UE

Zamieszki w Chemnitz jako dwie opowieści o współczesnych Niemczech

chemnitz-niemcy-zamieszki-2018

Czy cały proces przyjmowania uchodźców w Niemczech należy uznać za porażkę, a tzw. Willkommenskultur wyrzucić na śmietnik brutalnie zweryfikowanych utopii?

Po tym jak w nocy z 25 na 26 sierpnia w trakcie bójki zginął pchnięty nożem 35-letni Niemiec kubańskiego pochodzenia, Chemnitz stało się areną regularnych starć z policją i demonstracji skrajnej prawicy. Powodem była narodowość sprawców, Irakijczyka i Syryjczyka, przybyłych do Niemiec w czasie tzw. „kryzysu uchodźczego” i ubiegających się tam o azyl. Demonstracje upamiętniające ofiarę szybko zamieniły się w protesty przeciwko imigracji, podczas których uczestnicy wznosili rasistowskie hasła, gloryfikowali Hitlera i atakowali dziennikarzy oraz osoby o innym kolorze skóry.

Wessi i Ossi

Wydarzenia te obnażyły słabość państwa. Początkowo policja – z powodu zbyt małej liczby ściągniętych na miejsce funkcjonariuszy – nie była w stanie zapewnić porządku w mieście. Przy okazji wyszły na jaw powiązania niektórych policjantów z prawicowymi ekstremistami oraz skłonność rządu Saksonii do ignorowania alarmujących raportów kontrwywiadu.

Oburzenie wywołała też informacja, że jeden ze sprawców został już dwa lata temu zakwalifikowany do deportacji, był znany służbom i wielokrotnie karany. Ujawniło to chaos panujący w systemie i podało w wątpliwość zapewnienia rządu o zdolności do zapewnienia bezpieczeństwa.

Choć zamieszki spotkały się z ostrym potępieniem ze strony władz, społeczności lokalnej i artystów, którzy zorganizowali demonstracje i koncerty przeciw rasizmowi, to po wyjeździe z miasta lewicowych aktywistów i gwiazd muzyki problemy wcale nie są bliższe rozwiązania. Wypadki w Chemnitz opowiadają bowiem dwie historie o współczesnych Niemczech. Historie, które warto od siebie oddzielić, by oprzeć się pokusie zbyt łatwej generalizacji.

Uchodźcy i wojna o duszę Niemiec

Pierwszą z nich jest opowieść o byłym NRD – krainie upadku, braku perspektyw i szalejącego prawicowego ekstremizmu. Ten stereotypowy obraz, często spleciony z pogardą Wessis (Niemców z RFN) wobec Ossis (Niemców z NRD), poparty jest jednak wieloma danymi statystycznymi i potwierdzany co jakiś czas przez agresywne demonstracje i otwarte starcia z policją. Wszystkie one, poczynając od zamieszek w Rostocku w 1992 roku, poprzez drezdeńskie marsze neonazistów, kończąc na tłumach wspierających antyimigrancki ruch Pegida, każą widzieć we wschodnich Niemczech miejsce, gdzie do zdarzeń podobnych do zeszłotygodniowych dochodzi niejako „w sposób naturalny”.

Fot. Romāns Kolduns, CC
The Brückenstraße w Chemnitz - tutaj zginął 35-letni Niemiec. Fot. Romāns Kolduns, CC

Leżące niedaleko czeskiej granicy Chemnitz to trzecie największe miasto Saksonii, idealnie wpisuje się w ten wschodnioniemiecki schemat. Od upadku muru berlińskiego ludność miasta skurczyła się o 1/6, bezrobocie w dalszym ciągu utrzymuje się na poziomie dwukrotnie wyższym niż średnia dla całego kraju. Podobnie słabo prezentują się statystyki dotyczące średniej długości życia mieszkańców lub ich zarobków.

Przez lata neonazistowska partia NPD miała w Chemnitz poparcie sporo wyższe niż na zachodzie kraju, a w zeszłorocznych wyborach do Bundestagu skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD) uzyskała w mieście 24% głosów, zajmując drugie miejsce i tylko o włos ustępując zwycięskiej CDU.

A look at right-wing violence in Germany

Far-right extremists have been protesting in Chemnitz for almost a week now. Here’s a look at right-wing violence since German reunification. (via DW Politics)

Opublikowany przez DW News Piątek, 31 sierpnia 2018

Bez wątpienia zeszłotygodniowe zamieszki są kolejnym przykładem długotrwałego problemu związanego z niespełnionym snem o wyrównaniu poziomu życia w zjednoczonych Niemczech. Są również kolejnym znakiem wieloletnich kłopotów Saksonii, lub szerzej wschodnich Niemiec, z prawicowym ekstremizmem, neonazizmem i ksenofobią. Jednak to tylko część prawdy.

A co, jeśli nie dadzą rady?

Chemnitz opowiada też historię ogólnoniemiecką. Dotyka tematu oceny ostatnich trzech lat i słynnego „Wir schaffen das” („Damy radę”) Angeli Merkel, słów wypowiedzianych przez kanclerkę w sierpniu 2015 roku, które szybko urosły do rangi symbolu polityki migracyjnej. Rząd obiecał wówczas, że Niemcy „dadzą radę” przyjąć i zintegrować setki tysięcy uchodźców, utrzymując przy tym porządek i poczucie bezpieczeństwa wśród obywateli. Ostatnie badania opinii publicznej wskazują jednak, że przynajmniej to ostatnie się nie udało.

Kolejne wychodzące na jaw przypadki niewłaściwych lub spóźnionych decyzji Federalnego Urzędu ds. Migracji i Uchodźców, a także innych instytucji, tylko pogłębiają poczucie niepewności.

Nie oznacza to oczywiście, że cały proces przyjmowania uchodźców w Niemczech należy uznać za porażkę, a tzw. Willkommenskultur wyrzucić na śmietnik brutalnie zweryfikowanych utopii. Jest zdecydowanie za wcześnie, by formułować jakiekolwiek generalne oceny, a i nastroje w społeczeństwie niemieckim nie są na razie przeważająco antyimigranckie. Bez wątpienia nadszedł jednak czas, kiedy rządząca od 13 lat Merkel, a wraz z nią cała elita CDU/CSU i SPD, zaczyna być bezlitośnie rozliczana ze swoich obietnic i błędów. A trudno się spodziewać, żeby przygotowywany często na bieżąco i w chaosie wielki program rejestracji, weryfikacji i relokacji uchodźców nie wygenerował mnóstwa błędów i kolejnych niedopatrzeń.

To w tym kontekście należy rozpatrywać wzrost poparcia dla AfD, słabą pozycję Angeli Merkel w jej własnym rządzie oraz narodziny nowej lewicowej formacji – ruchu Aufstehen Sahry Wagenknecht.

Wszyscy czekają, aż Merkel się wykrwawi

Populistyczna prawica spod znaku AfD i Pegidy długo była jedyną siłą realnie opowiadającą się przeciwko imigracji i odpowiadającą na strach obecny w niemieckim społeczeństwie. Także obecnie, mimo własnych niejasnych i bliskich związków z ekstremistami, AfD może spokojnie czekać na rozwój sytuacji i punktować każde potknięcie rządzącej Niemcami i Saksonią „wielkiej koalicji”.

Tymczasem wewnątrz rządu Angeli Merkel rosną napięcia. Kanclerka wraz z CDU zmuszona jest bronić swojej polityki otwartości i spowiadać się z błędów, nie mogąc liczyć na wsparcie koalicjantów ani z lewej, ani z prawej strony. Bawarska CSU i minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer zachowali co prawda daleko idącą wstrzemięźliwość w wypowiedziach, ale przynajmniej od czasu lipcowego sporu między siostrzanymi partiami wiadomo, że część chadeków ma poglądy na migrację bliższe AfD niż własnej kanclerce.

Z drugiej strony sytuują się socjaldemokratyczny koalicjanci Merkel z SPD, którym ewidentnie nie w smak jest branie na siebie odpowiedzialności za wieloletnie rządy chadecji w Saksonii i błędy tam popełnione. Jednocześnie SPD w dalszym ciągu pozostaje w powyborczym kryzysie i usilnie poszukuje własnej tożsamości. Odróżnienie się od Merkel będzie w tym względzie kluczowe.

Wydarzenia w Chemnitz zbiegły się też w czasie z powstaniem na niemieckiej lewicy nowego bytu – wspomnianego ruchu Aufstehen. Jego założycielka – Sahra Wagenknecht – pozostaje co prawda przewodniczącą frakcji Die Linke w Budestagu, ale jej inicjatywa traktowana jest w partii ze sporym dystansem. Z podobnymi reakcjami spotykają się także w swoich partiach politycy SPD i Zielonych, którzy ją poparli.

Celem Aufstehen ma być rzekomo zjednoczenie niemieckiej lewicy ponad podziałami partyjnymi, które dwukrotnie w ostatnich latach uniemożliwiły efektywne wykorzystanie wyników wyborczych i sformowanie w Berlinie lewicowego rządu. O ile samemu pomysłowi trudno cokolwiek zarzucić, to metody, którymi Wagenknecht chce przejść do ofensywy, budzą na lewicy sporo niepokoju. Aufstehen chce bowiem odpowiedzieć na wzrastające poparcie AfD i lęki przed imigracją w sposób, który pozwoliłby przelicytować prawicę. Czas pokaże, czy uda się to zrobić nie wpadając w pułapkę o ile nie otwartej ksenofobii, to co najmniej ignorowania jej przejawów. Już pojawiają się głosy krytyków, że nowy ruch Wagenknecht zbyt długo zwlekał z potępieniem prawicowych ekstremistów z Chemnitz właśnie po to, żeby nie zniechęcić do siebie ultraprawicowych wyborców AfD.

Zeszłotygodniowe wydarzenia jasno wskazują na dwa poważne problemy, z którymi zmagają się nasi sąsiedzi. Jednym z nich jest utrzymujący się podział między RFN a NRD i niespełniony sen o wyrównaniu poziomu życia. Drugim natomiast strach przed imigracją i coraz bardziej powszechne przekonanie, że rząd nie potrafi zapewnić ludziom bezpieczeństwa. Na razie z obu tych źródeł kapitału politycznego czerpie pełnymi garściami skrajna prawica. Tradycyjna niemiecka polityka partyjna, ze swoimi ramami debaty i tematami tabu, wydaje się w obliczu tych problemów całkowicie bezradna.

Pułapki na dobrych ludzi

czytaj także

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.