UE

Europa chce myśleć, że imigracja to problem „zewnętrzny”. Myli się.

Wypchnięcie zarządzania migracją poza własne granice nie jest niczym nowym dla Europy.

Portale internetowe i wydania gazet na całym świecie pękają w szwach od zdjęć statków straży granicznej z krajów południa Europy, które przechwytują rozpadające się łódki przemierzające Morze Śródziemne. Te akcje ratunkowe są jednym z najlepszych przykładów tego, co Aristide Zolberg nazwał „zdalnym sterowaniem”, czyli zbiorem praw i praktyk regulujących napływ migrantów jeszcze zanim dotrą oni na terytorium kraju docelowego.

Wypchnięcie zarządzania migracją poza granice własnego terytorium nie jest niczym nowym ani wyjątkowym dla Europy. To w końcu Stany Zjednoczone „odkryły” pomysł przechwytywania łodzi na otwartych wodach jako sposób na zatamowanie napływu Haitańczyków, Kubańczyków i innych niepożądanych migrantów zmierzających na Północ. Nowa jest jednak skala i zakres tych działań. Rządy, które chciałyby podążać za najnowszymi trendami w polityce migracyjnej, będą musiały zmierzyć się szeregiem etycznych i prawnych problemów.

Skoro tak, należałoby zapytać więc: dlaczego nowa linia polityczna wobec migracji jest aż tak popularna? Zgodnie z typową odpowiedzią – ulubioną przez polityków – jest tak, ponieważ obecne działania są wysoce skutecznym sposobem na poradzenie sobie z napływem niechcianych przybyszy. Bo przecież, jeżeli migrantami nie można się zająć po tym, jak dopłyną do swojego celu (Europy), to czy nie byłoby lepiej, gdyby w ogóle nie dopływali? Wielką „zaletą” tej polityki jest również fakt, że odbywa się ona w dużej mierze poza ramami prawnymi, które ograniczają liberalne demokracje. Prewencyjna polityka „zdalnego sterowania” zwalnia kraje, które potencjalnie mogłyby przyjąć przybyszów, z jakiejkolwiek odpowiedzialności. Kraje te spokojnie czekają, aż cieżar – niejako „sam z siebie” – spadnie na barki krajów pochodzenia migrantów i krajów tranzytowych, którym przybędzie dzięki temu obowiązków, ale nie środków finansowych czy zdolności logistycznych, koniecznych do poradzenia sobie z nimi.

Eksternalizacja, czyli wypychanie

To bardzo prosta i pociągająca logika, która wydaje się przy tym bardzo racjonalna. W pewnym sensie polega ona na tym, co ekonomiści nazwaliby „eksternalizacją kosztów”, czyli pomysłem przenoszenia kosztownych czy kłopotliwych zadań na podmioty zewnętrzne. Czy ta strategia jest naprawdę skuteczna, kiedy zastosuje się ją wobec migracji, pozostaje (mówiąc delikatnie) kwestią dyskusyjną. Chociażby dlatego, że nie ma łatwego sposobu na zmierzenie skuteczności.

Czy powinniśmy traktować większą liczbę przechwyconych łodzi na otwartym morzu jako pozytywny znak? Czy zmniejszenie liczby migrantów wykrytych na szlakach morskich pokazuje kolejne postępy?

Analizując europejską politykę migracyjną, trzeba raczej postawić pytanie o jej sprawiedliwość. Kraje, z których pochodzą migranci i przez które podróżują, otrzymują raczej niewielkie wsparcie od innych państw – jednocześnie potężne kraje centrum stawiają im bardzo konkretne zadania i wymagają realizacji określonej polityki migracyjnej. Ze względu na różnicę siły nie ma tutaj wielkiego pola do negocjacji. Opór wobec takiego układu narasta z różnych stron. Nie tylko tradycyjnie z okopów organizacji pozarządowych, ale również ze strony obywateli Europy. Dlatego nie sądzę, że na pytanie dlaczego obecna linia polityczna jest tak popularna wśród tych, którzy tworzą prawo, można odpowiedzieć, odwołując się do racjonalnych wyliczeń. Nie, tutaj chodzi o coś znacznie mniej widocznego i znacznie mniej „logicznego”.

Mechanizmy obronne

W końcu nie tylko ekonomiści mówią o eksternalizacji. Ojciec psychoanalizy też miałby tutaj coś do powiedzenia. Z Freudowskiej perspektywy mówimy przecież o nieświadomym mechanizmie obronnym, nastawionym na złagodzenie niepokoju, który mógłby zaburzać normalne funkcjonowanie. Żeby ten proces mógł się zrealizować, potrzebny jest cel – może to być osoba, może też być przedmiot – na który rzutujemy nasze własne cechy charakteru, zazwyczaj te negatywne.

Ten mechanizm pełni bardzo istotną „pozytywną” funkcję. Bez ulgi, której dostarcza, bardzo szybko skończylibyśmy w stanie chronicznej nerwicy. Skutki uboczne są jednak równie istotne i wysoce nieprzyjemne – zwłaszcza dla obiektu naszych projekcji, naszych relacji z tymże obiektem i nawet dla naszego własnego wizerunku. Jasną stroną tego zjawiska jest natomiast to, że trwa ono zazwyczaj jedynie przejściowo i jego skutki można odwrócić po tym, jak poziom niepokoju zostanie opanowany.

Czy jest to równie łatwe, kiedy mamy do czynienia z eksternalizacją kolektywną – kiedy podmiotem nie jest jednostka tylko cała społeczność? Trudno powiedzieć. Spojrzenie na europejską politykę „zdalnego sterowania” migracją przez psychoanalityczną soczewkę pozwala natomiast zauważyć, że fascynacja polityków tymi toksycznymi pomysłami ma swoje źródła ma w znacznej mierze w czynnikach „wewnętrznych”, a nie na zewnątrz kontynentu.

Jeśli Europa rzeczywiście chce skonfrontować się z problemem migracji, to mogłaby rozpocząć tę konfrontację od spojrzenia w lustro.

Ruben Zaiotti jest dyrektorem European Union Centre of Excellence oraz profesorem nauk politycznych na Uniwersytecie Dalhousie w Kanadzie. Jest autorem książki „Cultures of Border Control: Schengen and the Evolution of European frontiers”. Pisze na temat Europy i kontroli granic na stronie Schengenalia oraz na Twitterze (@Schengenizer)

Tekst ukazał się na stronach The London School of Economics and Political Science, tytuł pochodzi od redakcji. Artykuł publikujemy na licencji Creative Commons CC BY-NC 3.0. / przeł. Dawid Krawczyk

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.