„Nie widziałam, jak dorastał mój syn”

Chcecie sklepów otwartych w każdą niedzielę? Jak Ryszard Petru – kupujecie, kiedy chcecie?
Przeczytajcie reportaż Sašy Uhlovej o warunkach pracy w supermarketach Europy drugiej prędkości.

Trzeci reportaż Sašy Uhlovej z cyklu „Bohaterowie pracy kapitalistycznej” opisuje warunki pracy kasjerek i kasjerów w supermarkecie.

Przez pół roku Saša, pod zmienioną tożsamością, pracowała w różnych miejscach jako niewykwalifikowana pracownica: w pralni szpitalu Motol w Pradze, w fabryce drobiu w Vodňanach, w supermarkecie Albert w Pradze, w fabryce maszynek do golenia na północy Czech i w Ostrawie przy segregacji śmieci. W ten sposób chciała dowiedzieć się czegoś więcej o warunkach, w jakich zarabia na życie spora część ludzi wykonujących najprostsze, ale i najpotrzebniejsze prace.

Uhlova: Wykorzystywali mnie ludzie, których lubiłam

**

Jeśli potrafi pani w sklepie kupować, to sprzedawać też

Była to pierwsza rozmowa kwalifikacyjna, podczas której się nie denerwowałam. Za to młodej personalnej drżały ręce i głos, kiedy wymieniała wszystkie czekające mnie benefity pracownicze. Bony żywnościowe, częściowy zwrot kosztów transportu do pracy, karta rabatowa na siłownię, dodatki za pracę w weekendy, w nocy, podczas świąt… Mówiła, że osoby pracujące dorywczo dostały właśnie podwyżkę i zarabiają 100 koron [ok. 16,40 zł – przyp. tłum.] na godzinę, ale nie była pewna, jak wygląda sytuacja stałego personelu.

Próbowała przekonać mnie do pracy na cały etat. Mówiła też, że nie powinnam się bać pójść na kasę:

– Odpowiedzialności materialnej boją się wszyscy, ale jeśli potrafi pani robić zakupy, na pewno poradzi sobie pani z kasą, nie zdarzają się żadne manka.

Ostatecznie minął miesiąc, zanim zaczęłam pracować. Chcieli ode mnie świadectwo maturalne, odpis z dokumentacji medycznej, zaświadczenie od lekarza zakładowego, zaświadczenie z Krajowego Rejestru Karnego oraz dokument potwierdzający, że płacę składki zdrowotne i społeczne. Miałam przynieść czarne spodnie, solidne buty i kłódkę do szafki.

Jak zabawa w sklep

Dostałam kasę z pieniędzmi, pieczątkę, flamaster, klucz do swojej kasy. I szereg rad, które od razu zapomniałam. Menadżerka powiedziała, że do piątku będę robić od pierwszej po południu do wpół do dziesiątej wieczorem.

Zaprowadzono mnie do kasy, przy której siedziała Janinka. Miałam obserwować, jak pracuje. Patrzyłam przez jakąś godzinę, ale nie miałam szansy wyłapać, jakie klawisze naciska, bo robiła to strasznie szybko. Po godzinie powiedziała, żebym usiadła przy swojej kasie, a kiedy obsługiwałam pierwszych trzech klientów, stała za mną i pomagała mi. Później pracowałam już sama. Dość łatwo się nauczyłam, co robić przy płatności gotówką, a co przy płatności kartą, problemem były bony żywnościowe. Każdy ich rodzaj trzeba było wprowadzać trochę inaczej, niektórzy klienci łączyli też różne rodzaje bonów.

Po kilku godzinach nabyłam wprawy i prawie zawsze wiedziałam, co właśnie robię. Zaczęło mi się to podobać, miałam wrażenie, że bawię się w sklep. Mój entuzjazm wytrzymał dokładnie sześć godzin. Później zaczęło mi huczeć w głowie i musiałam porządnie się skupić, żeby nie popełniać błędów.

Potem zapytałam, czy mogę pójść do łazienki. Nie żebym musiała, nauczyłam się nie jeść i nie pić, aby nie musieć sikać, ale czułam, że jeśli nie będę miała chociaż minuty przerwy, pęknie mi głowa. Chwilę trwało, zanim udało się zatrzymać kolejkę do mojej kasy, ale w końcu mogłam pójść. W toalecie zrobiłam kilka ćwiczeń, żeby się pozbierać, i mózg zaczął znowu działać.

Kiedy wieczorem miałam już pójść do domu, w sklepie panowało akurat zamieszanie, dużo klientów, długie kolejki. Trzy razy kategorycznie powtórzyłam, że naprawdę muszę już iść. Mojego męża nie było w domu, dziećmi zajmował się nasz kolega Kolja, który musiał punktualnie wrócić do siebie. Byłam bardzo stanowcza, a kierownik zmiany siedział na kasie blisko mnie, dlatego udało mi się wyjść zaledwie z dwudziestominutowym spóźnieniem.

Benefity nadgodzin

Następnego dnia na kasie obok mnie siedziała pani, która miała dwunastogodzinne zmiany. Ich częścią są dwie półgodzinne przerwy, tyle że tej drugiej ciągle jeszcze nie miała. Głośno pomstowała, a potem zaczęła opowiadać, że wcześniej była zatrudniona bezpośrednio przez supermarket, ale teraz pracuje tylko dorywczo:

– Te ich benefity, masaże! W dupie je mam, złożyłam wypowiedzenie!

Przyszedł Petr, kierownik zmiany, młody, sympatyczny chłopak z długimi włosami, i powiedział, żebym usiadła przy innej kasie. Moja sąsiadka zaczęła głośno krzyczeć:

– Przesadzili panią, żeby mnie pani nie słyszała, ale najpóźniej pod koniec miesiąca zobaczy pani te ich benefity, ha ha!

Niestety już nigdy później nie spotkałyśmy się w pracy.

Siedzący na kasie obok kolega mówił, że lepiej być zatrudnionym przez agencję, bo wtedy ma się więcej benefitów. Starałam się dowiedzieć, jaki benefity ma na myśli. W końcu poinformował mnie, że benefitem jest możliwość ustalania samemu, kiedy ma się zmianę. To samo mówiła Janinka, o której długo myślałam, że jest zatrudniona przez supermarket, ale podobno nie chciała. Bo i tak nigdy nie choruje dłużej niż trzy dni, a teraz może sama ustalać, kiedy pójdzie do pracy.

Manka i napiwki

Zrobiłam manko. Na jakieś sześćset koron [ok. 100 zł]. Może raczej na pięćset, bo część skompensowały napiwki, które dostałam od klientów. Kierownik zmiany chciał wysłać mnie na przerwę obiadową już półtorej godziny po moim przyjściu. Na szczęście udało mi się wynegocjować dodatkowych dziesięć minut, ale później musiałam już pójść. Potem pracowałam bez przerwy przez ponad sześć godzin, było to męczące, obciążające psychicznie. Nie miałam bladego pojęcia, kiedy i jak zrobiłam to manko, ale biorąc pod uwagę, że huczało mi w głowie, nie byłam zbyt zaskoczona.

Podobna sytuacja powtórzyła się później jeszcze dwa razy. Na szczęście już nigdy nie chodziło o tak dużą sumę. Zawsze stawało się to w dni, kiedy nie mogłam długo pójść na przerwę. Wyczerpywało mnie to i zazwyczaj źle przeliczałam wtedy pieniądze w kasie. Idealne były przerwy po czterech godzinach, czyli w połowie zmiany. Kiedy nie miałam przerwy przez więcej niż sześć godzin, nie przeszkadzało mi tak bardzo to, że łamany jest Kodeks pracy, raczej bałam się, że z powodu zmęczenia zrobię bardzo duże manko.

Zazwyczaj miałam jednak w kasie trochę więcej pieniędzy, bo wielu klientów dawało mi napiwki. Ale napiwki należały do Alberta, więc ewentualne manka zmniejszały jedynie tego dnia, kiedy brakowało mi pieniędzy w kasie.

Smiley za uśmiech

Chciało mi się strasznie sikać i pić, nie miałam w kasie drobnych. Trzy razy wzywałam kierownika, żeby anulować paragon. Dwa razy na życzenie klienta. Jedna pani kupiła sobie batonik sojowy, a kiedy się okazało, że kosztuje dziewięć koron (niecałe 1,50 zł], już go nie chciała:

– Kiedy byłam mała, kosztował jedną koronę. Dziewięć to za dużo – rzuciła zniesmaczona.

Za drugim razem już widziałam, że zbliża się storno. Stojąca w kolejce kobieta wyjaśniała swojej sąsiadce, że jest ciekawa, czy wino, które wzięła, kosztuje czterdzieści czy osiemdziesiąt koron:

– Jak będzie za osiemdziesiąt, to go nie kupię – trajkotała zadowolona, a ja wiedziałam, że Vojta przelicza z kimś na górze kasę i że trzeba będzie poczekać, zanim przyjdzie. Tymczasem kolejka się wydłużała, a klienci z wściekłością wystukiwali smsy albo od razu dzwonili, wyjaśniając:

– Słuchaj, jestem w Albercie, znowu jest tu straszna kolejka, spóźnię się.

Za trzecim razem była to moja wina. Klient nie położył plastikowego separatora za swoimi zakupami, a ja przez przypadek nabiłam mu produkty następnego klienta. Kiedy przychodził Vojta, za każdym razem mówiłam mu, że chce mi się sikać, muszę się napić i że nie mam drobnych. Za każdym razem udawał, że mnie nie słyszy. Kiedy z powodu jakiejś błahostki zawołałam go po raz czwarty i powtórzyłam swoją prośbę, powiedział:

– No to niech pani idzie do ubikacji. – I znowu zniknął.

Po kolejnych dziesięciu minutach udało mi się znaleźć bystrą kobietę, która zamykała kolejkę, a każdemu, kto stanął za nią, mówiła, że kasa zostanie zamknięta. Innego sposobu nie ma, bo ludzie nie respektują świateł informujących o tym, która kasa jest zamknięta. Sama nie mogę informować wszystkich klientów, bo nawet nie widzę końca kolejki. Nikt nie zakazuje mi pójść do łazienki, ale czasami po prostu się nie da.

Siedziałam na kasie numer trzy, a kasjerem głównym był Petr, który nigdy nie wysyłał mnie na przerwę od razu na początku zmiany, tylko zawsze jakoś się dogadywaliśmy. Po trzech godzinach zapytałam, kiedy będę mogła pójść. Powiedział, że po facecie z „dwójki”, który przyszedł do pracy przede mną. Kiedy przechodziłam później koło biura, zatrzymała mnie menedżerka. Słyszała moją rozmowę z Petrem, bo była akurat w sklepie:

– To było okropne, jak na oczach klientów pytała się pani, kiedy będzie przerwa. Wyglądało to strasznie!

– Aha… Czyli w ogóle nie mogę się zapytać?

– Nie, niech pani po prostu czeka na swoją kolej.

– Dobrze, już się to nie powtórzy.

Przede wszystkim musimy się ciągle uśmiechać, cokolwiek by się działo. Na tablicy ściennej mieliśmy konkurs „Smiley za uśmiech klienta”, a menedżerka wciąż podkreślała, że mamy być zawsze uśmiechnięci. Kiedy szef wszystkich szefów kupował u mnie arbuzy, a ja zgubiłam rachunek, o który poprosił, ostatecznie nie było z tego afery. Wprawdzie ze zmęczenia chciało mi się tego dnia płakać, ale menedżerka słyszała, że udało mi się go rozbawić:

– Najważniejsze, że się uśmiechał. To jest najważniejsze – z szerokim uśmiechem skomentowała moje niedopatrzenie.

Nic już nie można z tym zrobić

W ciągu pierwszych dni pracy nikt nie powiedział mi, czy będę musiała pracować też w weekend i jakie będę miała zmiany przez następne tygodnie. Pierwszego dnia menedżerka zawołała przez korytarz, że mam przychodzić o pierwszej, a kończyć będę o wpół do dziesiątej. W czwartek poszłam do niej i poprosiłam o przedpołudniowe zmiany. Mój mąż miał na tydzień wyjechać, więc chciałam być z dziećmi. Menedżerka odpowiedziała słodkim głosem, że to niemożliwe, bo zmiany są już rozpisane. Pod koniec miesiąca oznajmiła też, że w kolejnym miesiącu mam takie same zmiany. Na przerwach widywałam młodą kobietę, która już od kilku miesięcy miała popołudniówki.

Kasa numer cztery znajduje się tuż obok miejsca, gdzie siedzi osoba nadzorująca kasy samoobsługowe. Dzisiaj stała tam Erika, która chciała sobie ze mną pogadać. Dzieliło mnie od niej mniej więcej pół metra, ale lepiej od niej słyszałam ciągłe „bip bip”. Erika zapytała mnie o dzieci. Powiedziałam, że pilnuje ich Kolja, i odwzajemniłam pytanie. Odpowiedziała, że ma dziewiętnastoletniego syna.

– A jak długo tu pracujesz?

– Jedenaście lat.

– To zaczęłaś, jak miał osiem lat, nie?

– No.

Zamilkła, a po chwili dodała:

– Nie widziałam, jak dorastał.

Pilnowała go jej mama lub szwagierka. Wstrząsnęła mną gorycz, z jaką to powiedziała. Na początku pracowała za 53 korony [ok. 8,80 zł] za godzinę. Stopniowo nieznacznie podnoszono wynagrodzenie, a teraz jest już podobno dużo lepiej.

Klienci i „spowalniacze”

Wiele osób robiło naprawdę niewielkie zakupy. Na przykład za sześćdziesiąt koron [niecałe 10 zł]: kawałek pietruszki, parę bułek, kawałeczek boczku – było widać, że kupują na dwa posiłki i mają wszystko dokładnie policzone. Była też druga, właściwie mała grupa osób, które ewidentnie w ogóle nie liczyły pieniędzy i kupowały luksusowe produkty ekologiczne. Bardzo skromne i dokładnie wyliczone zakupy robili przede wszystkim starsi ludzie, ale nie tylko oni. Kupowali u mnie też alkoholicy. Wyciągali drobne i kupowali tylko jabola albo piersiówkę.

Zdecydowana większość klientów była bardzo miła. Tych paru, którzy zrzędzili, stopniowo zaczęło mnie irytować. Stawałam się coraz mniej tolerancyjna. Powinnam była obsługiwać 75 klientów na godzinę, a przy tym być miła, nawet kiedy wybrzydzali. Według mnie to technicznie niemożliwe już w chwili, kiedy ktoś robi większe zakupy. Oprócz tego pojawiają się różni spowalniacze, którzy nie mają pieniędzy na koncie i przelewają je on-line stojąc przy kasie, czy osoby płacące różnymi rodzajami bonów żywnościowych.

Niektórzy ludzie byli wielkoduszni i widząc, że coś może spowodować problemy, potrafili bez słowa przeboleć jakiś produkt czy parę koron. Inni zaś nieustępliwie upierali się przy swoim. Na przykład kiedy przez przypadek nabiłam małą jasną bagietkę zamiast małej ciemnej bagietki. Taka sama waga, taka sama cena. Ale klientka chciała ją stornować.

Ludzie, którym dajesz rachunek, albo go wezmą, albo nie. Z tej drugiej grupy wielu komentuje to tak: „Nie chcę, i tak nikt mi nie zwróci pieniędzy”. Albo „Proszę wysłać go Babišowi”. A kiedy nie da się zeskanować jakiegoś kodu kreskowego albo nie umiem znaleźć rodzaju pieczywa, które kupują, mówią: „To chyba za darmo”. Pod koniec miesiąca zaczynałam się już z tego śmiać, sytuacje powtarzały się niczym w teatrze absurdu.

Bez względu na to, czy klientami byli bogaci (duże rozrzutne zakupy), czy biedni (dokładnie wyliczone zakupy za kilka koron), starzy czy młodzi, alkoholicy (jabole, wódka i bułka), czy wyznawcy zdrowego stylu życia (produkty ekologiczne), czytelnicy „Lidovych Novin”, „MF DNES”, „Blesku”, „Sportu”, „Aha”, „Práva”, „Hospodářskych Novin”, „Respektu”, Czesi czy obcokrajowcy, kobiety czy mężczyźni – zazwyczaj byli uprzejmi i wyrozumiali, a sporo z nich wyrażała współczucie dla kasjerek.

Pani Alex na kasę!

Podczas południowej przerwy rozmawiałam z Bedřichem, który jest koło pięćdziesiątki. W Albercie pracuje od czterech lat, po tym jak znalazł się bez posady i nie potrafił żadnej znaleźć. Przez jakiś czas pracował przez agencję pracy, ale zarabiał mniej więcej siedem tysięcy koron [ok. 1160 zł] miesięcznie.

– Nie miałem nawet na jedzenie – wspominał.

Później powysyłał CV do różnych firm, odpowiedzieli mu z naszego Alberta i przyjęli go.

– Teraz już wiem, dlaczego odpowiedzieli tak szybko, tutaj przyjmują z miejsca każdego – skomentował z uśmiechem.

Ale ewidentnie cieszy się, że ma pracę – i że jakoś sobie wtedy poradził, nie wylądował na ulicy. Żyje sam, „i dobrze, bo przynajmniej mogę tu codziennie zostawać do pierwszej w nocy”.

Na początku pracował za 72,50 koron [ok. 12 zł] za godzinę, stopniowo podnoszono wynagrodzenie. Kiedy powiedziałam, że ja dostaję sto za godzinę, zdziwił się.

– Ty masz mniej? – zapytałam.

– No mniej.

Siedział zamyślony, a potem uśmiechnął się: – Ale to dobrze, że masz sto za godzinę, to dobrze. – powtarzał, a ja czułam, że musiał z sobą trochę powalczyć, ale naprawdę dobrze mi życzył.

W pierwszych tygodniach nie udawało się mi porozmawiać z kolegami, ponieważ na przerwy chodziliśmy zazwyczaj osobno, nigdy razem. Kiedy zagadałam się z Bedřichem, przekroczyłam przerwę o niecałą minutę. Stałam na górze przy szafce i kiedy właśnie miałam biec na dół, usłyszałam z głośnika: „Komunikat dla pracowników. Pani Alex proszona na kasę numer cztery”. Wyjaśniło się, dlaczego podejście do przerw w Albercie wydawało mi się niezwykle życzliwe: do tej pory przychodziłam zawsze o kilka minut wcześniej, dzisiaj po raz pierwszy się spóźniłam. Błyskawicznie pobiegłam na dół. Przez korytarz, gdzie na ścianach wiszą wszędzie motywujące cytaty oraz zdjęcia szczęśliwych pracowników, którzy się uśmiechają albo czasami wyglądają na trochę zdenerwowanych.

Helenka Vondráčková

Usiadłam przy swojej kasie, obok siedziała inna pani, na oko pięćdziesięcioletnia Ukrainka. Mówiła po czesku niemal bez akcentu, ale do wszystkich klientów zwracała się na „ty”, co strasznie mnie rozbawiło. Pracowała od wpół do szóstej rano i mówiła, że chce już pójść do domu. Powtarzała to mniej więcej co pół godziny, była na skraju płaczu, miała zaszklone oczy, było widać, że źle się czuje. Krótko po siódmej już dość zdesperowana powiedziała, że o siódmej miała wziąć antybiotyk, który zostawiła w szafce na górze. Piętnaście po siódmej kolejki zrobiły się trochę krótsze i Vojta wreszcie po nią przyszedł, żeby poszli na górę policzyć kasę.

Zaczęłam się bać, że o wpół do dziesiątej nie puści mnie do domu. Mój mąż wyjechał, a Kolja mógł pilnować dzieci tylko do wpół do ósmej, więc mój pięcioletni syn Slávek był w domu sam ze starszym rodzeństwem i oczywiście nie usnąłby przed moim przyjściem. Atmosfera w sklepie gęstniała, wszyscy byli zdenerwowani. Spóźniła się nawet Helenka Vondráčková ze swoim hitem „A ty se ptáš, co já”, którego – jak wiele innych piosenek – słuchaliśmy dzień w dzień. Zazwyczaj leciał krótko po szóstej, ale dzisiaj usłyszeliśmy go dopiero o wpół do siódmej.

Zapytałam Petra, co się dzieje, dlaczego panuje nagle takie zamieszanie i stres. Odpowiedział, że jedna z trzech agencji, które dostarczają pracowników do Alberta, nie wysłała kasjerów. Podobno jutro będzie jeszcze większe piekło.

Najważniejsze, żeby nie było kolejek

Kolejnego dnia po raz pierwszy nie usłyszałam z radia Heleny Vondráčkovej. Przyszłam już dość zmordowana, ale przynajmniej byłam po obiedzie. Po krótkim epizodzie na kasie w tyle zostałam wysłana na kasę numer trzy. Usiadłam tam i miałam wrażenie, że jestem chora. Byłam wyczerpana. Kiedy na przykład podnosiłam osiem dużych plastikowych butelek zapakowanych w jednej zgrzewce, musiałam wstać. Było mi słabo, a chwilę później musiałam jeszcze pójść do toalety. Raz udało mi się poskromić kolejkę i pójść do łazienki, ale później już tylko czekałam na swoją przerwę. Minęły cztery i pół godziny, więc doszłam do wniosku, że chyba o mnie zapomniano, ponieważ w poprzednie dni chodziłam na przerwę po półtorej godziny pracy. Kiedy jedna pani chciała zwrócić pomidory, musiałam zawołać główną kasjerkę. Wykorzystałam sytuację i zapytałam, czy o mnie nie zapomniała. Odpowiedziała, że nie – jeszcze prawie nikt nie miał przerwy. Chwilę później Petr poinformował mnie, że teraz pójdzie inna koleżanka, która siedzi tu już dłużej, a zaraz po niej ja. Powiedział to przepraszającym tonem. Na swoją kolej musiałam czekać jeszcze ponad godzinę. Myślałam już, że zemdleję i się posikam. Petr stał przy kasach samoobsługowych i było widać, że mu głupio.

Kiedy ktoś przyszedł mnie zastąpić, pobiegłam do łazienki, później szybko na górę, zjadłam banana i batonika muesli, zrobiłam sobie kawę i pobiegłam na dół na papierosa. Było parę minut przed szóstą i dlatego ominęła mnie Vondráčková, pewnie puszczali ją tuż po szóstej, kiedy byłam jeszcze na przerwie. Na dwór wyszedł po chwili Petr, więc zapytałam, co się właściwie stało, czy wciąż jest tak mało ludzi i agencja nikogo nie wysyła. Powiedział, że nie, ale „menedżerka ostrzegała, że z kierownictwa regionalnego jeżdżą dziś po sklepach, więc nie może być kolejek, dlatego nie chcieliśmy wysyłać nikogo na przerwę”.

W piątek na początku zmiany przyszłam do Janinki, którą miałam zmienić. Ucieszyła się. W tym momencie pojawił się Vojta i zapytał:

– Co pani tu robi?

– Przyszłam zmienić Janinkę, wysłali mnie tutaj – odpowiedziałam ostrożnie.

Janinka podniosła zmęczone oczy i łagodnie zaznaczyła:

– Pomyślałam, że poszłabym coś zjeść.

Vojta całkowicie ją zignorował, a do mnie powiedział lakonicznie:

– Proszę usiąść na piątce.

Poszłam więc na piątkę zostawiając Janinkę. Siedziała tam jeszcze co najmniej godzinę, uśmiechała się i skanowała, a potem już straciłam orientację, bo zrobił się wielki ruch.

W ostatnim tygodniu wysłali mnie na informację. Stałam tam przez dwie godziny. Mniej więcej po trzydziestu minutach jedna pani przyniosła mi butelkę wody, mówiąc, że to prezent od firmy, żebyśmy pili wystarczającą ilość wody. Później podczas skanowania dowiedziałam się, że kosztowała ona 3,90 CZK [ok. 65 gr]. Inny pracownik przyszedł mi powiedzieć, że dzisiaj między piątą a szóstą przyjedzie do Alberta dyrektor i że mam „uważać”.

Po dwóch godzinach wysłano mnie na przerwę. Kiedy wróciłam, menedżerka powiedziała, że mam pójść na drugą kasę na informacji. To kasa, przy której nigdy nikogo nie ma. Nie podobała mi się perspektywa stania przez kilka godzin na nogach, więc spróbowałam się wymigać:

– Mam schowaną kasę na szóstce.

– To niech sobie pani na chwilę siądzie na tę szóstkę – powiedziała trochę zdezorientowana menedżerka.

Tylko że na szóstce nie było krzesła. Siedząca obok Oksana poradziła mi, żebym wzięła krzesło z naprzeciwka. Po jakichś piętnastu minutach przyszła pracownica tymczasowa, która wyglądała na grubo po sześćdziesiątce. Widziałam ją już podczas przerwy, kiedy bezskutecznie szukała na górze szafki. Stanęła w tym miejscu, z którego wzięłam krzesło. Stała tam przez chwilę, a potem powiedziała:

– Ale ja nie wytrzymam tylu godzin na nogach.

Siedziałam naprzeciwko niej, na krześle, które właściwie ukradłam, i byłam szczęśliwa, że siedzę. Przy kasie stoi się jeszcze gorzej niż na informacji, ponieważ kasa nie jest do tego przystosowana i trzeba się schylać. Po jakichś trzydziestu sekundach uświadomiłam sobie, że muszę oddać swoje krzesło tej pani, ale nie miałam na to najmniejszej ochoty. Zrobiło mi się wstyd, była dużo starsza ode mnie.

Powiedziałam jednak, że dam jej swoje krzesło. Odpowiedziała, że jeszcze trochę postoi, a potem się wymienimy. Oksana zauważyła, że jest tam jeszcze krzesło młodego chłopaka, który poszedł właśnie na przerwę, więc starsza pani je wzięła. Wszystkim nam się wydawało, że to najlepsze rozwiązanie – ten kasjer był naprawdę młody.

Kiedy przyjeżdża dyrektor

Oksana ma zaledwie czterdzieści cztery lata. Zszokowało mnie to. Myślałam, że jest już dobrze po pięćdziesiątce. Jest już babcią, ma dwoje dorosłych dzieci. Pochodzi z Ukrainy, a w Czechach mieszka od ponad dziesięciu lat. Mówi dobrze po czesku i normalnie nie zwraca się do klientów per „ty”, ostatnim razem pracowała bardzo długo, a do tego była chora, więc trochę majaczyła.

Dzisiaj znowu siedziałyśmy na kasach obok siebie i zdążyłyśmy nawet zamienić kilka słów. Powiedziała, że tę poprzednią czternastogodzinną zmianę rozpisali jej na dwa dni:

– Bo nie możesz pracować tak długo, kiedy zatrudnia cię agencja – wytłumaczyła mi. – I dzisiaj też mam zostać dłużej, przez tego kierownika, co ma przyjechać. Poprosili mnie o to.

Wyglądała dużo lepiej niż ostatnio, kiedy była całkowicie wymizerowana, i wydawało się, że nie przeszkadza jej specjalnie, że musi zostać dłużej. Ostatecznie została do wpół do siódmej, a była tam od wpół do szóstej rano, łącznie trzynaście godzin. Chwilę później przechodził obok kierownik naszego sklepu i przyszedł jej podziękować, że zgodziła się został dłużej.

– Nie ma za co – wdzięczyła się Oksana.

– Jest – odpowiedział poważnie i wydawało się, że jest jej naprawdę wdzięczny.

Dostałam migreny. Wprawdzie dużo piłam, podarowali mi przecież wodę za 3,90, co stanowiło sporą motywację, ale brakowało mi chyba cukru. Zaczęło mi się ćmić w oczach i nie widziałam zbyt dobrze kasy. Trwało to mniej więcej półtorej godziny, po czym, kiedy byłam pewna, że dyrektor już odjechał, zapytałam menedżerkę, czy mogłabym coś szybko zjeść, bo przez migrenę źle widzę.

– No pewnie – powiedziała z takim entuzjazmem, że zrozumiałam, iż kontrola zakończyła się sukcesem.

Zrobiłam to, o czym przez cały miesiąc marzyłam. Kupiłam sobie czekoladowe cukierki i błyskawicznie wszystkie pochłonęłam. Od razu zrobiło mi się lepiej.

Pan Vojta wymiata!

W ostatnim tygodniu, kiedy byłam w pracy już półtorej godziny, przyszedł do mnie Vojta, w nadzwyczaj dobrym humorze. Ciągle się szczerząc, zapytał, czy nie chciałabym zrobić sobie już przerwy.

– Dlaczego wygania mnie pan tak wcześnie? – zapytałam go.

Odpowiedział, że po południu znowu mają przyjechać jakieś szychy, więc musimy się jak najszybciej wymienić, żeby nie było później kolejek. Uznałam, że to zasadny argument, i całkiem zadowolona poszłam na przerwę, którą dobrowolnie skróciłam sobie o siedem minut, żeby wszystko poszło sprawniej. Uważałam, że ma to sens, chociaż oznaczało to, że będę pracować bez przerwy przez siedem godzin, albo nawet trochę dłużej, jeśli nie uda mi się skończyć o wpół do dziesiątej. Z czasem przyzwyczaiłam się do Vojty i lubiłam go widywać. Zrozumiałam, że nie jest złym człowiekiem, tylko bardzo mu zależy, żeby wszystko sprawnie funkcjonowało i żeby nie było żadnych kolejek.

Idąc na przerwę, widziałam menedżerkę, która ciągnęła załadowane wózki, i uświadomiłam sobie, że często pracuje fizycznie. Tak samo jak kierownik naszego Alberta, który niemal cały czas tylko nosi, załadowuje, wyładowuje, przewozi. Był ciągle spocony i nigdy nie przestawał pracować. W tym momencie uświadomiłam też sobie, że menedżerce udało się stworzyć w naszym Albercie zespół, w którym panują dobre relacje. Mimo wszystkich nieprzyjemności lubiłam tam przychodzić.

W środę, w piątym tygodniu pracy, powiedziałam menedżerce, że chcę rozwiązać umowę. Przeczytałam ją wcześniej, żeby się upewnić, czy nie ma w niej żadnych dodatkowych warunków dotyczących odejścia z pracy. Nie było. Zakładałam więc, że kierują się przepisami Kodeksu pracy. Menedżerka była w zupełnym szoku. Powiedziała, że nie mogę zrezygnować z dnia na dzień, bo ona musi to wiedzieć co najmniej z trzydniowym wyprzedzeniem. Ustaliłyśmy, że moim ostatnim dniem pracy będzie poniedziałek.

Zgodziłam się na to przede wszystkim dlatego, że wiedziałam, na kim odbiłaby się moja nieobecność następnego dnia.

Na tablicy ściennej pojawiła się lista pracowników z informacją o tym, ilu klientów obsługiwał w maju średnio każdy z nich. Mój wynik to 42 na godzinę, ideałem jest 75, a najlepszy wynik miał Vojta – 72. Obok jego nazwiska menedżerka napisała flamastrem dużą pochwałę: „Pan Vojta wymiata!”

Siedemnaście godzin? Przeżyję to!

Kiedy ostatniego dnia przyszłam do pracy, Petr powiedział, żebym zmieniła Lenkę, jeśli będzie chciała. Lenka gorliwie przytaknęła, a później przyszła do mnie kupić sobie jakąś bułkę na drugie śniadanie. Powiedziała mi wtedy, że będzie dziś w pracy siedemnaście godzin. Od wpół do szóstej rano do wpół do jedenastej wieczorem.

– Jak to możliwe? – zapytałam zdziwiona.

– Chyba mi odbiło wczoraj, kiedy do mnie zadzwonili, a ja się zgodziłam. Miałam zbyt dobry humor – zaśmiała się, a w jej głosie słychać było dumę.

Wiedziała, że sobie poradzi, że wytrzyma siedemnaście godzin. Kiedy koło dziesiątej wieczorem wychodziłam, naprawdę jeszcze tam była. Stała na informacji. Najpierw się przeraziłam, że do tego wszystkiego musi jeszcze stać, ale potem sobie uświadomiłam, że w stanie, w którym się znajduje, pewnie na siedząco usypiałaby, a ciągły ruch, chodzenie po alkohol, obracanie się po papierosy, może pomóc.

Kiedy następnego dnia po południu przechodziłam blisko sklepu, spotkałam ją na ulicy.  Zapytałam, jak przeżyła tę siedemnastogodzinną zmianę. Zaśmiała się i odpowiedziała, że dzisiaj przyszła do pracy już o wpół do szóstej i pracowała osiem godzin. Była z siebie ogromnie zadowolona. Z tego, że jest dobra i wytrzymała.

Ahold nie przyznaje się do odpowiedzialności

Pożegnanie było dla mnie czymś strasznym. Miałam wyrzuty sumienia, że odchodzę i zostawiam tam resztę osób, których będzie teraz mniej i przez to warunki pracy staną się jeszcze gorsze. Zastanawiałam się też ciągle, jak napiszę reportaż o Albercie. Domyślałam się, że kierownictwo sklepu będzie chciało zrzucić odpowiedzialność na naszą menedżerkę, której wina polega przede wszystkim na zbytniej lojalności wobec firmy.

Moje podejrzenie potwierdziło się, kiedy na początku września moje ustalenia skomentował dla Telewizji Czeskiej Jiří Mareček, rzecznik prasowy spółki Ahold, do której należą supermarkety Albert.

– Przestrzegamy prawa pracy i wszystkie procesy w naszej firmie przebiegają w zgodzie z przepisami prawnymi. Takie sytuacje nie powinny mieć miejsca w naszych sklepach. Jeśli do tego doszło, chodzi o pojedyncze uchybienie, za które przepraszamy – napisał po tym, jak odmówił spotkania w cztery oczy z reporterką Telewizji Czeskiej. Zbył wszystko jednym e-mailem.

Jednocześnie wszyscy zatrudnieni przez agencję pracy, którzy ze mną pracowali, twierdzili, że w naszym Albercie sytuacja jest lepsza niż w innych filiach. Mówili, że lubią tu wracać. Zresztą każdy, kto robi zakupy w Albercie i zamieni czasami kilka słów z kasjerami, sam zauważy, że to problem systemowy.

Kiedy odchodziłam z pracy, najbardziej dręczyło mnie jednak to, że po raz pierwszy będę krytycznie pisać o osobach, które naprawdę lubię. To nie żadni odlegli kapitaliści łamali Kodeks pracy i deptali ludzką godność, tylko moi koledzy, który robili to w interesie korporacji.

**

W cyklu „Bohaterowie pracy kapitalistycznej”:

„Możesz zdechnąć, najważniejsze żebyś przyszła dziś do pracy”

„Obrzydliwa, brązowa, śliska podłoga, na niej resztki zwierząt. Przez tę pracę przestałam jeść mięso”

Uhlova: Wykorzystywali mnie ludzie, których lubiłam

Seria tekstów A2larm.cz powstała przy wsparciu czeskiego Funduszu Niezależnego Dziennikarstwa. Z czeskiego przełożyła Olga Słowik.

Bio

Saša Uhlová

| Reportażystka A2larm.cz
Dziennikarka radiowa i reportażystka dziennika internetowego A2larm.cz.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Też pracowałem kiedyś na kasie, w jednym z największych sklepów w stolicy mojego kraju. Było to jeszcze w tak zwanym dobrych czasach, przed kryzysem.
Wytrzymałem trzy miesiące i ta praca ostatecznie przekonała mnie do emigracji. Pomijam już wyzysk, niepłacenie w terminie, nawet to, że w Sylwestra nie miałem ani jednej przerwy przez 7 godzin (był taki przerób, że się nawet nie zorientowałem).
Najstraszniejszym aspektem tej pracy był dla mnie kontakt z chamskimi, wściekłymi klientami, których było multum. Mechanizm polegał mniej więcej na tym: w linii kas było kilkadziesiąt stanowisk, z czego obsadzonych maksymalnie może połowa. W efekcie kolejki kilometrowe, a do tego jeszcze zima i wszyscy przychodzą w kurtkach i paltach (choć przynajmniej część mogłaby pomyśleć chwilę i zostawić to w samochodzie). Wewnątrz sklepu jest ciepło, więc po kilku, kilkunastu minutach stania w kolejce niektórzy zaczynają wychodzić z siebie. I oczywiście winny jest kasjer, że za wolno pracuje! Do tego jeszcze to poczucie wyższości, coś co było tu opisywane jako relacja folwarczna poczułem najboleśniej właśnie tam. A potem Gazeta Wyborcza wmawia mi, że jestem rówieśnikiem Solidarności! Jeśli kiedykolwiek była w tym kraju jakaś solidarność, to trudno mi to sobie nawet wyobrazić.

Ja jeszcze dodam, jako straumatyzowana kasjerstwem, że chyba na początku tego roku GW, Polityki, telewizje i inne tego typu media rozpisywały się, jak bardzo mamy rynek pracownika, bo taki kasjer w Biedrze bierze sobie trzy tysiące z hakiem na rękę - i oczywiście podtekstem, że za tak badziewną pracę tyle się nie należy. Rozumiem, że policzyli podstawę (okolice minimalnej krajowej) ze wszystkimi premiami uznaniowymi. Mnie zdarzało się nie dostać żadnej w miesiącu i nie znam nikogo, kto zgarnąłby je wszystkie na raz. Poza tym, że wiele zupełnie nie zależy od pracy kasjera.
Dobrym przykładem dla niewtajemniczonych jest np. premia za obroty sklepu, które muszą osiągnąć określony poziom. W małych miastach nie da się jej dostać. Z kolei w dużych w zasadzie znosi się z premią za brak strat, bo przy dużej ilości klientów wiele towaru jest przez nich niszczona i w ogóle nie da się osiągnąć ideału zamówienia, żeby jakiś produkt zawsze był i nigdy nie przekraczał daty przydatności (zwłaszcza, że mnóstwo klientów przegląda towar i z każdej czeluści wyskubie ten, który ma ją parę dni dłuższą). I tak dalej w sumie. Myślę, że te premie są tak skonstruowane, żeby za dużo osób ich nie dostało. (Może poza premią za stuprocentową obecność, czyli pomysłem na to, jak zmotywować pracownika do tego, żeby w żadnej sytuacji - typu dziecko zachorowało - nie opuszczał dnia pracy).

A wracając do początku - to jest idealny przykład jak rozbroić społeczny ruch. Bo te artykuły zbiegały się w czasie z planowaniem protestu kasjerów. Związki wysunęły pomysł protestowania w związku ze zbyt niskimi pensjami. Na początek miał być strajk typu włoskiego. Okazało się jednak, że pracownicy, zasypywani z każdych mediów obrazem kasjera pławiącego się w wielkiej pensji za prymitywną pracę, jakoś w duchu przyznali rację tej narracji, koniec końców nikt nie chciał brać w tym udziału. Nie do końca wiem czemu związki nie podniosły innych postulatów (np. dający się dobrze zilustrować danymi problem zbyt dużego obłożenia pracą - Jeronimo w swojej sieci w Portugalii, o tym samym modelu biznesowym, zatrudnia 1,5 pracownika w miejsce naszego 1). W każdym razie sądzę, że gdyby nie tego typu przekaz medialny może mielibyśmy szansę na jakąś debatę o tych problemach.

Czytam sobie te reportaże Uhlovej publikowane na stronie KP i nie opuszcza mnie uczucie, że nie traktują o prekariacie czy wyzysku, tylko przede wszystkim o niedojrzałej, trzymanej pod kloszem jedynaczce z tzw. "dobrej rodziny", która postanowiła pobawić się w pracę i co rusz reaguje dziecięcym zdziwieniem na rzeczy oczywiste. "Tak? To w pracy można się zmęczyć"? "Tempo pracy ma znaczenie? NAPRAWDĘ?" "To wrzątkiem można się oparzyć"? Strach pomyśleć, co by było gdyby autorka postanowiła popracować np. na budowie, albo w hucie czy kopalni.

Mnie natomiast nie opuszcza uczucie, że niezbyt dokładnie przeczytałeś artykuł. A w nim chodzi nie o to, że autorka "wreszcie zaczęła pracować" (bo dla wielu dziennikarstwo nie jest pracą...), ale o warunki tejże pracy i o to, że ludzi po prostu traktuje się jak bydło. Przecież to co jest tam opisane, to nie "oparzenie się wrzątkiem", to jawne łamanie praw tych ludzi.

te artykuły to nic odkrywczego dla kogoś, kto raz czy dwa w życiu musiał przepracować jako niewykwalifikowany fizol.

ot, szok kawiorowej lewicy.

Strach to pomyśleć, co by było, gdyby artykuły w "Krytyce Politycznej" komentowali tylko wolnorynkowi hejterzy. Bez takich "jedynaczek" nie byłoby artykułów o tym, jak pracuje wielu ludzi. Sami o tym nie napiszą, dlatego dobrze, że Saša Uhlová i np. Barbara Ehrenreich napisały swoje reportaże.

100/100 🙂
I do tego jedynaczka ukończyła literaturoznawstwo, kulturoznawstwo, dziennikarstwo, psychologię wszelką, antropologię Jeszcze Bardziej Wszelką... Ale trzeba jej przyznać, że postanowiła opuścić (nawet jeśli tylko w celach badawczych) swoją tęczowo-humanistyczną bańkę 🙂

Po blisko 3o latach tropienia polskiego antysemityzmu, faszyzmu, rasizmu, romofobi, homofobo etc nagle wysp demaskatorskich tekstów o czarnych stronach kapitalizmu. Wystarczyło aby PiS odsunął liberałów od koryta a przerażona lewica rzuciła się bronić ludzi pracy. Zapuźno moi nie mili nawet wasz cyngiel Majmurek w koszernej Gazecie pisze otwartym tekstem, że jedyną partią ludową jest PiS a wasze filo semickie Razem największe poparcie ma w grupie o dochodach 3,5 tysi netto na głowę w rodzinie, Duchowym dzieciom majora Bauman i Stefana Michnika oraz ubeckim wdowom to się dopiero powodzi ;_0

Bolesne żale hejterskiego Polaczka. KP, Majmurek czy Bsumann od zawsze pisali o nierównościach. Ja siedzę ich teksty od 10 lat. Czyli już za PO. Baumann krytykował wiele lat temu śmieciowe zatrudnianie wykładowców na uniwersytecie w Leeds. Na tym samym uniwersytecie Baumann miał status legendy, każdy student który tam studiował go znał. Polaczków Januszowi hejt jest więc tylko prawdopodobnie reakcja na to że żona wielmoznemu przestała dawać być może słusznie.