Świat

Macron pokazał, że Grupa Wyszehradzka i jej wspólny interes to fikcja

Emmanuel Macron

Być może to my uczyliśmy jeść Francuzów nożem i widelcem, ale wygląda na to, że sztukę zachowania przy stole, zwłaszcza negocjacyjnym, uczeń opanował do perfekcji. Emmanuel Macron wymanewrował polski rząd koncertowo.

Podczas wizyty w Bułgarii Emmanuel Macron mówił, że „Europa to region stworzony na bazie wartości, związku z demokracją i swobodami, z którymi Polska jest dzisiaj skonfliktowana”. Dodał, że „Polska nie definiuje dzisiaj przyszłości Europy i nie będzie definiować Europy jutra” i że „Polacy zasługują na więcej”. W ten sposób Macron wyizolował Polskę w ważnej dla siebie sprawie, odciął od potencjalnych sojuszników i – bez większych oporów – przeciąga prawie cały region na swoją stronę. Nawet jeśli – co przyznaje niespecjalnie przychylna obozowi PiS „Frankfurter Allgemeine Zeitung” – sprawa przestrzegania zasad praworządności w Polsce nie powinna być wiązana z tematem dyrektywy o pracownikach delegowanych, a Polska niejako symetrycznie do Francji broni w tym sporze swego interesu narodowego (400 tysięcy miejsc pracy!), nie ma to wielkiego znaczenia.

Dla Macrona Polska to balast. I to niestety nie tylko wina PiS

Okazało się bowiem, że w negocjacjach „suwerennych państw”, o których tak lubi fantazjować nie tylko polska prawica, Polska zostaje sama na placu boju. Ten straszny liberał i kosmopolita Macron nie dość, że ma więcej armat, to jeszcze jest lepszy w te koalicyjne klocki niż nasi suwerenniści. W efekcie dostajemy kolejny (ile jeszcze potrzeba?) sygnał, że grupa wyszehradzka i jej wspólny interes to fikcja, a rząd PiS od środkowoeuropejskich partnerów może co najwyżej dostać list z ciepłymi słowami, bo głosu w ważnej sprawie już niekoniecznie. W tej sytuacji nie dość, że los wielu polskich miejsc pracy może być przypieczętowany, to coraz wyraźniej widać, jak krystalizują się warunki dla planów bardziej dalekosiężnych – przebudowy UE/strefy euro w kierunku zacieśnionej integracji w tzw. dobrym towarzystwie i wypchnięcia Polski poza mechanizmy solidarnościowe, które obowiązywać będą na granicy Europy karolińskiej z przystawkami.

Macron jest lepszy w te koalicyjne klocki niż nasi suwerenniści.

O tym, jak mają się naciski Macrona na zmianę reguł delegowania pracowników w UE do planów głębszej (i węższej) integracji dokładniej pisałem w zeszłym tygodniu. Czy można im jednak przeciwdziałać? Po Brexicie i głosowaniu w Brukseli nad kandydaturą Tuska decyzja państw naszego regionu o akceptacji zmian w unijnym prawie na naszą niekorzyść to ostatni już chyba dzwonek alarmowy, że Polska ze swym stanowiskiem jest osamotniona w niemal każdej – poza topieniem uchodźców i nieingerencją w sprawy wewnętrzne – sprawie w UE. Różne kretyństwa i bezeceństwa z wycinką puszczy na deski i niewykonywaniem wyroków ETS na czele można odkręcić kilkoma podpisami; ustawy o sądownictwie można, przynajmniej w teorii, napisać i przegłosować przyzwoicie, można jeszcze nie znacjonalizować prywatnych mediów itp. Ale czy można przełamać izolację w UE, szalenie groźną i w świetle planów francuskich, i generalnych trendów na wschodzie?

Polski obóz władzy mógłby wykonać choćby minimalnie spektakularny gest, wymieniając nieudolne kierownictwo polityki zagranicznej w rządzie, ewentualnie posłuchać wreszcie zaplecza intelektualnego polskiej prawicy i przerzucić ciężar stosunków europejskich na ośrodek prezydencki. To zasugerowałoby przynajmniej partnerom w UE, że dzisiejszy kierunek polityki polskiej nie jest wyryty w spiżu; musiałoby za tym pójść porzucenie dwóch wielkich mrzonek. Pierwszej o samotnym, amerykańskim lotniskowcu, któremu żadne bliskie sojusze nie są w Europie potrzebne, bo mamy jeden daleki (i w czasach prezydentury Trumpa – dość egzotyczny). I drugiej o tym, że egzaltowanymi listami otwartymi w europejskiej prasie i „wsadzaniem kija w niemiecko-francuskie szprychy” można zatrzymać albo nawet cofnąć proces ściślejszej integracji chętnych państw tylko dlatego, że polski rząd (i Węgry, choć ten już ze znakiem zapytania) nie ma na nią ochoty.

Naturalną przeciwwagą dla planów przywrócenia (z korektami) składu zintegrowanej Europy sprzed 2004 roku na krótką metę mogą być tylko Niemcy – rząd ma miesiąc, tzn. do wykrystalizowania się nowej lub starej koalicji po wyborach nad Szprewą na wypracowanie propozycji takiego układu, w którym integracja UE będzie dla nas procesem otwartym, a Polska – partnerem dla jej powodzenia niezbędnym. Najbardziej naturalną dziedziną, w którą rząd może zaangażować nasz kraj bez utraty twarzy, jest ściślejsza wspólnota obronna w Europie, tym bardziej, że to projekt egzystencjalnie i prestiżowo ważny dla Francuzów.

Zadaniem całej opozycji jest z kolei pokazywanie Europie i światu, że Polska to nie Kaczyński, że Polacy są konsekwentnie proeuropejscy (nawet jeśli nie zawsze są), lobbowanie w Niemczech i w Brukseli (to uwaga szczególnie do tych, którzy z chadekami zasiadają we wspólnych ławach) za tym, by integracyjne drzwi pozostawały otwarte.

Lewica w swym obecnym stanie i składzie musi robić to samo, tyle że na poziomie organizacji pozarządowych, sieci eksperckich i ruchów społecznych w tych krajach UE, których optyka niekoniecznie pokrywa się z naszą. No i wreszcie, musi zaproponować alternatywę – nie tyle dla polityki PiS, bo to nie aż takie trudne, ile dla wykluczającej nasz region (OK, tylko Polskę) logiki dalszej integracji. Alternatywę, która obejmowałaby także (a może przede wszystkim) rozwiązania socjalne i mechanizmy ekonomiczne, które godziłyby lub łagodziły napięcia między potrzebami wschodu i południa, a zarazem nie była jedynie apelem do słuszności moralnej („nie zostawiajcie nas!”).

Waszczykowski: pierwszy do dymisji

Same programy, wizje i alternatywy świata ani Europy nie zbawią, ale bez nich nie tylko lewica zostanie w ciemnej dupie. Po prostu dlatego, że dziś na stole mamy do wyboru albo wyższość moralną rządu PiS wobec Francji, albo satysfakcję opozycji, że PiS zalicza w Europie kolejną glebę. Wypowiedź Macrona o „Polakach zasługujących na więcej” niż obecny rząd nie powinna umacniać polskiego nie-PiS-u w samozadowoleniu, lecz zmusić go do wymyślenia (i sprzedania Polakom i reszcie Europy) formuły na to, jak Polskę w nowej UE faktycznie zmieścić. Można optymistycznie zakładać, że prezydent Macron nie jest „pryncypialnie antypolski” (moim zdaniem nie jest, to raczej nic osobistego, a jedynie „obiektywny” układ ryzyk i korzyści dla Francji związanych z obecnymi planami integracji i pozycją Polski w układzie), a jedynie „antykaczyński”. Tyle że bez jakiejś „trzeciej opcji” do wyboru, Francja od jądra integracji wypychać nas będzie chcąc nie chcąc.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Do obrazu całościowego sytuacji brakuje jeszcze jednego elementu: postrzegania Polski w całym trzynastoletnim okresie, jaki minął od 2004 r. - a ten, jeśli dodać 'kryzys' sprzed akcesji w 2003 r., który już wówczas podzielił Europę na kraje pro- i antyamerykańskie, nie jest niestety bilansem pozytywnym. Kształtowanie się obrazu zbiorowości, jaką jest jakieś państwo, nie przebiega (z niekorzyścią dla nas dzisiaj) zgodnie z jakimś racjonalnym mechanizmem: tu rządzą emocje i silniejsze okazują się stereotypy. Z tego płyną dwa wnioski. Pierwszy jest taki, że spojrzenie Francji na nasz kraj nie odbiega zdaje się za bardzo od tego sprzed 14 już lat: wystarczy porównać to, co mówi dzisiaj pod adresem Polski Marcon i zdanie sformułowane wówczas (tj. lutym 2003 r.) przez ówczesnego prezydenta Francji, Jacquesa Chiraca - że Polska miała "siedzieć cicho". Jest to o tyle istotne, że politykę USA poparło 8 krajów, ale tylko w odniesieniu do Polski była wówczas mowa o 'wrodzonej polskiej anarchii' i - o dziwo - przywoływano tradycji liberum veto. Drugi wniosek wypływa z pierwszego: obecny obóz rządzący jest naiwny, jeśli myśli, że cokolwiek Francji 'udowodni' swoją postawą, gdyż jest ona dekodowana na opak: nie jako 'potęga', ale indolencja i skłonność do anarchii (co jest oczywiście stereotypem); ale także obecna opozycja, i ta reprezentowana w parlamencie i ta poza parlamentem jest naiwna, jeśli liczy na to, że jest postrzegana inaczej. Niestety, sterotypizacja działa w sposób uogólniający: wszyscy bez wyjątku jesteśmy w nim zamknięci. Na koniec wnioski, raczej mało optymistyczne: nawet jeśli obecna ekipa rządząca skoryguje swoją politykę europejską/unijną, to potrzebny będzie czas, aby 'podreperować' wizerunek; a nawet jeśli za jakiś czas dojdzie do zmiany na szczytach władzy, to niech ma pełną świadomość, że dostane ten wizerunek w spadku, gdyż właśnie w tym momencie - że pozwolę sobie ująć to po Gombrowiczowsku - 'została upupiona'... Odziedziczy tę 'przyprawioną nam wszystkim gębę'... i konieczny będzie profesjonalizm i czas... żeby powoli z tego wyjść...

Oj kompleksy, kompleksy - główny problem: "co ło nas pomyślą Francuzy i jak to postrzeganie się zmienia, ło la boga ?"

Ten komentarz bardzo dokładnie pokazuje na czym polega problem: nie chodzi o to, żeby zabiegać o "akceptację", czy żeby "zasłużyć na pochwały" (to jest właśnie klasyczny 'polski kompleks'). Mowa jest o tym, że trzeba mieć pełną świadomość, jak się sprawy mają i umieć wyciągnąć z tego wnioski. A konkretniej: chodzi o to, że prężenie muskułów, pyskówki, etc., którym towarzyszy myślenie: "nikt nie będzie nam mówił co mamy robić" jest jak rozgrywanie partii szachów, bez uwzględnienia możliwych ruchów przeciwnika. Decydując się na jakąś strategię postępowania, nie można się kierować myśleniem życzeniowym ('jak "im" pokażemy, że jesteśmy nieustępliwi, to "oni" będą musieli nam ustąpić i zaczną nas w końcu nas szanować'), tylko uwzględnić wszystkie potencjalne kont-strategie adwersarza (ewentualnie adwersarzy), tj. zastanowić, czy w ostatecznym rozrachunku nie obróci się to przeciwko nam. W tym kontekście istotny jest problem 'postrzegania' (a dokładniej: świadomości, jakie ono jest i co może z tego wyniknąć): trzeba umieć je uwzględnić (dokonując analizy i wyciągając wnioski), żeby zapewnić podejmowanym działaniom skuteczność, a nie chwilowe samozadowolenie...

Mało mnie obchodzi całe to ideologiczne tło. Rząd ma bronić polskich interesów a tu ponosi porazkę. Idę o zakład ze po zakupie Caracali Francja by tak z nami nie pogrywala. A teraz to niech Waszczykowski leci do Trumpa załatwiać sprawę polskich pracowników delegowanych w Unii. Prawda jest taka ze pis nie umie się odnaleźć w unijnej polityce i snuje jakieś jagiellońskiej wizje ktore wszyscy maja głęboko w d.

"PiS zalicza w Europie kolejną glebę"

Lepiej by oczywiscie bylo, gdyby np. Morawiecki podkulil ogon i przyznal Berlinowi i Paryzowi racje. Mozna by sie łudzić, ze różnicy interesów nie ma.

Lepiej by było, gdyby np. Morawiecki lub Waszczykowski (ale to ryzykowne) oczywiście nie podkulali ogonów, lecz rzetelnie wywiązywali się ze swoich obowiązków, w zakres których wchodzą m.in. rozmowy i negocjacje dyplomatyczne. Różnice interesów są, ale nie będzie najmniejszych propolskich rozwiązań, zanim jedynym sukcesem rządzących będą zdjęcia na twiterze z przywódcami innych zachodnioeuropejskich państw, chociaż i tych niestety ostatnio coraz mniej. "Gleba w Europie" to niestety fakt, bardzo przykry.

Temat chyba jeszcze szerszy. Gdybyśmy przyjęli imigrantów, pozwolili nadal kraść VAT, sprzedali resztę polskich zakładów Niemcom, wtedy by nas w UE lubili bardziej i mniej krytykowali. Wtedy nawet takie projekty jak Nord Stream II czy delegowani pracownicy wydawać się nam mogą bardziej przyjazne, co nie panie Sutowski?

powyższy komentarz można spokojnie nazwać wzorcowym przykładem myślenia odpowiedzialnego za porażki (na razie - oby nie klęski...); i nie tyle chodzi w nim o 'anachroniczność', co zupełną odporność na dostrzeżenie i zrozumienie różnicy, między 'podporządkowaniem się' (dyktatowi, rozkazom... etc.), a 'wynegocjowaniem' maksymalnie korzystnych warunków. 'Anachronizmy' w postrzeganiu świata XXI w. zaczynają się w tym miejscu: ktoś, dla kogo 'kompromis' oznacza coś negatywnego, czy źle się kojarzącego, nie wiem z przyznaniem do słabości, czy porażką, ten myśli po prostu w kategoriach kompleksów historycznych, tj. upokorzeń i klęsk sprzed 60 lat (data graniczna: 1956; oczywiście nie da się pominąć wcześniejszych... ale ich wyliczanie sobie daruję). Myślenie o świecie drugiej dekady XXI wieku kategoriami I połowy XX wieku, czy wręcz XIX wieku, nie może przynieść nic dobrego 🙁

"a Polska niejako symetrycznie do Francji broni w tym sporze swego interesu narodowego (400 tysięcy miejsc pracy!)"
Polska rękoma PiSu nie broni tu żadnego własnego interesu narodowego. Polska (poza interesami samej władzy) broni tu interesu małej grupki przedsiębiorców, którzy postanowili zrobić biznes na niższych kosztach pracy w Polsce. Drugą stroną medalu tych niższych kosztów pracy są głodowe emerytury, które będą stanowić poważny problem Polski w perspektywie nieco tylko odleglejszej niż przewidywany czas życia prezessimusa.

Miejsca pracy też za bardzo nie są polskie, tylko francuskie (tak przypominając fanom państw narodowych). Dyrektywa o pracownikach delegowanych zmieni tylko tyle, że albo a) Polacy będą je obsadzać nadal na lepszych warunkach i niekoniecznie dla obecnego pracodawcy, albo b) miejsca te przepłyną do Polski i będą wykonywane przez Ukraińców.

"No i wreszcie, musi zaproponować alternatywę – nie tyle dla polityki PiS, bo to nie aż takie trudne, ile dla wykluczającej nasz region (OK, tylko Polskę) logiki dalszej integracji."
Nikt Polski nie wyklucza. Najszybciej wykluczymy się sami nie potrafiąc wyjść poza myślenie archaicznymi kategoriami narodów. Dośc dobrze nam z tym idzie. Poza tym Polacy są już bardzo dobrze zintegrowani na wiele więcej sposobów niż praca delegowana. Więc oczywiście lewica dbając o ich przyszłość powinna jak najwięcej mówić o dalszej integracji w ramach zmian w dyrektywach o pracy delegowanej, pakietu mobilności czy koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego. Ot lewica powinna zwyczajnie rozszerzyć definicję "polskiego interesu" o interes milionów Polaków pracujących poza granicami Polski (epizodycznie lub na stałe).

"myślenie archaicznymi kategoriami narodów" - ciekawe że to archaiczne myślenie przyświeca wszystkim silnym krajom.

a ty wierzysz, że niemiecki rząd martwi się tak samo o przedsiębiorcę z Czech, Austrii jak tego krajowego Niemca? To dopiero naiwne myślenie! Niemcy są mistrzami w protekcjonizmie, choć oczywiście deklarują zupełnie co innego. Ale wystarczy trochę poczytać, żeby się przekonać, że obecnie państwo MUSI wspierać swój przemysł. Przynajmniej w sytuacji budowania kapitału kraju, czyli w momencie jakim jest Polska. Bo porównywać nas do Niemiec czy Francji chyba nie zamierzamy, co ekonomiczny ekspercie? Bez możliwości wpływu na gospodarkę, stopy procentowe itd Polska stanie się wasalem silniejszych krajów regionu. Obecnie korzystamy i rośniemy m.in. dzięki delegowaniu pracowników. Kraje zachodnie korzystają z członkostwa na inne sposoby, ale ich krytyka i dyrektywy nie sięgają. Łatwiej bić słabszego. Tylko dziwne, że dokładają mu jeszcze swoi.

"a ty wierzysz, że niemiecki rząd martwi się tak samo o przedsiębiorcę z Czech, Austrii jak tego krajowego Niemca?"
Wierzę, że ponadnarodowe korpo traktuje lepiej albo raczej, że te najlepiej wykorzystują granice obowiązujące tylko szaraczków. Tyle w temacie mitycznego niemieckiego protekcjonizmu. Poza tym nie za bardzo wiem, co oznacza "swój przemysł" w dobie międzynarodowych kapitałów, chyba to samo, co przemysł reprezentowany przez swoich lobbystów.

Poza tym wiesz, ja tam reprezentuję interes swój, moich licznych znajomych, którzy siedzą gdzieś w innych krajach i mieli okazję odkładać składki już dla wszystkich ZUSów Europy. Reprezentuję interes też tego Niemca, który postanowił się osiedlić po sąsiedzku na stare lata i "buduje nasz polski PKB za swoją niemiecką emeryturę". Integracja społeczna jest faktem i wyprzedziła integrację polityczną, szczególnie tę w wykonaniu PiS. Ty zdajesz się reprezentować wirtualny byt o nazwie Polska. Z Polską nie da się pogadać przy grillu. Aż tak bardzo wstydzisz się przedstawić rzeczywisty interes?

jeśli kapitał nie ma narodowości to w jakim celu poszczególne kraje starają się chronić swoje firmy? Po prostu kosmiczne kocopały pleciesz.
http://forsal.pl/artykuly/1057280,niemiecki-rzad-chronic-firmy-przed-przejeciem-z-zagranicy.html

lepiej być potulnym

Autor naiwnie zakłada, że gdyby polski rząd posłusznie wykonywał polecenia bogatych krajów UE, to bylibyśmy z lepszej sytuacji. Ale co by było lepszego tego nie wiadomo, bo do tej pory, to kto by u nas nie rządził, to w UE mieli nas w nosie (ostatni przykład: Nord Stream II, wcześniej stocznie itd). Jeszcze większą naiwnością jest wiara, że lewicowy rząd by nam pomógł. Słabość jest obecnie najgorszym co może cechować rząd nad Wisłą, chyba że faktycznie chcemy skazać nasze dzieci na jedzenie Niemcom i Francuzom z ręki. Albo ponad własnych rodaków stawiamy samozadowolenie zachodnich elit... Ale to już było.

Nie widzę w tym artykule żadnej naiwności, lecz ciekawą opinię, jedną z wielu. Właśnie problem tkwi w tym, że rząd mówi takim samym językiem jak Pan/Pani. System zero-jednkowy, albo będzie po naszemu, albo z żadnym tam szwabem gadać nie będziemy. Tylko teraz nawet nie wiadomo co to znaczy "po naszemu", bo dyplomacja to obecnie umiejętność deficytowa w ekipie rządzącej. Nie ma u niej sensownej koncepcji na współpracę z innymi. Na wszystkich już się obrazili. Dlatego z bezsilności wciskają nam głodne kawałki o bogatej i prężnej Polsce, światowym lwie, na który dybie z zazdrością ta szatańska Unia. To jest dopiero naiwne myślenie.

powtórka z kolegi "paszport ue": "lepiej być potulnym" = "posłusznie wykonywać polecenia" = "słabość" = "skazać dzieci na jedzenie z ręki" (!) to po prostu: kompleksy, kompleksy, kompleksy, kompleksy...

Oczywiście, że takie myślenie jest wyrazem kompleksów. Pełna zgoda. Czego niestety nie dostrzega tzw. "liberalna" strona sporu (z którą i ja się mimo wszystko identyfikuje), jest nim również ten wieczny polski strach, jak wypadamy "za gramanicą.
Przy całym moim szacunku dla Francji i jej kultury, która nauczyła świat o wiele więcej, niż jeść widelcem, akurat niezrozumienie problematyki Europy Środkowej oraz zagrożenia, jakie stanowi Rosja w tym kraju jest niemal tradycyjne i przekraczające wszelkie standardy znane z innych państw. Nawet tych okazjonalnie również wykazujących się w tej kwestii dyletantyzmem i naiwnością. Tak było w czasach komunizmu, tak było w czasie wojny na Bałkanach, zbliżenia z Putinem za prezydentury Chiraca i ostatnio w czasie wojny na Ukrainie. Nie wiem, czy był drugi europejski kraj, który tak bardzo nie kumał problemu.
Tak więc, o ile np. nie obchodzi mnie, z czyjej ręki będę jadł, dopóki będzie to smaczne jedzenie, o tyle nie mogę powiedzieć, żeby słowa Macrona wprawiały mnie w jakiś dramatyczny nastrój.

Co Francji i jej tradycyjnego zapatrzenia w Rosję (to długa i skomplikowana historia...), wystarczy sprawdzić, jak silną pozycję mają od dziesiątek lat we Francji skrajni komuniści i jak stabilną grupę zwolenników. To ma także związek z ostentacyjnym ominięciem Warszawy, bo można uznać, że Macrona 'zagrał sobie Polską' na potrzeby polityki wewnętrznej. Wystarczy sprawdzić, co robi Melenchon, tj. konkurent wyborczy Macrona, lider skrajnie komunistycznej partii "Francja Nieujarzmiona". Bojąc się, że Macron może mu odebrać sympatię części elektoratu (bo obiecał m. in. zmiany na rynku pracy, podniesienie świadczeń socjalnych), zmobilizował związki zawodowe (CGT) i na 12 września zapowiedział ogólnokrajowe strajki. Można powiedzieć, że ochłodzenie relacji Paryż-Warszawa trafiło się nowo wybranemu prezydentowi Francji, jak ślepej kurze ziarnko: w związku z tym, że Polska nadal robi za kraj eksportujący 'groźnych hydraulików, odbierających miejsca pracy francuskim robotnikom', Macron nie wahał się rozegrać tej sytuacji na swoją korzyść, pozwalając sobie przy tym na afront wobec Warszawy. Tyle, że w 2005 r. udało się znaleźć ciekawy, a przede wszystkim skuteczny pomysł na odwrócenie sytuacji z 'polskim hydraulikiem': dzięki temu, że francuskie media podchwyciły temat 'bilbordów z seksownymi hydraulikami' wypłynął temat stereotypowego postrzegania przybyszów z Europy Środkowo-Wschodniej i 'efekt zawstydzenia' zadziałał zdecydowanie na naszą korzyść. Pytanie dzisiaj jest takie: dlaczego 12 lat później mamy powtórkę z rozrywki? Czy pogrywanie Warszawą wynika z ciśnienia polityki krajowej (tj. Macron zrobiłby to niezależnie od tego, kto stałby akurat na czele polskiego rządu), czy aktualnie rządzący dostarczyli i narzędzi i pretekstu, do tego rodzaju zagrywki? W jednej kwestii nie ma wątpliwości: to kraje naszego regionu powinny być barziej aktywne, czy wręcz ofensywne w tłumaczeniu, wyjaśnianiu, edukowaniu: 'o co u nas chodzi'. Dopiero wtedy można oczekiwać tej wiedzy (i wytykać ignorancję, jeśli będzie jej brak) i nie ma co oczekiwać, że sami zgłębią, zrozumieją, odkryją, a na koniec się zachwycą... (pozostańmy realistami).

Miranda, nie jestem pewny jaka dokladnie grupa sa dla Ciebie francuscy "skrajni komunisci", szególnie jeżeli oni maja dzialać od dziesiatek lat, więc pare słów aby temu hasłu dodać perspektywy. Mainstreamowi komuniści we Francji (jak i we Włoszech i w innych krajach Europy zachodniej i świata) rozumieli sie jako ruch robotniczy współgrajacy ze zwiazkami zawodowymi. Przynależenie do partii komunistycznej bylo też i prestiżowe w kręgach intelektualnych (Sartre, Camus, Pasolni itd). Jest to wprawdzie szokujace dla Polaków (i bardziej ogolnie ludzi z byłej sfery wplywu ZSRR), ale to był po prostu wyraz oporu klasycznemu kapitalizmowi. Abstrachujac od trotskistów, "skrajni" komuniści pojawili się tak naprawdę w kontekscie maja 68. Wielu z nich odnalazło się w latach 80'tych jako kadra neoliberalna... Może tutaj jest zwiazek z "ostentacyjnym ominięciem Warszawy" Macrona?

Co do francuskiej lewicy, a w szczególności określenia "skrajni komuniści", to jest to zagadnienie na tyle skomplikowane (jeśli chciałoby się dokładnie wyjaśnić i zrozumieć), że nietrudno - wbrew intencjom - o zwykłe 'zaetykietowanie' czy schematyczne uproszczenia (szczególnie dzisiaj, gdy pewne środowiska używają określenia 'lewacki' jako inwektywy...). Dlatego nie mam zamiaru szufladkować - po prostu wyklaruję o co chodzi inaczej. Zarówno Macron, jak i Melenchon wywodzą się z Partii Socjalistycznej - przy tym reprezentują dwa światy. Macron był jej członkiem jedynie trzy lata, i trochę trudno wyobrazić sobie jako 'ideowego lewicowa'/'socjalistę', kogoś, kto uczęszczał do jezuickiego liceum, a potem został milionerem pracując w bankowości, czy liberalizował gospodarkę na stanowisku ministra gospodarki. Natomiast Melenchon, który po 35 latach członkostwa w Partii Socjalistycznej, opuścił ją w 2009 r. (dokładnie wtedy, gdy Macron rozstał się z socjalistami) zakładając swoją własną partię - 'Nieujarzmioną Francję' (czy jak tłumaczą to inni 'Nieuległą Francję') - uznał, że należy wrócić do 'prawdziwych' lewicowych ideałów (o których zdradę oskarżył Partię Socjalistyczną). I o ile 18 tez 'Manifestu Ekosocjalizmu' (do którego przyznaje się Melenchon) da się przeczytać jako krytykę negatywnych zjawisk globalizacji, to już przełożenie ich na konkretne propozycje Melenchona i poglądy w kwestii globalnej polityki jest właśnie "skrajne" (tu tylko dwa obrazowe przykłady). Bo jak inaczej nazwać choćby propozycję obłożenia najbogatszych 100-procentowym podatkiem, w celu 'zlikwidowania' bogacenie się? Albo wezwanie do 'bezkrwawej rewolucji', z której ma się rzekomo wyłonić świat bez 'biednych' i 'bogatych'? To już było... i źle się skończyło. Do tego Melenchonowi nie podoba się NATO, z którego wg niego Francja powinna wystąpić, ale już aneksja Krymu przez Putina to 'obrona żywotnych interesów' Rosji. Co do tego ostatniego, to aż trudno uwierzyć, że człowiek z francuskiej lewicy, która z bezkrytycznego zapatrzenia w sowiecką Rosję wychodziła pół wieku (tak właściwie, to radykalna deziluzją zaczęła się dopiero po "Archipelagu Gułag" Sołżenicyna w późnych latach 70.) teraz próbuje to przenieść na imperialną, oligarchiczną i uzbrojoną po zęby Rosję Putina (przy tym miliardera, tj. pierwszego w kolejce do opodatkowania przez Melenchona...). Już wkrótce, tj. 12 września będzie okazja, żeby przekonać się o co dokładniej chodzi Melenchonowi: zapowiedź masowych strajków została podtrzymana i ma zastopować wprowadzenie zmian zapowiedzianych przez Marcona (zobaczymy też, czy spektakl pod tytułem: 'polski hydraulik już wam nie odbierze chleba!' na coś się prezydentowi Francji przyda...).

"to długa i skomplikowana historia..."
Rzeczywiście skomplikowana; poza dość egzotycznym sojuszem w czasach wojny siedmioletniej (oba kraje łączył raczej ich wspólny sojusz z Austrią) i wymuszonym, taktycznym, pełnym obustronnej hipokryzji sojuszem Napoleona z Aleksandrem I zostaje jeden tylko jeden prawdziwy i mocny sojusz, ten od lat 1890-tych do 1917; pozostałe rzeczy, jak krótkotrwałe zerknięcia Napoleona III w stronę Petersburga, plany porozumienia wojskowego z latach 1935-39 i granie przez de Gaulle'a kartą "odprężenia" z blokiem wschodnim to zwyczajne gry i przetargi dyplomatyczne, niewiele mające wspólnego z rzekomym "tradycyjnym zapatrzeniem w Rosję"; a co do intelektualnych prądów prorosyjskich, to tak samo było mocnych wypowiedzi antyrosyjskich, od Rousseau po Arona. Ale zamiast sprawdzić fakty, lepiej powielać stereotypy, dywagować o "narracjach", "tradycjach" etc.

Zgadzam się, że powinniśmy tłumaczyć i edukować. Podobnie, jak zgadzam się z tym, że rząd może dawać Francji pretekst do rozgrywania go w takim stylu. Natomiast sądzę, że nie powinniśmy uznawać, że każde niezrozumienie naszego regionu, czy każda wobec niego impertynencja jest wyłącznie naszą winą. I, że to my się jej powinniśmy wstydzić, jako wyraźnego znaku, że nie dorośliśmy do europejskości. Dlatego bawi mnie ta wieczna panika kipiąca z portali typu gazeta.pl i prasy w rodzaju Newsweeka, że o to stał się dramat, bo Polskę skarcił ten czy inny zachodni polityk. I to ich ustawianie całej debaty tak, jakby mogli się w niej zmieścić tylko po jednej stronie dumni grajdołkowatą dumą sarmaci a po drugiej "Europejczycy", którzy za jedyny probierz sensowności danej polityki uznają ilość pochwał, jakie za nią można zdobyć w znaczących państwach Unii.
Mam też wątpliwości co do tego, czy na pewno nie możemy oczekiwać, że sami zgłębią i zrozumieją. Wstępowaliśmy do wspólnoty a nie szkółki niedzielnej. Tak, więc nie wiem, czy od elit politycznych nie możemy wymagać pewnego zrozumienia problematyki wszystkich krajów, które do niej należą. To jest dyplomacja, każdy prezydent, czy prominentny polityk ma swoich ekspertów, doradców. Tu nie ma wytłumaczenia dla pewnego poziomu ignorancji i buty.

Muszę chyba dokładniej wyłuszczyć o co mi chodzi z edukowaniem... bo z konkluzjami się zgadzam. Chodzi mi o coś innego, tj. szerszą/głębszą perspektywę, niż prowadzenie bieżącej polityki. Problem polega na tym, że 'kluczowe narracje', wraz z nasyceniem znaczeniami słów-kluczy, stosowanych dzisiaj do opisu świata, utrwaliły się w XIX w., tj. w czasie, gdy krajów Europy Środkowo-Wschodniej w nich nie uwzględniano. To dlatego jedynie w polskich narracjach "Polska istniała/przetrwała mimo podziału na zabory". W narracjach pisanych poza naszym krajem istniały: Cesarstwo Rosyjskie, Cesarstwo Austro-Węgierskie (1867) i Cesarstwo Niemieckie (od 1871), i nikomu nawet na myśl nie przyjdzie, aby zastanawiać się np. czy porozumienie zaborców a potem tłumienie powstań i represje były (nie)legalne, "moralne", etc. Przecież właśnie to miało później bezpośrednie przełożenie na nastawienie do II Rzeczpospolitej, czy decyzje dotyczące ładu w powojennej Europie (nie będę tego rozwijać, przechodzę dalej). A teraz muszę zacytować i postaram się wyjaśnić co to ma wspólnego z dzisiejszymi narracjami: "...ustawianie całej debaty tak, jakby mogli się w niej zmieścić tylko po jednej stronie dumni grajdołkowatą dumą sarmaci a po drugiej 'Europejczycy'..." - to teraz zadajmy pytanie, z czym mamy do czynienia? Wg mnie z dwoma nieprzystającymi do siebie narracjami. Pierwsza, nazwijmy ją 'narracją sarmatów', oceniana jest przez wielu krytycznie i odrzucana. Ale nie dlatego, że cechuje ją 'grajdołkowata sarmacka duma', lecz że jest w pewnym sensie 'autarkiczna': niczego nie opisuje, nie wyjaśnia, jest w niej bardzo mało merytorycznych argumentów, za to bardzo dużo komunikatów perswazyjnych. Druga, nazwijmy ją 'poszukiwaniem uznania w oczach prawdziwych Europejczyków', jest traktowana z kolei jako ucieczka z tej 'autarkii'; jeśli dylemat zostaje zdefiniowany jako 'sarmatyzm czy kosmopolityzm', to zwolennicy 'europejskości' (jakkolwiek rozumianej) odpowiadają: 'kosmopolityzm' (tu odsyłam do antologii powojennego eseju z 2003 r. "Kosmopolityzm i sarmatyzm", Ossolineum). Wszystko wynika z tej głębokiej przepaści, jaka istniej między tym, jak 'my tu sobie opowiadamy/rozumiemy' siebie i świat, a jak to jest postrzegane z zewnątrz: czyli, przynajmniej częściowo na gruncie narracji pisanych 'nie przez nas'/ 'nie dla nas'/ 'bez nas'. A teraz w kwestii edukacji (tak w zasadzie, to wychodzi na to, że należałoby zacząć od autoedukacji...) To my musimy opowiadać i tłumaczyć Europę Środkowo-Wschodnią innym Europejczykom, tj. wyjść ze swoich 'autarkicznych narracji' i przyłożyć je do 'ich narracji'. Na koniec tylko rzucę konkretny przykład, już historyczny, dzięki czemu dobrze udokumentowany: w 2014 r. obchodzona była setna rocznica wybuchu I wojny światowej. Wystarczy zobaczyć, o czym mówiono w Polsce, tj. co było w centrum debat, a jak obchodzono to w innych krajach europejskich - dwa nieprzystające do siebie światy. A w kwestii 'edukacji': zmarnowana szansa, żeby 'zbliżyć' polskie opowieści i 'opowieść o Polsce' do narracji innych krajów i wytłumaczyć im to i owo...

"Cesarstwo Austro-Węgierskie (1867)"
Taki byt nie istniał. Od roku 1867 było Cesarstwo Austriackiej i Królestwo Węgierskie, pani historiozofko.
"To dlatego jedynie w polskich narracjach "Polska istniała/przetrwała mimo podziału na zabory"
Nie ma Pani najmniejszego pojęcia o tych kwestiach. Ani o uznawaniu Król. Polskiego za państwo, choć nie w pełni suwerenne, ani o uznaniu jego prawno-międzynarodowej podstawy (akt końcowy kongresu wiedeńskiego), ani wreszcie o propolskich głosach opinii publicznej na zachodzie, zwłaszcza wśród demokratów, rozmaitych "młodych Europ", socjalistów, ale i wśród liberałów i konserwatystów się takie trafiały.

"Panie historiozofki" są przyzwyczajone do komentarzy tego rodzaju i uodpornione na ton, w jakim raczył Pan - "Panie Aristodemosie" - swój komentarz utrzymać. To może zacytuję zdanie wyjęte z podręcznika szkolnego, które rozwieje wątpliwości co do tego, że 'austro' + 'węgierskie', to nic innego jak państwo związkowe: "(...) 1867 ugoda Austrii z Węgrami – przekształcenie obydwu państw w monarchię austro-węgierską (monarchię dualistyczną): wspólne: władca, wojsko, skarb, polityka zagraniczna; osobne rządy oraz konstytucje (...)". A to, że nazwa "Monarchia Austro-Węgierska" jest w obiegu, potwierdzają warianty, niem.: Österreich-Ungarn oraz węg.: Osztrák-Magyar Monarchia. Co do drugiej części komentarza: potwierdza bardzo dokładnie to o czym piszę: o zupełnie innym postrzeganiu tego okresu historycznego z punktu widzenia narracji, które powstały na gruncie polskim i niepolskim. Moim celem było zwrócenie uwagi właśnie na to, że 'ktoś' może to 'inaczej czytać', i dobrze byłoby mieć tego świadomość, a także potrafić wyciągnąć z tego wnioski. Tyle.

Duża grupa opiniotwórczych elit francuskich była przeciwko powstaniu Polski po I wojnie światowej.
http://www.newsweek.pl/wiedza/historia/masoni-w-kregach-polskiej-wladzy-wywiad-tadeusz-cegielski,artykuly,350301,1.html

Te elity mialy najwyrazniej maly wplyw na francuska polityke zagraniczna po IWS. Francja starala sie wtedy maksymalnie oslabic Niemcy i popierala polskie roszczenia terytorialne na Zachodzie. Przeciwni niepodleglosci Polski to oni moze i byli, ale wczesniej gdy Rosja jeszcze walczyla po ich stronie. Po wybuchu rewolucji na Rosje nie mogli juz liczyc i nie bylo przeszkod, zeby uznac niepodleglosc Polski.

Znam dobrze Francje bo tam żyję, zgadzam się co do kontrybucji tej wielkiej kultury. Na codzień ma ta ostatnia jednak pewien minus: tu ludzie maja mocna tendencje do racjonalizacji pomimo że sa w gruncie rzeczy emotywni a do tego nieufni, co oznacza pewna predyspozycje do wyrafinowanego manewrowania. Macron jest według mnie tego archetypem, co raczej dobrze pasuje do klimatów neoliberanych. Natomiast zagrożenie ze strony Rosji? Wydaję mi się, Suomalainen, że to jest raczej nasz historycznie/kulturowo ukształtowany lęk. Nie uważam aby scenariusz à la Ukraina byłby realistyczny jeżeli to masz na myśli. Zielone ludziki infiltruja z Kaliningradu?.. Chyba raczej skomplikowane logistycznie, po prostu by się to wujaszkowi Wołodji nie opłacało, no a on jako prezes sprywatyzowanego KGB się głównie takimi przesłankami kieruję.

W scenariusz ukraiński w Polsce ja też nie wierzę. Polska nie była w ZSRR, nie ma olbrzymiej ilości rosyjskiej ludności, jest w Unii, jest w NATO. Tak więc w rozkręcaną także przez, jak to się na lewicy mawia, "Sławka" (Sierakowskiego oczywiście) histerię również nie wierzę. Natomiast faktem jest, że Rosja znów jest "kolosem na glinianych nogach" i, że znów ma niebezpieczne imperialne ambicje, które potencjalnie, w jakiejś dłuższej czasowej perspektywie mogą być niebezpieczne. A konflikt ukraiński był tego zwiastunem odczytanym przez Skandynawów, Niemców, Amerykanów i oczywiście, jak zawsze, totalnie niezrozumianym przez Francuzów. W zasadzie to miałem na myśli 🙂

Jasne, organizowane wycieczki niemiecko-francuskie będą karmić z ręki "nasze" dzieci bawiace się w kałużach, oni już od dłuższego czasu nad tym projektem pracuja. Na szczęście mamy "silnych" polityków i husarię którzy na to nie pozwolą, a Donnie nam będzie wysyłał gaz statkami. Tak naprawdę: w jakiej grze wideo?

A redaktor jest resortowym pismakiem...

Ale gdzie w tym artykule jest przedstawiony dowód tego, że Macron wymanewrował Polskę? To, ze sobie jeździ po Europie i coś wygłasza jeszcze niczego nie oznacza.

Unia Europejska powinna przestac sie piescic z Kaczynskim i podjac w koncu konkretne dzialania, bo jest oczywiste, ze ten liliputin chce miec w Polsce wladza absolutna. A na to nie moze byc zgody.

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!