Świat

Szkoła sportu

Łukasz Muniowski

Jeden tweet Donalda Trumpa o LeBronie Jamesie pokazuje, jak ważne jest, by sportowcy również zabierali głos na polityczne tematy.

W idealnym świecie byłby to tekst o tym jak znany sportowiec i jego fundacja mogą przyczynić się do poprawy szkolnictwa w Stanach Zjednoczonych. O tym jak chłopak z Akron w stanie Ohio, wychowany tylko przez matkę (a czasem i bez niej) został gwiazdą, a potem dał swoje nazwisko publicznej szkole w rodzinnym mieście i zobowiązał się ją współfinansować. Jak 240 dzieciaków znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej będzie miało zapewnione darmowe nauczanie, posiłki, dojazd do szkoły, rowery i kaski, a ich rodzice pomoc w uzyskaniu dyplomów i znalezieniu pracy.

Niestety, pomysł na taki tekst zburzył jeden tweet:

Prezydent Trump odniósł się w nim do wywiadu, jakiego LeBron James, wspomniany chłopak z Akron, udzielił CNN. W rozmowie z Donem Lemonem koszykarz opowiadał przede wszystkim o otwartej przez siebie, swoją fundację i dystrykt szkole I Promise dla 8-10 latków. James to światowa ikona, najlepszy obecnie grający koszykarz w NBA, który zrobił wiele dobrego dla Cleveland. Ohio, którego miasto jest stolicą, znajduje się na osiemnastym miejscu na liście najbiedniejszych stanów w USA. James mógł grać wszędzie, ale przez 11 sezonów reprezentował barwy drużyny z rodzimego stanu. Tego lata James zdecydował się odejść do Los Angeles Lakers.

CNN wyświadczyło Jamesowi niedźwiedzią przysługę, bo by nagłośnić jego występ odniosło się nie do prezentacji szkoły, lecz tego, że koszykarz po raz kolejny wypowiedział się o obecnej sytuacji społecznej i politycznej w Ameryce. Tak opakowany wywiad mógł, a nawet powinien, rozjuszyć Trumpa. Zwłaszcza, że James już kilkakrotnie wcześniej wypowiadał się niepochlebnie o prezydencie. Jak jednak ma się do tego wszystkiego „Mike” czyli Michael Jordan i czemu jego status apolitycznej ikony sportu jeszcze bardziej podkreśla istotność aktywizmu Jamesa?

Być jak Mike

Obecność Jordana w tweecie 45 prezydenta Stanów Zjednoczonych nie jest przypadkowa. James przez większość swojej kariery koszykarskiej, zarówno licealnej, jak i zawodowej nosi ten sam numer co Jordan. Nazywa Jordana „duchem z Chicago” i nie kwestionuje jego pozycji jako najlepszego gracza w historii NBA. Sześć tytułów mistrzowskich i pięć tytułów najlepszego gracza ligi (MVP) stanowi złoty standard dla graczy w erze post-jordanowskiej. James ma na koncie trzy tytuły mistrzowskie i cztery nagrody MVP. Przez to, że trafił do NBA po Jordanie, zawsze będzie do niego porównywany, chociaż jest zupełnie innym typem zawodnika – mówiąc krótko, James jest bardziej reżyserem gry, a Jordan głównym aktorem.

W swojej idealizacji Jordana James nie jest oczywiście odosobniony. Gdy w reklamie Gatorade z 1992 roku pojawił się slogan „Be like Mike” transformacja Jordana z bardzo dobrego gracza w mitycznego bohatera praktycznie się dopełniła. Indywidualny geniusz Jordana sytuował go w roli kowboja, a zatem typowo amerykańskiego bohatera. Mecz koszykówki wygrywa drużyna, która zdobędzie najwięcej punktów, a przez dziesięć sezonów nikt nie zdobył ich więcej niż Jordan. „Bycie jak Mike” nie ograniczało się tylko do boiska, również poza nim Jordan pozostawał wzorem do naśladowania. W reklamach zawsze zachowywał się z klasą, był elegancki i przystojny, jednocześnie jednak pozostawał na tyle bliski zwykłym śmiertelnikom, że nie sposób było się zwracać do niego inaczej niż po imieniu. Ten mit, którego składowymi były efektowne zagrania i reklamy prezentujące Jordana jako everymana, sugerujące, że to dzięki danym produktom możliwe są te pierwsze, przemienił koszykarza w pierwszą „supermarkę”, do której, jak pisze w No Logo Naomi Klein, prowadzi „każda dyskusja na temat obrandowanego celebryty”.

Jordan był marzeniem sponsorów, bo unikał kontrowersji jak ognia. Kiedy przedstawiono mu prototyp pierwszych butów Air Jordan, stwierdził, że czarno-czerwona kolorystyka kojarzy się z diabłem. Może i nie powiedział pamiętnej kwestii „republikanie też kupują buty” gdy poproszono go o poparcie czarnoskórego kandydata demokratów w wyborach na gubernatora Północnej Karoliny, ale faktem pozostaje, że oficjalnie wtedy nie poparł nikogo. Poproszony o zabranie głosu w sprawie zamieszek na tle rasowym w Los Angeles w 1992 roku, koszykarz odmówił zajęcia zdecydowanego stanowiska. Podobnie było gdy wypuścił oświadczenie odnośnie przemocy policji wobec czarnoskórych i demonstracji w obronie ofiar tejże – przekazał po milionie dolarów organizacjom stojącym po obydwu stronach barykady. Nawet w sprawie ostatniego tweeta Trumpa Jordan zdobył się jedynie na krótką deklarację: „Wspieram L.J.’a. Robi bardzo dużo dla społeczności”.

Poza boiskiem była gwiazda nadal robi co może, żeby nie zrazić sponsorów i potencjalnych nabywców, ale nawet jako członek drużyny nieszczególnie dbał o współpracowników. Przed sezonami 1996/97 i 1997/98 wymuszał na kierownictwie Chicago Bulls powrót trenera Phila Jacksona i skrzydłowego Scottiego Pippena, ale kompletnie ignorował finansową frustrację tego drugiego. Jeden z najlepszych obrońców w historii NBA podczas ostatniego sezonu mistrzowskiego zarabiał jedynie 2.8 miliona dolarów. Dla porównania, Jordan za tamten sezon dostał 33.1 miliona dolarów. Jordan co prawda powiedział, że gdyby to zależało od niego, Pippen zarabiałby 75 milionów, on sam i Jackson po 50, a Dennis Rodman 25, ale trudno powiedzieć na ile Jordan był szczery, a na ile podlizywał się Pippenowi. Warto też zauważyć, że zignorował w swojej wypowiedzi pozostałych dziewięciu członków zespołu. Podczas treningów wielokrotnie poniżał gorszych od siebie zawodników, w tym Kwame Browna, którego sam wybrał z pierwszym numerem w drafcie, a potem wyzywał od „pedałów”. Brown miał wtedy 19 lat, Jordan 38.

Być jak LeBron

Dla porównania, po zdobyciu dla Cleveland Cavaliers pierwszego mistrzostwa w historii drużyny, w sezonie 2014/15, James zebrał wszystkich zawodników i trenerów na scenie, i dziękował każdemu z osobna w obecności fanów. Co więcej, domagał się podpisania długoletnich kontraktów z takimi graczami jak Tristan Thompson czy J.R. Smith, którzy w annałach koszykówki raczej się nie zapiszą. Niektórzy powiedzą, że przez wymuszanie na drużynie podpisania wysokich, wieloletnich kontraktów ze średniakami James osłabił zespół (każda drużyna w NBA ma ograniczony budżet by rozgrywki były bardziej wyrównane), ale gdy mediana zarobków graczy w NBA wynosi 2 miliony dolarów, a kariera może być przerwana w każdej chwili przez kontuzję, nie sposób nie docenić przysługi jaką James wyświadczył swoim kolegom. W sierpniu 2015 roku sam zorganizował obóz przygotowawczy dla drużyny, rozczarowany brakiem profesjonalizmu w Cavaliers.

Kiedy odchodził pięć lat wcześniej, palono jego koszulki i nazywano „nagim królem” (jego pseudonim to „King James). Właściciel drużyny, Dan Gilbert, napisał otwarty list krytykujący Jamesa i z jakiegoś powodu uznał, że jego myśli najlepiej wyrazi czcionka Comic Sans. Samo opuszczenie klubu po siedmiu latach bez zdobycia choćby jednego tytułu mistrzowskiego nie było tak złe, jak sposób w jaki James to zrobił. Podczas trwającego ponad godzinę programu koszykarz ogłosił, że odchodzi do Miami Heat, dając wyraz kultowi jednostki, panującemu we współczesnym sporcie. „The Decision”, jak zatytułowano program, zebrał ponad 3 miliony dolarów na cele dobroczynne, ale egoistyczny James stał się łatwym celem krytyków. Dopiero gdy zdobył pierwszy tytuł w swoim drugim sezonie w Miami, udało mu się odzyskać sympatię i szacunek kibiców. Nie od dziś wiadomo jak wiele zmienia wygrywanie. Dlatego też po jego powrocie do Cleveland i ponownym odejściu, tym razem do Los Angeles Lakers, właściciel i fani wyrażali tylko wdzięczność.

Cleveland czekało na mistrzostwo łącznie przez 147 sezonów. Profesjonalne drużyny futbolowe, baseballowe i koszykarskie z tego miasta nie zdobyły tytułu od 1964 roku. To o tyle zaskakujące, że niedaleko Cleveland, w Canton, mieści się galeria sław futbolu amerykańskiego, a zatem miasto powinno być skazane na sportowy sukces. Przeklęte, zaniedbane i nudne Cleveland było przez cztery lata z rzędu idealnym przeciwnikiem w starciu z Golden State Warriors, ulubioną drużyną gigantów z Doliny Krzemowej. Ekipa Jamesa zdobyła tytuł tylko raz, ale to wystarczyło by opowieść o synu marnotrawnym, który powrócił by uratować rodzinny stan nabrała mocy. Dan O’Sullivan z Jacobin należy do krytyków tej narracji i twierdzi, że nie sport zniszczył Cleveland, więc też nie sport winien je ratować. Autor kończy swój tekst wezwaniem do działania nie na boisku, ale poza nim.

James zdaje się rozumieć, że samo mistrzostwo nie rozwiąże problemów lokalnej społeczności oraz innych czarnoskórych w całym kraju. Jest wzorem sportowca–aktywisty, który używa swojej popularności jako platformy do zwracania uwagi na rzeczy istotne. Nie chodzi nawet o nowo-otwartą szkołę. W 2012 James i koledzy z drużyny pozowali w kapturach by upamiętnić śmierć Trayvona Martina, czarnoskórego nastolatka zabitego dlatego, że wyglądał podejrzanie. W 2014 roku James był wśród koszykarzy, którzy przed meczem założyli koszulki z napisem „I Can’t Breathe” – ostatnimi słowami Erica Garnera, czarnoskórego zabitego przez białych policjantów. Kiedy były trener Jordana, Phil Jackson, określił (czarnoskórych) współpracowników Jamesa „ziomami” (posse), ten szybko wytknął rasistowskie implikacje tego słowa. Koszykarz często korzysta z Twittera by wypowiadać się na niewygodne tematy, w czym przypomina obecnego prezydenta USA.

Być jak Trump

Co roku mistrzowie profesjonalnych lig sportowych są zapraszani do Białego Domu na spotkanie z prezydentem. Ten dostaje pamiątkową koszulkę ze swoim nazwiskiem, a zawodnicy i trenerzy czują się docenieni. Jest trochę powagi, trochę żartów, ale dla przeciętnego widza jest to raczej wydarzenie do zapomnienia. Po dosyć ostrych słowach Trumpa wobec futbolistów protestujących podczas tradycyjnie wykonywanego przed meczami NFL hymnu, finaliści NBA w sezonie 2016/17, Cavs i Warriors, jeszcze w trakcie rozgrywek deklarowali, że nie skorzystają z takiego zaproszenia. To jednak nigdy nie nadeszło, odwołał je sam prezydent, na Twitterze. Chociaż nie on był celem ataku, James stwierdził, że wizyta w Białym Domu już nie jest zaszczytem odkąd jest tam wiadomo kto.

Od tego czasu kilkakrotnie obrażał prezydenta, a w odwecie wandale zniszczyli bramę jego domu w Los Angeles, a prezenterka Fox News, Laura Ingraham kazała mu „zamknąć się i kozłować”. Taki tytuł, Shut Up and Dribble, będzie nosić trzyodcinkowy serial o społecznie i politycznie zaangażowanych sportowcach, a James będzie jednym z jego głównych producentów.

Najbardziej znaną obecnie inwestycją Jamesa pozostaje jednak szkoła I Promise w Akron. James pokryje co najmniej 25% kosztów funkcjonowania szkoły, szacowanych na osiem milionów dolarów. Pozostałe 75% pokryją podatnicy. To spora dysproporcja, ale należy pamiętać, że szkoła nie należy do Jamesa, ale do dystryktu, który będzie też pokrywać koszty nauczania i dojazdu dla studentów.

Cała inicjatywa stoi w opozycji do przemysłu sportowego, w którym przecież działa James.  Quickens Loans Arena, hala w której grają Cleveland Cavaliers, została wybudowana w 1994 roku głównie z pieniędzy podatników – aż 120 milionów ze 152 potrzebnych do postawienia hali pochodziło z ich kieszeni. W najpopularniejszej lidze w Stanach Zjednoczonych, NFL, aż 28 z 32 drużyn wybudowało swoje stadiony dzięki podatnikom. W ostatnich dwudziestu latach na budowę nowych stadionów przeznaczono 7 miliardów dolarów pochodzących z państwowych pieniędzy. Sport pełni funkcję unifikacyjną i rozrywkową, ale zarabiają na nim głównie właściciele drużyn. Gdy miasto nie chce wybudować nowego stadionu lub hali, właściciele po prostu przenoszą drużyny do innych miast, jak stało się z nieodżałowanymi Seattle Supersonics, którzy od sezonu 2008-09 funkcjonują jako Oklahoma City Thunder.

W porównaniu z ogromnymi kosztami ponoszonymi przez amerykańskie miasta by zatrzymać drużyny sportowe, 6 milionów rocznie przeznaczonych na utrzymanie szkoły firmowanej nazwiskiem Jamesa nie wydaje się tak dużą inwestycją. A ponieważ głównym celem placówki jest edukacja, a nie maksymalizacja zysków, nie powinna podzielić losu innej instytucji, zamkniętego w 2010 roku Trump University. Działający przez pięć lat „uniwersytet” oferował kursy, na których „studenci” mieli nauczyć się jak działać na rynku nieruchomości. Cudzysłowy są tu niezbędne, ponieważ placówka nigdy nie była oficjalnym uniwersytetem, nie oceniała uczniów i nie wydawała dyplomów innych niż pamiątkowe. Z relacji byłego wykładowcy Trump University wynika, że jedynym celem placówki było zarabianie na kursantach, sprzedawanie coraz droższych pakietów, ludziom, którzy zapożyczali się by zrealizować swoje marzenie o byciu „self-made manem” tak jak Trump.

„Uniwersytet”, tak jak historia o zdobyciu na własną rękę ogromnej fortuny przez przyszłego prezydenta, okazał się kłamstwem. W 2016 roku Trump podpisał ugodę z byłymi „studentami”, w ramach której ma im wypłacić 25 milionów dolarów odszkodowania. Szkoły Jamesa nie czeka ten los, bo nikt nie będzie na niej zarabiać, a zarządzanie nią koszykarz pozostawił w rękach specjalistów. Niedługo przekonamy się jak I Promise School spełni swoją misję. Jedną z pierwszych prominentnych osób, która ją odwiedzi może być… pierwsza dama, Melania Trump. Wyraziła taką chęć w oficjalnym oświadczeniu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.