosunku do silnych, bo mniejsze kraje będą w negocjacjach z kapitałem na straconej pozycji, a tam, gdzie jest to prawda, czyli w stosunku do słabych np. uchodźców, skutkiem będzie czyste barbarzyństwo. Dlatego jednym z ważnych elementów nowej Unii musi być przywrócenie wiary w jej moc regulacyjną. Nie może być akceptacji dla jazdy na gapę dla bogatych. Nie może być też zgody na łamanie prawa przez nowych przybyszów do Unii. Alternatywą dla wyrażenia się odczuć europejczyków w języku poszanowania prawa są niestety fantazje o powrocie do homogenicznych wspólnot narodowych.

Jeśli projekt europopulizmu nie wykluje się gdzieś na przecięciu części europejskich elit i ruchów społecznych, łącząc demokratyczne ideały z bezpieczeństwem socjalnym i równością wobec prawa, to rzeczywiście górę wezmą zwątpienie i egoizm. Nie będzie się z nich dało ani ułożyć niczego nowego ani zachować tego, co jeszcze istnieje.

Bio

Maciej Gdula

| Socjolog, publicysta Krytyki Politycznej

Socjolog, pracownik Instytutu Socjologii UW. Zajmuje się teorią społeczną i klasami społecznymi. Badał i popularyzował m.in. teorię P. Bourdieu, N. Luhmanna i B. Latoura. Z Przemysławem Sadurą przeprowadził studia nad systemem klasowym, pokazując, jak zastosować można w Polsce teorię klas Pierre’a Bourdieu. Opublikował m.in.: “Trzy dyskursy miłosne” (2009), “Style życia i porządek klasowy w Polsce” (2012, wspólnie z P. Sadurą), “Oprogramowanie rzeczywistości społecznej” (2014, wspólnie z L.M. Nijakowskim) i “Uspołecznienie i kompozycja. Dwie tradycje myśli społecznej a współczesne teorie krytyczne” (2015).

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.