UE

Polska cela czy Bruksela

donald-tusk

Ten miesiąc będzie kluczowy dla najbliższej politycznej przyszłości Donalda Tuska. Podczas szczytu na Malcie rozstrzygnie się, czy były polski premier zostanie wybrany na drugą kadencję jako przewodniczący Rady Europejskiej. W Brukseli czy w Warszawie, z Jarosławem Kaczyńskim łatwo mu nie będzie.

Przez długi czas wydawało się, że wybór ten będzie wyłącznie formalnością. Odkąd rządy jesienią 2015 roku objął PiS przestało to być takie pewne. Partia Jarosława Kaczyńskiego kluczyła w kwestii tego, czy udzieli, czy też nie udzieli Tuskowi poparcia. Od jesieni zeszłego roku stanowisko rządu w tej sprawie stawało się jednak coraz bardziej niechętne drugiej kadencji Polaka. Jarosław Kaczyński już w październiku mówił, że rząd nie poprze drugiej kadencji Tuska, gdyż w najbliższym czasie „postawione mu mogą być poważne zarzuty”. Jak donosił w czwartek „Financial Times” (a weekend zaprzeczyli temu m.in Patryk Jaki i Jarosław Gowin), w prywatnych rozmowach z europejskimi politykami (w tym z Angelą Merkel) Kaczyński miał przestrzegać, że Polska rozważa wydanie „europejskiego nakazu aresztowania” dla Tuska.

Czy to wszystko powstrzyma kolejną europejską kadencję byłego lidera PO? Niekoniecznie. Polska nie ma w tej kwestii prawa weta, jej poparcie nie jest niezbędne do wyboru Tuska, wystarczy, by poparła go większość państw UE. A poparcie Tusk ma spore i żadnego poważnego kontrkandydata. Z drugiej strony, dotychczasowa praktyka nakazywała wybór na takie stanowiska osób budzących jak najmniej kontrowersji, zdolnych uzyskać poparcie wszystkich zainteresowanych stron. Ataki polskiego rządu na Tuska mogą ośmielić jego ewentualnych konkurentów, którzy teraz czekają aż polski rząd zrobi za nich brudną robotę i odkryją swoje karty dopiero wtedy, gdy będą pewni, że faktycznie będą mogli walkę z Tuskiem wygrać.

Ciągle nie wiadomo jednak, czy rząd PiS naprawdę będzie się starał kandydaturę Tuska otwarcie blokować. Bo do czego jest mu to tak naprawdę potrzebne?

Spalić zbawcę

Przede wszystkim do rozgrywek na niwie wewnętrznej. Pragnienie upokorzenia i ukarania Tuska – najlepiej za Smoleńsk, a jeśli nie będzie się dało, to przynajmniej za Amber Gold – wielokrotnie artykułowane było przez bliskie rządowi środowiska. Bez wątpienia scenariusz, w którym rząd PiS blokuje drugą kadencję Tuska, a następnie w kraju, przeciąga go przez komisje ds. katastrofy w Smoleńsku i Amber Gold, a w końcu stawia mu prokuratorskie zarzuty, doskonale rezonowałby w twardym elektoracie partii i obsługującym go medialnym zapleczu.

Rok Tuska w Brukseli: Rzemiosło to za mało

Wymuszony powrót wiosną tego roku Tuska do kraju znacznie redukowałby też szansę na scenariusz „przybycia z Brukseli na białym koniu zbawcy opozycji”. Tusk bez wątpienia grał na niego. Dwie kadencje w Brukseli wydawały się idealnie wyliczone z punktu widzenia jego obecności w polityce krajowej. Druga kadencja dobiegłaby końca jesienią 2019 roku. Tusk wróciłby do kraju pewnie zaraz po wyborach parlamentarnych (zakładając, że nie odbyłyby się wcześniej), jakieś 7 miesięcy przed prezydenckimi. To by mu dało idealny czas na kampanię i walkę o prezydenturę z Andrzejem Dudą.

Miałby spore szanse. Jeśli antypisowska opozycja by wygrała wybory parlamentarne, Tusk mógłby stać się kandydatem całego liberalnego obozu. Gdyby przegrała, tym bardziej opozycja skupiłaby się wokół niego, jako jedynego człowieka, który pokonując Dudę może nas ocalić przed drugą kadencją PiS z pełnią władzy.

Jednak powrót Tuska do polskiej polityki już w tym roku byłby dla niego fatalny i mógłby poważnie spalić szanse na przyszłą prezydenturę. Zabrałby mu aurę sukcesu i świeżości, w jakiej wracałby do Polski w 2019 roku. Przez ponad trzy lata dzielące nas od wyborów prezydenckich Tusk pozbawiony stanowiska w Brukseli albo popadłby w zapomnienie albo by się politycznie zużył – w codziennych sporach nie tylko z PiS, ale i z własnym środowiskiem politycznym.

Powrót Tuska do polskiej polityki już w tym roku byłby dla niego fatalny.

W tym ostatnim Tusk za bardzo nie ma dziś tak naprawdę za bardzo, co robić. Teraz nie jest do niczego potrzebny Platformie, Nowoczesnej, czy KOD. Grzegorz Schetyna nie po to przez lata znosił od Tuska upokorzenia i bycie wiecznym numerem dwa, by teraz oddać mu władzę nad partią, czy choćby bez walki dopuścić do wspólnego sterowania nią. Scenariusz, w którym już w tym roku Tusk jednoczy całą liberalną opozycję, jest z kolei po prostu nierealny.

Dodajmy do tego spektakl przesłuchań w sprawie Amber Gold i Smoleńska, a otrzymamy bardzo niekorzystny dla Tuska obraz. Czas ma w polityce fundamentalne znaczenie – Tusk wracający z Brukseli w 2019 mógłby być zbawcą na białym koniu. W 2017 Tusk razem z koniem utoną w bagnie polskiej polityki w podobny, choć znacznie mniej stylowy sposób, do tego, jak utonął książę Józef Poniatowski w wodach Elstery.

Siekierkę za kijek

Wydaje się więc, że na scenariuszu utrącenia drugiej kadencji Tuska PiS może tylko zyskać. Sprawa nie jest jednak taka prosta. Co PiS zyska w Polsce, straci w Europie. Minister Waszczykowski może bowiem publicznie narzekać, że Tusk wcale nie dba o polskie interesy w Unii i nie jest dla polski żadnym zasobem na tym stanowisku, ale prywatnie nie może raczej nie wiedzieć, że rząd PiS nie znajdzie w Europie żadnego innego kandydata na tą posadę, żadnej innej osoby, która w kluczowych dla najbliższej przyszłości Europy sprawach byłaby mu bliższa.

Jak ostry nie byłby polityczny spór w Polsce, i Tusk, i PiS zgadzają się co do pewnych kwestii w Europie. Łączy ich sceptycyzm co do przyjmowania uchodźców w Europie na szeroką skalę i towarzyszące mu przekonanie, że kryzys uchodźczy to głównie kryzys bezpieczeństwa, wymagający wzmocnienia i uszczelniania unijnych granic. Polski rząd i obecny przewodniczący RE zgadzają się co do kwestii bezpieczeństwa i polityki wobec Rosji. Nie są zwolennikami bardziej pogłębionej integracji w wymiarze socjalnym, czy polityk gospodarczych.

W kwestii ewentualnych sankcji nałożonych na Polskę przez KE za łamanie zasad praworządności w związku ze sporem o TK, Tusk zachowywał daleko idącą powściągliwość. Jego następczyni może mieć zupełnie inne nastawienie. Naprawdę, ktokolwiek zastąpiłby Tuska na stanowisku szefa UE, w żadnej z fundamentalnych dla rządu PiS kwestii nie będzie bliższy Warszawie, niż były szef PO.

Warto pamiętać, że po tym, gdy przewodniczącym Parlamentu Europejskiego został chadek Antonio Tajani we władzach europejskich niedoreprezentowana jest druga co do siły rodzina polityczna, socjaldemokraci. Jeśli uda się zablokować kandydaturę Tuska, o stanowisko szefa RE upomnieć się mogą skutecznie właśnie europejscy socjaliści. Mówiło się, że o walce o posadę Tuska myśli obecny prezydent Francji, François Hollande. Hollande, czy w ogóle socjaldemokrata (zwłaszcza z europejskiego południa) byłby dla Warszawy o wiele mniej wygodnym partnerem w takich kwestiach, jak kryzys uchodźczy, niż Tusk.

Sukces PiS w zablokowaniu kandydatury Tuska będzie więc na arenie europejskiej dealem typu „zamienił stryjek siekierkę na kijek”.

Pokaz słabości i małostkowości

Jeśli, mimo wyraźnego sprzeciwu PiS, Tusk i tak zostanie wybrany, to będzie to pokaz tego, jak mało w Europie znaczy dziś zdanie rządu Beaty Szydło. Media rządowe, z TVP na czele, będą oczywiście przedstawiać to, jako wyraz „dyktatu Brukseli” i niesprawiedliwego wspierania opozycji wobec PiS przez Zachód, ale obraz słabości pozostanie.

Jeśli, mimo wyraźnego sprzeciwu PiS, Tusk i tak zostanie wybrany, to będzie to pokaz tego, jak mało w Europie znaczy dziś zdanie rządu Beaty Szydło.

Czy Europa zdecyduje się na taki scenariusz? Czy Angela Merkel układając się z Kaczyńskim nie sprzedała przypadkiem poparcia dla Tuska? Przekonamy się w najbliższych tygodniach. Na razie ze sprzeciwem PiS wobec tej kandydatury nikt się specjalnie nie liczy. Nawet kraje wyszehradzkie, razem z którymi mieliśmy budować stanowiące przeciwwagę dla dyktatu Brukseli i Berlina „Międzymorze”, raczej wydają się stać za Tuskiem. Oficjalnie jego kandydaturę poparł czeski minister spraw zagranicznych, Lubomir Zaorálek.

Taki pokaz słabości w Europie może kosztować PiS politycznie także na arenie krajowej. W dodatku blokowanie drugiej kadencji Polaka-przeciwnika politycznego może zostać zinterpretowane przez część umiarkowanych – głosujących wcześniej na PiS, czy prezydenta Dudę – wyborców jako przejaw niezrozumiałej mściwości i małostkowości. Niewykluczone, że w odległej perspektywie przełoży się to na kilkadziesiąt tysięcy ważnych dla PiS głosów mniej.

Co jak co, ale głosy Jarosław Kaczyński liczyć umie. Nie zdziwię się więc, jeśli ataki pod adresem Tuska okażą się wyłącznie spektaklem na potrzeby Klubów Gazety Polskiej, a nasza dyplomacja tak naprawdę palcem nie kiwnie, by Tuskowi realnie na Malcie zaszkodzić.

Co zostaje z Tuska

Tym nie mniej na miejscu Tuska mobilizowałbym wszystkie dostępne zasoby, by zapewnić sobie drugą kadencję. Scenariusza powrotu do kraju dziś Tusk w zasadzie nie może politycznie wygrać.

Sutowski: Złudzenia Tuska

Co skłania do pytania, co zostaje po jego kadencji w Brukseli? Pod wieloma względami jest ona podobna do jego kadencji jako lidera polskiego rządu. I w Warszawie i Brukseli Donald Tusk rządził ostrożnie i kunktatorsko. Często poruszał się w dobrym kierunku, ale zbyt wolno i powściągliwie. Nie był w stanie dostrzec skutków, jakie generuje jego polityka – czy to na zostawionej sobie polskiej prowincji, czy wpędzonym w spiralę długu europejskim południu.

Jako premier RP ma miejsce w historii – jako osoba, która jako pierwsza dwukrotnie wygrała wybory i była w stanie ustawić sobie całą scenę polityczną. Na tle jego następców rządy Tuska można nawet wspominać z pewnym sentymentem. Z drugiej strony, największą klęską Tuska w Polsce, jest frustracja, jaka wyniosła do władzy Kaczyńskiego.

Druga kadencja w Brukseli dawała Tuskowi szansę na bardziej asertywne, odważne, szukające nowych idei przywództwo w Europie i na ponowną walkę o Polskę. Jeśli jednak drugiej kadencji nie będzie, zagrożona jest nie tylko polityczna przyszłość Tuska, ale całościowa ocena jego politycznej drogi. Przed byłym premierem być może najtrudniejsze tygodnie w politycznym życiu.

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

"Wymuszony powrót wiosną tego roku Tuska do kraju znacznie redukowałby też szansę na scenariusz „przybycia z Brukseli na białym koniu zbawcy opozycji”. Tusk bez wątpienia grał na niego."

To jest naiwne myślenie. Jako przewodniczący KE czyli gość z telefonami 27 premierów w Europie, on już teraz dostaje takie propozycje finansowe, przy których pensja prezydenta RPO brzmi jak marna jałmużna...

Pytanie tylko czy to jest Donalda Tuska prorytet....?

Ps2. Dla starszych i ubogich zresztą też rządy PO były straconym czasem.

choćby*

Priorytet czy nie Tusk pewnie powalczyłby o to stanowisko., choć żeby nie znaleźć się z pewnym prawdopodobieństwem w więzieniu w Polsce lub uchodźstwie w Niemczech.

Ps. Czasy Tuska pamiętają dobrze tylko neoliberalne elektoraty PO.Nowoczesnej i PSL. To był stracony czas dla młodszych i uboższych oraz tych, którzy niechętnie by to przyznali stali się "klasą średnią" żyjącą z kredytem hipotecznym pozującą na niezależnych i w imię tego plującą na uboższych współobywateli i współobywatelki, aby wyraźnie się od nich odróżnić. Takie dystynktywne nadrabianie braku bezpieczeństwa, w obliczu ewentualnej utraty pracy lub zamiany na gorszą, to coś co naszym lemingom w końcu wychodzi najlepiej.