Świat

Snyder, Shore: Francuzi i Niemcy wymyślą sposób na nową koalicję bez Polski

Tradycyjny lewicowy błąd to idea Europy bez państw, natomiast tradycyjny prawicowy to tworzenie państw bez Europy. Nie ma żadnego dowodu z historii współczesnej, który mówiłby, że państwa mogą istnieć same dla siebie, bez żadnego poziomu integracji z innymi.

Sławomir Sierakowski: Tim Snyder, którego ostatnia książka, O tyranii, wyszła jako dodatek do tygodnika „Polityka”, widział w życiu wiele manifestacji. W 2014 roku organizował bardzo ważną z politycznego punktu widzenia konferencję w Kijowie, która miała pomóc Ukrainie wpłynąć na ludzi z Zachodu i zainteresować ich tematem ukraińskiego kryzysu. Organizował także manifestacje i marsze w Nowym Jorku. Tak jak Marci Shore aktywnie śledzi to, co się dzieje na Ukrainie – zresztą książka Marci Shore o rewolucji ukraińskiej wkrótce wyjdzie w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Chciałem zapytać Tima i Marci o polskie demonstracje w obronie sądownictwa, na których też byliście. Jakie są wasze wrażenia? Jakie nadzieje możemy z nimi wiązać? Jak one wyglądały w porównaniu z manifestacjami na Ukrainie czy w USA?

Timothy Snyder: Tak wielu demonstracji w Stanach jeszcze nie było. To ciekawe, że największe protesty w naszej historii odbywają się za prezydentury Trumpa. Dla mnie demonstracje czy marsze pełnią trzy funkcje: przygotowawczą, psychologiczną – czuję się lepiej w tłumie, w jakimś zbiorze, i pokazową – pokazujemy, że potrafimy się zorganizować i wyrazić to, czego chcemy. Te funkcje mają odmienne znaczenie w różnych kontekstach. W Stanach funkcja psychologiczna była i pozostaje bardzo ważna, bo ludzie nie mieli pojęcia, co robić. Amerykanie nie mają doświadczenia historycznego i osobistego z polityką wyjątkową i wyjątkowymi czasami. To, co upodabnia Polskę i Stany, to widoczna różnica pokoleniowa. Tak jak u was najpierw to starsi wychodzą na ulicę, a za nimi młodzi. Co się stało z moją książką? Napisałem ją dla studentów, młodzieży, ale to ich dziadkowie ją kupili – i dawali moim studentom.

Fot. Jakub Szafrański

Marci Shore specjalizuje się w latach 30. Kawior i popiół to książka o inteligencji tego czasu, rosnącym autorytaryzmie i o tym, jak to wszystko się skończyło. Czy rzeczywiście możemy mówić o analogiach z latami 30. w naszym regionie?

Marci Shore: Znajomość wydarzeń np. z lat 30. nie daje magicznej wiedzy na temat tego, co się stanie. Rzecz polega na tym, że znajomość historii daje Ci wiedzę o tym, co jest możliwe, co może się stać. I kiedy już wiesz, co jest możliwe, to trudno o tym zapomnieć, nie ma sposobu, by już nie wiedzieć. Jeżeli znasz się na historii, zaczynasz doceniać kruchość tego wszystkiego. To nie znaczy, że teraz nastąpi koniec cywilizacji, ale, że może nastąpić koniec cywilizacji. Co prawda ja jestem neurotyczką, czyli kimś, kto z natury się martwi, że świat może się skończyć. Do tego żyję w bardzo odizolowanym środowisku.

Jeżeli znasz się na historii, zaczynasz doceniać kruchość tego wszystkiego.

Na przykład kiedy przyjechała do nas, do New Haven dziennikarka z Ukrainy i chciała przeprowadzić rozmowy ze zwolennikami Trumpa, spojrzałam na Tima i pomyślałam: „Ale gdzie możemy ich znaleźć?”. Zaczęłam pisać do moich studentów, czy ktoś przypadkiem nie zna takiej osoby. Oczywiście, w Stanach jest bardzo wielu jego zwolenników, ale my – czyli pracujący i studiujący na uniwersytecie Yale – żyjemy w izolacji. Przed wyborami nie miałam osobistej styczności z elektoratem Trumpa, a całe nasze środowisko – wcześniej rozdzielone na zwolenników Hillary Clinton i zwolenników Bernie Sanders – było w stu procentach przeciw Trumpowi. Dopiero po wyborach pojawił się wyraźny podział opinii w środowisku uniwersyteckim: część naszych kolegów uważała, że obecna sytuacja jest zła, jednak nasze instytucje i tradycje demokratyczne są na tyle silne i głęboko zakorzenione, że na pewno wszystko będzie w porządku. Druga połowa, do której sama należałam, uważała, że to na pewno jest koniec liberalnej demokracji, a ostatecznie nawet koniec naszej cywilizacji.

T.S.: Jeżeli chodzi o analogie z latami 30., to wydaje mi się, że główną jest globalizacja i wrogość wobec niej. Obecnie przeżywamy drugą falę tego zjawiska i nie jest żadną niespodzianką, że rodzi się wobec niej opozycja, czy to na prawicy, czy lewicy. Jest też inny bardzo ważny aspekt, który był bardzo wyraźny w faszyzmie: rosnąca niechęć, wrogość do oświecenia. Nie twierdzę, że mamy u nas reżim faszystowski, ale wrogość wobec oświecenia jako takiego jest bardzo wyraźna – co niekoniecznie kryje w sobie jakąś głęboką ideologię. To, co nas łączy, to niechęć do historii, choć w Polsce brzmi to wręcz nieprawdopodobnie. Chodzi mi o to, że po rewolucji, która skończyła się u was w ’89 roku, doszliśmy do wniosku, że już nie trzeba myśleć o przeszłości, bo historia się skończyła. Przez dwa pokolenia zimnej wojny musieliśmy poznawać historię po to, żeby zrozumieć kulturę europejską; to był jedyny czas, kiedy Ameryka naprawdę brała udział w budowaniu europejskiej cywilizacji. Gdy zimna wojna się skończyła, takiej potrzeby już nie było i bardzo szybko zapomnieliśmy to, czego się nauczyliśmy. Kiedy jeździłem po kraju ze swoją książką, okazało się, że Amerykanie zaczęli już zapominać o zbrodniach Stalina, mimo że nasza propaganda bardzo je wyolbrzymiała. Doszliśmy do wniosku, że już nie musimy o tym pamiętać.

Fot. Jakub Szafrański

U was z kolei głównym problemem jest zaniechanie analizy lat 30., okresu międzywojennego. Jeśli jest moment, który dla Polaków i ich państwowości był kluczowy, który daje możliwość samoanalizy, to nie są lata 40., tylko 30. i 20. W historiografii strasznie mało jest prac o tym okresie, bardzo dużo jest natomiast o latach powojennych. Nie zdajemy sobie obecnie sprawy, jakie były ówczesne problemy z państwowością, a główną lekcją z tego okresu jest to, że państwo polskie nie daje sobie rady bez współpracy z większą organizacją. Jeśli się nie popatrzy uważnie na lata 30., to ta lekcja sama się nie odrobi. Uważam, że to jest dzisiaj ogromny problem, zwłaszcza dla współczesnej prawicy w Polsce.

M.S.:. Liberalizm to filozofia polityczna, która wywodzi się z Oświecenia – i zawsze miał takie same słabości jak Oświecenie. Chodzi o fanatyczną wiarę w rozum. Przekonanie, że rozum w naturalny sposób prowadzi do dobra i poszczególnych ludzi, i tym samym całe społeczeństwo, a zatem wszystkie dobre rzeczy harmonijne ze sobą współgrają. Jest to bardzo piękna idea, ale niestety fałszywa: nie wszystkie dobre rzeczy są harmonijne i dają się pogodzić.

Jest to bardzo piękna idea, ale niestety fałszywa: nie wszystkie dobre rzeczy są harmonijne i dają się pogodzić.

Pokazał to już romantyczny bunt przeciwko Oświeceniu. Te słabości racjonalności w pojęciu Oświecenia, które zostały obnażone już ponad sto lat temu, wciąż istnieją. Poza tym ludzie już nie odróżniają demokracji od liberalizmu. Uważają, że większość zawsze wybierze mądrze i prawidłowo, a przecież ludzi bardzo łatwo jest ustawić przeciwko rozsądkowi (i liberalizmowi). Bardzo dobrze opisał to Edmund Husserl, gdy pod koniec życia został wyrzucony z uniwersytetu z powodu swoich żydowskich korzeni. Twierdził, że „racjonalność” w tamtym czasie była rozumiana zbyt powierzchownie, w sposób niezadowalający ludzi, przez co okazała się narażona na silę irracjonalizmu.

Na końcu swojej książki Tim stawia bardzo śmiałą tezę, że rośnie nam pokolenie bez historii. Polska jest jednak krajem, w którym ta teoria napotyka pewne paradoksy. Z jednej strony w centrum polskiej debaty publicznej jest właśnie historia; to, co się mówi o żołnierzach wyklętych czy o polityce historycznej wykorzystywane jest w walce politycznej. Z drugiej młode pokolenie jest egzemplifikacją przywiązania do mitów historycznych. Jak wytłumaczyć, że w kraju, w którym permanentnie dyskutuje się o historii, można było o niej zapomnieć?

T.S.: Mówiąc o tym, że nie ma historii, mam na myśli coś bardzo specyficznego – chodzi mi o rodzaj łuku historiograficznego i społecznego, łączącego współczesność z latami 30. Pamięć młodego pokolenia jest czymś innym. Pewne koncepcje pamięci, które politykom mogą się wydawać strategiczne, tak naprawdę są niszczące. Historia jako taka może w pewnym stopniu pomagać państwom, bo dzięki niej można znaleźć wspólny język. Na przykład historia Francji zawiera w sobie historię niemiecką, a historia Polski zawiera w sobie historię ukraińską i żydowską. To daje możliwość zrobienia kroku w stronę sąsiada. Kiedy natomiast mówimy o pamięci, dzieje się odwrotnie. Pamięć ma tendencję do unarodowiania, do tego dotyczy tylko części narodu, a nie całości. Ciężko jest rozmawiać z Niemcami czy Ukraińcami na podstawie tzw. pamięci, bo politycy używają jej tylko w korzystnych dla siebie sytuacjach. Weźmy przykład żołnierzy wyklętych: zobaczmy, jak buduje się dla młodego pokolenia obraz drugiej wojny światowej, gdzie ci żołnierze sami wygrali wojnę. To jest wizja antypaństwowa, która sugeruje, że niepotrzebne było wojsko czy państwo, bo w końcu po hollywoodzku przyszli bohaterowie.

Marci Shore
Fot. Jakub Szafrański

M.S.: Jestem historykiem, więc nie będę obiektywna, ale moim zdaniem polityka historyczna jest bardzo niebezpieczna. Oczywiście tęsknota za czystością, za tą pewnością, że wszystko, co złe, przyszło do nas z zewnątrz, jest zrozumiała. To ucieczka od odpowiedzialności, i ta chęć ucieczki jest rzeczą ludzką. Wydaje mi się, że po obu stronach Atlantyku przeżywamy kryzys odpowiedzialności; Trump wychodzi na scenę i mówi, że wszystko wolno. To jest próba pozbycia się odpowiedzialności.

Jak to jest możliwe, że zarówno w Stanach, jak i w Polsce to nie rzeczywiści bohaterowie – tacy jak Jan Rulewski, Bogdan Borusewicz czy w Stanach John McCain, ciągle aktywni w polityce – są punktem odniesienia w dyskusji o patriotyzmie, honorze czy ojczyźnie, tylko prezydent Trump i jego otoczenie albo Stanisław Piotrowicz w Polsce?

T.S.: Tak jest po prostu łatwiej, bo autentycznych bohaterów trudno naśladować. To był wielki postmodernistyczny tryumf Trumpa, kiedy zaczął krytykować McCaina. Trump, w przeciwieństwie do McCaina, uciekła od wojska, twierdząc, że boli go stopa i nie może jechać do Wietnamu. Tym groteskowym zagraniem trafił do ludzi, którzy chcą myśleć o sobie, że są wielkimi patriotami, a tak naprawdę nic nie robią. To jest syndrom międzynarodowy. W swojej książce próbuję uchwycić różnicę między patriotyzmem, który musi zawierać w sobie jakieś działanie, a nacjonalizmem, który mówi nam, że jesteśmy wielcy, a w zamian za to my mówimy naszemu przywódcy, że jest wielki.

Właściwie wszystkie inicjatywy Trumpa ugrzęzły w swego rodzaju chaosie. Zaczęło się blokowanie ruchów prezydenta poprzez różne instytucje, takie jak np. sądy. Chyba mogę powiedzieć, że to, co się nazywa w Stanach check and balances, czyli mechanizm ograniczania polityków, to realny trójpodział władzy. W książce Skrwawione ziemie Tim mówi wprost, że upadek pewnych instytucji doprowadził do Holocaustu i wielu innych zbrodni na niewyobrażalną skalę. Tymczasem w Polsce mamy do czynienia z sytuacją, w której w ciągu roku czy dwóch lat większość instytucji została podporządkowana jednej partii. Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie podobną sytuację w Stanach?

T.S.: Tak. Po pierwsze chciałbym przypomnieć to, co powiedziała już Marci, czyli kwestię odpowiedzialności. Dla Polaków jest jasne, że instytucji trzeba pilnować, być dla nich obywatelskim przykładem, ale to wynika z waszej tradycji politycznej, nie naszej. Napisałem książkę, z której wynika, że pierwszy odruch człowieka to powtarzanie „instytucja, instytucja, instytucja”. Niestety w niektórych instytucjach działają nieodpowiedni ludzie, przez co nie spełniają one swojego zadania.

Od środka wcale nie wygląda to u nas tak dobrze, jak mówisz. Sądownictwo? OK póki co, problem jednak leży w naszym parlamencie. Co jest najważniejszym tematem w USA? Możliwość, a raczej pewność, że Rosja ingerowała w wybory w Stanach Zjednoczonych, i podejrzenia, że obecny prezydent brał w tym udział. To jest sprawa wagi państwowej, a jednak żaden znaczący republikanin dotychczas się nią nie zainteresował. Dlatego uważam, że już na samym początku nie zdali oni egzaminu. Jeśli pytasz, czemu za Trumpa nie ma jeszcze fali nowych praw i ustaw, to odpowiedź nie jest specjalnie pocieszająca – chodzi o naszą oligarchię. Dlaczego jeszcze nie ma reformy systemu ubezpieczeń? Trwa wojna pomiędzy oligarchicznymi plemionami: jedni chcą, żeby ustawa była drastyczniejsza, a drudzy odwrotnie. Tylko dlatego tego typu ustawy nie weszły jeszcze w życie. To, co dzisiaj uchodzi u nas za podział władzy, to model, w którym liczymy na to, że szpiedzy kontrolują wojskowych, wojskowi kontrolują partiokratów, a partiokraci sprawdzają faszystów. Jest to swego rodzaju system, jednak kiedy czytam naszą konstytucję, to widzę, że nie tak to miało wyglądać.

Fot. Jakub Szafrański

To, co dzisiaj uchodzi u nas za podział władzy, to model, w którym liczymy na to, że szpiedzy kontrolują wojskowych, wojskowi kontrolują partiokratów, a partiokraci sprawdzają faszystów.

Przed zwycięstwem Kaczyńskiego mieliśmy w Polsce dwie szkoły. Jedna mówiła o pełzającym zamachu stanu i końcu świata, według drugiej nic nadzwyczajnego się nie działo. Ta druga jeszcze do niedawna istniała, ale dzisiaj za bardzo się nie wychyla. Było takie przekonanie, że Kaczyński jest zbyt mocno krytykowany, że trzeba zachować równy dystans do tego, co było kiedyś, i do tego, co się dzieje obecnie.

M.S.: Nie jestem fachowcem od polskiej polityki, jednak to, co mnie przeraziło już na początku, to język. Znajomy podesłał mi jeden z listów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych skierowany do krytykujących nową władzę ludzi z BBC. Pierwszy akapit zawierał stwierdzenie, że „u nas panuje radosny nastrój”. Takie zdania jednoznacznie kojarzą mi się ze stalinizmem.

To też świadczy o tym, że język może być symptomem wejścia w czasy dalekie od demokracji. Tim pisze o tym, żebyśmy o niego walczyli i nie pozwalali go zawłaszczyć. Nawet formułujesz frazę „post-truth is pre-fascism”. Pokażę wam, jako historykom, nagłówki z naszej publicznej stacji informacyjnej.

T.S.: Jestem teraz w Stanach w mało komfortowej sytuacji, ponieważ powtarzałem, że powinniśmy się uczyć od ludzi ze wschodniej Europy. Marci mówi o języku – zauważalny jest w nim pewien podział, który przekłada się na relacje między samymi Polakami. Czasami czytam polską prasę prawicową lub skrajnie prawicową i widzę to samo zjawisko co w USA, tylko o wiele głębsze. Funkcjonują po prostu dwa światy i momenty wzajemnego kontaktu są coraz rzadsze. To jest coś, czego ani w Polsce, ani w Stanach nie przewidywałem – że rozmowa na dowolny temat będzie prawie niemożliwa. Dzisiaj na przykład w USA debata na temat Rosji jest trudna. Kiedy próbowałem porozmawiać o tym z Amerykanami we wrześniu czy październiku, to większość osób uważała, że tam nic nie ma, a my jesteśmy antyrosyjscy. Logiczne dla nich było i dalej jest, że nasz prezydent nie ma związków z Rosjanami i nie współpracuje z nimi. Wydaje mi się, że coś podobnego funkcjonuje w przypadku Macierewicza. Kiedy czytam prawicową prasę w Polsce, to zauważam, że bardzo mało pisze się o powiązaniach Trumpa czy waszego ministra obrony narodowej z Rosją, o rosyjskiej penetracji Zachodu. A te przykłady powinny być punktem wyjścia do dialogu i komunikacji.

Fot. Jakub Szafrański

M.S.: W kontekście porównania z latami 30. – przerażające podobieństwo polega na tym, jak szybko granice normalności – i tego, co możliwe – się przesuwają. To, co w jednej chwili było absolutnie niewyobrażalne, za miesiąc staje się czymś zwyczajnym. Sprawa ingerencji Rosji w amerykańską kampanię wyborczą jest tutaj dobrym przykładem. Gdyby zapytać Amerykanów rok czy dwa lata temu, „co by było, gdyby Rosjanie wtrącali się do naszych wyborów?”, to nikt nie zaakceptowałby takiego stanu rzeczy. A dzisiaj mówi się w kontekście globalizacji, że każdy próbuje wpłynąć na wyniki wyborów i że nie da się tego kontrolować. Nastąpiła taka ogólna normalizacja.

Tim powiedział, że ma swój bardzo konkretny, niestety czarny, scenariusz tego, co się wydarzy.

T.S.: Ostatnio wracają do mnie artykuły z roku ‘92, o negocjacjach na temat wycofania się rosyjskich wojsk z Polski. To był ostatni moment, kiedy martwiłem się poważnie o suwerenność Polski, bo póki były tutaj wojska obcego państwa, to nie można było mówić o pełnej niezależności. W moim przekonaniu tradycyjny lewicowy błąd to idea Europy bez państw, natomiast tradycyjny prawicowy to tworzenie państw bez Europy. Nie ma żadnego dowodu z historii współczesnej, który mówiłby, że państwa mogą istnieć same dla siebie, bez żadnego poziomu integracji z innymi. Ta integracja dzisiaj to Unia Europejska. Obawiam się, że to, co się dzieje teraz w Polsce, oznacza prędzej czy później koniec tej unii. Francuzi czy Niemcy wymyślą sposób na stworzenie nowej koalicji, bez Polski, Węgrów, Rumunii czy Bułgarii. I choć mówiono wyborcom niemieckim czy francuskim, że członkostwo Polski jest w ich interesie, to dzisiaj to stanowisko nie jest tak popularne. Teraz macie okazję, aby zastanowić się nad swoją przyszłością bez Unii – tylko że wtedy zacznę się poważnie martwić o suwerenność Polski. Myślę nie tylko o UE, ale też o stanowisku polskiej prawicy w sprawie NATO. Twierdzenie, że Amerykanie muszą tutaj być, bo mamy strategiczne interesy, jest irracjonalne, bo nasz obecny prezydent uważa inaczej, a ludzi, na których liczy polska prawica, już dawno nie ma. Jeśli więc Polska stanie się państwem niedemokratycznym, to będzie to kolejny argument dla NATO i USA, żeby obecność naszych wojsk zmalała. Bez demokratycznych instytucji i praworządności amerykańscy żołnierze tutaj to fikcja. Jeżeli Polska wybierze powrót do niepraworządności, to sama z siebie zacznie się rusyfikować i oligarchizować. Dla małych i średnich przedsiębiorstw taka sytuacja będzie tak samo niekorzystna jak dla przedsiębiorstw z zagranicy. Podsumowując, bez praworządności nie będzie suwerenności.

*

Zapis spotkania, które odbyło się 24 lipca w redakcji Krytyki Politycznej w Warszawie.

Snyder, Shore, Sierakowski: O tyranii [foto, wideo]

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Snyder o zbrodniach Stalina: "nasza propaganda bardzo je wyolbrzymiała". Zwłaszcza w czasach kiedy Stalin był przedstawiany jako "unlce Jo" z fajką. W rzeczywistości Amerykanie nie bardzo umieli sobie wyobrazić rzeczywisty poziom terroru sowieckiego. Prof. Snyder osiąga wysokie poziomy postmodernizmu. Lekarstwem na to jest lektura Szałamowa i Płatonowa.

ps.. a oczywiście w głupim Polaczkowie można już napisać każdą bzdurę o ZSRR bez żadnych źródeł. Niedługo napisze jakieś WSieci albo inne gówno, że Stalin "zamordował 100 milionów Polaków " i zdebilała cebulacka patryjota w to uwierzy bez żadnych wątpliwości 😀

I ma rację. W USA podawano niestworzone bzdury o 40, a nawet 50 milionach ofiar. A Szałamow i Płatonow to gówniane źródła do jakichkolwiek statystyk (nie ujmując talentowi)

Ofiarami systemu byli wszyscy poddani Stalina, kulę w potylicę dostawali nawet członkowie politbiura, ewentualnie można im było posłać żonę do koncłagru. Gdy idzie o tych, których system pozbawił życia liczba 40 milionów zapewne nie jest odległa od prawdy. Ofiary wojny domowej i następującego po niej głodu to co najmniej 20 milionów ludzi. Wielki głód na Ukrainie to kilka milionów, może 4, może 6 a może więcej. represje czasu wojny i powojenne, licząc także ofiary poza samym Sojuzem to znowu kilkanaście milionów zniszczonych istnień ludzkich (Chińczyków nikt dokładnie nie liczył).
Nb. zalecam czytanie Szałamowa i Płatonowa, bo jak to nie pomoże, pozostaje już tylko lewatywa.

Wpis powyżej to idealna ilustracja tezy Snydera. To wszystko są niezweryfikowane, wzięte z księżyca szacunki, a można znaleźć i takie mówiące o 100 milionach ofiar. Gdy tymczasem najnowsze, rzetelne wyliczenia (nie szacunki) historyczne mówią o co najmniej 12 milionach cywilnych ofiar reżimu Stalina (w tej liczbie są policzone łącznie ofiary hołodomoru, gułagu, wielkiego terroru itd.). Czyli okazuje się, że wbrew powszechnej opinii, to jednak Hitler zabił więcej ludzi, co przecież wcale nie zmienia oceny na temat Stalina.

W tej sprawie nie ma "rzetelnych wyliczeń". Nikt nie wie ilu ludzi zmarło z głodu w latach 1920 - 1924. Podobnie jest z liczbą ofiar wielkiej kolektywizacji. Liczba 100 milionów dotyczy ofiar komunizmu łącznie liczonych, podaje ją "Czarna księga komunizmu". Ta jednak uwzględnia także ofiary Mao -Zedonga i Pol Pota, które pominąłem. Wiem, że Snyder jest Amerykaninem a autorzy "Czarnej księgi" Francuzami, ci ostatni są u nas mniej modni. Jak Ameryka coś powie, w Polsce wierzą na słowo. Por. Weapon of Mass Destruction.

A w Katyniu ilu Polaczków zginęło? Pewnie z milion, co?

Proszę wypowiadać się o ofiarach komunizmu z należnym szacunkiem. Wydaje mi się, że o ludziach zamordowanych w Treblince nikt przyzwoity nie pisze "Żydki"?

To nie były ofiary komunizmu, tylko Piłsudskiego i jego bandytów. W 1920 r. dokonali oni ludobójstwa na jeńcach bolszewickich, a Katyń to była zemsta za to. Ruskim jeńcom w obozach zafundowano powolną śmierć z głodu i chorób, więc w porównaniu z tym katyński strzał w głowę był i tak humanitarny. Ale oczywiście potępiam taką formę zemsty, ci zamordowani biedacy nie powinni przecież odpowiadać za zbrodnie tej kurwy Piłsudskiego

O tyrani -to banalny gniot

Prof. starał się naśladować tak błyskotliwe dzieła jak List do młodego kontestatora Hitchensa. Wyszło żałośnie. Aż trudno uwierzyć ,że tak nisko może cenić swoich ewentualnych czytelników.

To jednak ludzie prawicy tworzyli podwaliny UE - rozpoczęli proces integracji - 5 z 6 przywódców, którzy podpisali traktaty rzymskie była chadekami. Więc jakie państwa bez Europy ? Oceny odnośnie Polski PiS-u, są dla mnie absurdalne, przede wszystkim siła i poparcie dla partii Kaczyńskiego jest względne i wynika w sporej części z głupoty innych środowisk, które rozmontowały się same nawet w tym podstawowym wymiarze organizacyjnym, politycznym, stając się leniwe do granic utraty instynktu samozachowawczego. Nie grozi nam rusyfikacja, ani w wymiarze politycznym, ani językowym, czy mentalnym, raczej promocja prawicowych głupot, nie grozi też oligarchizacja, raczej jakaś dziwna mania wskrzeszania gospodarki rodem z PRL-u - stocznie, kopalnie, nacjonalizacja kolejnych sektorów i rozwiązywanie realnych problemów Polski za pomocą ideologii. Wypychanie Polski z UE - przy poparciu integracji na poziomie blisko 90 procent - trwałoby kilka kadencji, więc wierzę, że do tego nie dojdzie. Natomiast polityczna pustka po stronie opozycji - poraża i zmusza do głębszych refleksji - choć nie panów Petru i Schetynę.

Tylko, że ci chadecy sytuowaliby się dzisiaj na lewo od Partii Razem. Przynajmniej, jeśli chodzi o poglądy na gospodarkę, czy integrację europejską.

Poparcie integracji z 90% spada do 20-30% gdy odpowiednio przedstawi się sprawę. Sondaże publikowane swego czasu w Polityce pokazały, że ponad 70% Polaków wolałaby wyjść z UE niż przyjąć jakichkolwiek uchodźców. Tak więc poparcie polskiego narodu dla integracji z UE jest wirtualne a to daje możliwość takiej manipulacji, że referendum byłoby wygrane (wystarczy powiedzieć rolnikom "nikt za Ciebie nie będzie decydował co masz siać i ile mleka robić" żeby wizja utraty dopłat nie była straszna; najlepiej jeszcze zagrać na antysemityzmie wtedy w ogóle nie będzie z tym problemu).

Akurat rolnicy mają dopłaty z UE - więc ta grupa pogoniłaby PIS widłami, co do uchodźców, to we większości krajów UE - istnieje sprzeciw wobec liberalnej polityki imigracyjnej i przyjmowania kolejnych fal uchodźców, czy zdaniem drugich imigrantów ekonomicznych - obiektywnie oceniam, że ta polityka z punktu widzenia Europy jest samobójcza i musi zostać wyhamowana, stało się tak nawet w Niemczech, gdzie CSU zapisała w umowie limit 200 tysięcy. PiS z jednej strony kopie UE, ale z drugiej nie ma odwagi wyjść, to nie Korwin, a formacja, która rządzi i ma minimum pragmatyzmu, czy poczucia własnych ograniczeń. Wyjście z UE to byłby np skok rentowności obligacji - jakiś kryzys walutowy, które opanowanie mogłoby zająć rok. Znowu skala obłędu, fobii Kaczyńskiego jest duża, ale jednak w polskiej polityce są pewne ograniczenia.

Polsce pozostał już tylko jeden prawdziwy przyjaciel i sojusznik - Rosja.

Rosjanie powiadają, że mają tylko dwóch przyjaciół - armię i flotę 😉 . To znaczy mają jeszcze Serbów i parę innych narodów ale za słabych aby w potrzebie pomóc.

Stosunki na linii Polska - Rosja są tak złe już gorsze być nie mogą, co prawda Tomasz Piątek daje mocne dowody na to, że Macierewicz jest rosyjskim agentem, ale sama polityka PiS nie jest za grosz pragmatyczna jak np Orbana, który złe stosunki z UE równoważy dobrymi z Rosją, szachując kluczowe kraje i umiejętnie unikając izolacji, np Fidesz cały czas jest w najważniejszej frakcji w PE - EPP partii ludowych i chadeckich razem z CDU, Partią Ludową z Hiszpanii, PO - a nie na jakimś totalnym marginesie jak PiS. Po tym jak polscy turyści zaśmiecili lasy na Słowacji, to nie ma już żadnych pewnych sojuszników.

Tak: były heroinista i prof.Snyder to ta sama liga intelektualna i poziom umysłowej argumentacji.

Tak: argumenty są nieważne, ważne jest kto jest kim i kim był. Kim jesteś ty i z której ligi intelektualnej klikasz?

"Ostatnio wracają do mnie artykuły z roku ‘92, o negocjacjach na temat wycofania się rosyjskich wojsk z Polski. To był ostatni moment, kiedy martwiłem się poważnie o suwerenność Polski, bo póki były tutaj wojska obcego państwa, to nie można było mówić o pełnej niezależności."

Chwilę potem martwi się jak to Polska nie będzie suwerenna gdy wyjadą wojska ZOGu. Zdolność lewaków do dwumyślenia jest zdumiewająca.

Natomiast bardzo śmieszy mnie niezdolność prawicy do czytania ze zrozumieniem.

Dwie uwagi. TS: "Amerykanie nie mają doświadczenia historycznego i osobistego z polityką wyjątkową i wyjątkowymi czasami". Ależ mają. Wielki Kryzys lat 1930. Wojna Wietnamska i konflikty społeczne na przełomie 1960. i 1970. MS: "w Stanach jest bardzo wielu zwolenników [Trumpa], ale my – czyli pracujący i studiujący na uniwersytecie Yale – żyjemy w izolacji." Czy na tym polega postawa demokratyczna aby rzekoma elita była tak odizolowana, arogancka wobec współobywateli i zaskoczona? Może to właśnie oddaje demos w ręce populistów? Prawdziwa elita dobrze zna swoje społeczeństwo i potrafi go sprawiedliwie prowadzić.

"Trump, w przeciwieństwie do McCaina, uciekł od wojska, twierdząc, że boli go stopa i nie może jechać do Wietnamu. "

To akurat duży plus, bo świadczy o tym, że gdyby pragmatyczni ludzie pokroju Trumpa byli w zdecydowanej większości, to wojny zdechłyby śmiercią naturalną z powodu brakuch chętnych do udziału w tychże eventach, i o tym, że to właśnie mccainopodobni nakręcają spiralę śmierci przyjmując dobrowolnie rolę mięcha armatniego.

Musi to byc wszystko prawda, bo przeciez to amerykanie mowia, no nie? Przynajmniej ta pancia przyznaje sie otwarcie ze nie tylko nie zna zadnego wyborcy trumpa, ale nawet nie wie gdzie ich szukac. Radze zapytac swojego ogrodnika. On wie. Albo listonosz. Powiedzmy sobie szczerze, ci mili panstwo nie maja zadnych specjalnych kompetencji zeby wypowiadac sie na zadany temat. Opieraja swoje przemyslenia na lekturze new york times. Strata czasu