UE

(Anty)komunistyczna szopka, czyli spaż liberalnej opozycji

andrej-babis

W Pradze zebrali się demonstranci. Przeszli pod parlament, skandując antykomunistyczne slogany, machając transparentami i ogólnie zachowując się w sposób przewidywalnie niesforny. Prawdziwy ból dał się jednak odczuć dopiero, kiedy odezwała się tzw. liberalna opozycja aka „blok demokratyczny”. Korespondencja Michala Chmeli z Republiki Czeskiej.

Oburzenie skierowane przeciwko dopiero co zaprzysiężonemu rządowi Andreja Babiša w Czechach zaskakująco nie wiąże się z zarzutami o korupcję, koncentrowanie władzy w rękach jednego człowieka czy też taktyką kamikadze w relacjach z Unią Europejską. Gdyby posłuchać liderów liberalnej opozycji, to wygląda na to, że największy problem czeskiego społeczeństwa stanowią (wspierający rząd Babiša) komuniści. A właściwie jakieś widma komunizmu z przeszłości.

Mikroklimat dla rozwoju królików, plagiatorów, jednowładców i mroków średniowiecza

Ustalmy fakty. Czeska Partia Komunistyczna nie weszła do koalicji rządzącej w Czechach, ale ją popiera, za co też dostała od Babiša pierwszą realną szansę współrządzenia krajem od czasów aksamitnej rewolucji. Prawdą jest też, że deal ten opiera się na szeregu podejrzanych ustaleń, dzięki którym posłowie komunistów i tak skołowali dla siebie wyborne synekury. Bez komunistów populistyczny rząd Babiša nie zdobyłby wotum zaufania w sejmie i będzie potrzebował ich wsparcia za każdym razem, gdy zechce przepchnąć przez izbę jakąś ustawę.

Prezydent mojego kraju spalił wielkie czerwone gacie [ZOBACZ MEMY]

Piętnaście godzin piekła

Posiedzenie parlamentu przed głosowaniem nad wotum zaufania trwało piętnaście godzin. Z perspektywy politycznego obserwatora było to dziewięćset minut czystego piekła, które stało się sceną dla jednych z najgłupszych przemówień w najnowszej czeskiej historii.

Na ciężką próbę wystawiły nas już dwie godziny nieskładnej czechosłowacczyzny Babiša, a na domiar złego przed nim z mównicy przemawiała Złowroga Istota, która wstąpiła w gnijące ciało naszego ukochanego prezydenta Miloša Zemana – oby mu się skończyły sole balsamujące. Całe to przeżycie porównywalne było do powolnego acz upartego wydłubywania oka zardzewiałą łyżką.

Kolejne pięć lat z Zemanem. Cholera. Co poszło nie tak?

Tymczasem w Pradze zebrali się demonstranci. Przeszli pod parlament, skandując antykomunistyczne slogany, machając transparentami i ogólnie zachowując się w sposób przewidywalnie niesforny. Prawdziwy ból w parlamencie dał się jednak odczuć dopiero, kiedy odezwała się tzw. liberalna opozycja aka „blok demokratyczny”. Marnowała ona godziny omawiając szczegóły zbrodni byłego reżimu komunistycznego, jej politycy w ławach parlamentarnych rozpościerali sowieckie flagi, aż wreszcie jakiś bezimienny bohater cisnął w Babiša plastikową butelką. Niestety nie trafił, ale spójrzmy prawdzie w oczy: do otrzeźwienia  tego polityka tak czy inaczej by nie doszło.

Cała szopka w sejmie pokazała tak naprawdę inną rzecz. Wydawało się, że opozycja mogłaby dla odmiany sformułować nieco uzasadnionych, trafnych obiekcji wobec rządu Babiša, ale wolała przy tej okazji sięgnąć po kartę antykomunizmu. Potem dowiedziała się, o zgrozo, że nikogo to nie obchodzi.

Słowacja po zabójstwie Kuciaka: Nacjonaliści i neofaszyści u bram

Samobójcza śmierć od antykomunizmu

Strategia opozycji doprawdy zdumiewa. Biorąc pod uwagę wyniki ostatnich wyborów i kolejnych sondaży, komuniści cieszą się w kraju rosnącą popularnością. Odsunę na chwilę na bok pytanie, dlaczego tak się dzieje, ale przypomnę, że informacje te były dostępne każdemu posłowi i posłance zaangażowanemu w antykomunistyczne protesty: czy to na zewnątrz, czy wewnątrz budynku parlamentu.

Co gorsza, istnieje wiele doskonale słusznych powodów do sprzeciwiania się nowemu rządowi Babiša, mnóstwo zagrożeń i problemów, z którymi kraj będzie musiał się wkrótce mierzyć. Co robi zamiast tego opozycja? Wytyka jednemu posłowi komunistów, że jego ojciec wiódł przyjemne i wygodne życie dzięki torturowaniu więźniów politycznych. OK, może to wytykającemu dać chwilowe, pokrzepiające uczucie cieplutkiej, mięciutkiej prawilności, ale prawdopodobnie nikt nie zmieni od tego zdania w sprawie nowego rządu: ani inni posłowie – zazwyczaj motywowani ideałami silniejszymi od moralności, to znaczy pieniędzmi – ani sami wyborcy, którzy nie posadziliby przecież człowieka z TAKIM OJCEM w ławie poselskiej, gdyby się tym jakkolwiek przejmowali.

Tak naprawdę nie przejmowali się nigdy. Tymczasem antykomunistyczni demonstranci pod sejmem sprawiali wrażenie, jakby komuniści u władzy w Czechach stanowili jakieś nowe, nieoczekiwane, zupełnie bezprecedensowe zagrożenie. Posłowie i posłanki partii komunistycznej nie spadli z księżyca – większość jej zdeklarowanych, zaopatrzonych w legitymację członków wstąpiło do tej formacji już w latach dziewięćdziesiątych. Że komunistyczna przeszłość dyskredytuje? Przecież większość dzisiejszej elity rządzącej ma jakąś historię w poprzednim systemie. Psiakrew, nawet sam Babiš był niegdyś informatorem tajnej policji.

Tego typu hipokryzja staje się jeszcze bardziej ewidentna gdy zauważymy, że partii komunistycznej nigdy nie postawiono w roli politycznego wyrzutka, trędowatego czy nieczystego przy podejmowaniu decyzji i negocjowaniu polityki. Wiele z oburzonych dziś Partii Czystych i Prawdziwie Demokratycznych pluje świętoszkowatym antykomunizmem, chociaż za swoich rządów z chęcią nieraz korzystały z poparcia „czerwonej zarazy”.

Dobijanie martwej ideologii

Zagranie kartą komunizmu było ruchem ryzykownym i zadziałało na niekorzyść grających. Nie tylko nie osiągnęli nic prócz krwawienia z uszu u garstki telewidzów, ale też wręczyli komunistom potencjalną broń. Próbując użyć grzechów z przeszłości jako politycznego narzędzia, dali innym przyzwolenie na robienie tego samego. Nadal świeże (czyli silniej odczuwane przez opinię publiczną) przestępstwa rządów potransformacyjnych da się łatwo wykorzystać w propagandzie komunistów, na przykład wskazując na dwudziestoletni udział współrządzących z Babišem socjaldemokratów z ČSSD w oszustwach w obrocie nieruchomościami. „My przynajmniej nie robiliśmy czegoś takiego”, mogą powiedzieć komuniści. Nie to, żeby kogoś obchodziły takie szczegóły, jak fakty, ale komuniści mają dowody przewinień demokratów.

Piraci z Wyszehradu – ostatnia nadzieja antyestablishmentu

Nie chcę powiedzieć, że rozliczne zbrodnie reżimu komunistycznego powinny zostać zapomniane. Jednak posiłkowanie się nimi jako argumentami w 2018 roku i odwracanie uwagi na prawdziwe problemy i zagrożenia, z którymi kraj musi się zmierzyć dziś (w przeciwieństwie do „powinien był się rozprawić dwadzieścia lat temu”), okazało się zarówno obłudne, jak i całkowicie bezcelowe.

Jeśli opozycja nie potrafi wymyślić prawdziwej kontry dla Babiša opartej na współczesnych problemach, a nie na ideologii sprzed 30 lat, to albo prezentuje się jako zupełnie niekompetentna, albo kryje własne grzeszki. Łatwo atakować przeciwników politycznych za przeszłość niemal powszechnie uważaną za zbrodniczą, ale tak się składa, że nie ma ona żadnego przełożenia na dzisiejsze problemy ludzi. I, o grozo, opinia publiczna się w tym zorientowała. Brawo, opinio publiczna!

Wydarzenia tego lata pokazały, że antykomunizm to ślepy zaułek. Jeśli chcemy uruchomić skuteczną opozycję do obecnego rządu, musimy to zrozumieć i przestać się wyżywać na dawno martwej ideologii. Nie zapomnijmy, że skandalach z udziałem elit władzy wciąż jest głośno. Z mniejszych – tylko w minionym miesiącu ujawniono dwa plagiaty w Radzie Ministrów. Ściągająca Minister Sprawiedliwości podała się do dymisji, a Minister Obrony próbował powoływać się na werdykt uniwersytetu stwierdzający, że polityk w pracy dyplomowej popełnił plagiat nieświadomie – czyli najwyraźniej przepisał osiem stron z zamkniętymi oczami. A to bez wątpienia przydatna umiejętność w polityce.

Daliborek – wzruszający naziol

Bio

Michal Chmela

| Tłumacz, dziennikarz
Tłumacz, dziennikarz, korespondent Krytyki Politycznej w Republice Czeskiej, współpracownik magazynu PoliticalCritique.org.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.