Świat

Smoleński: Koniec partii Lincolna

„Jeśli nominujemy Trumpa, zostaniemy zniszczeni... I na to zasłużymy”.

Gdy jeszcze w 2015 roku Donald Trump zyskiwał prowadzenie w wyścigu o nominację Partii Republikańskiej, wielu komentatorów miało nadzieję, że będzie to coś w rodzaju marnego letniego romansu. Trump miał być ekscytującym powiewem świeżości, który po kilku nocach okaże się tylko niechcianym wspomnieniem. Co prawda już kilkukrotnie straszył udziałem w polityce, ale nigdy tej groźby nie spełnił. Na początku lata 2015 roku wydawało się, że właściwie nie ma szans. W końcu ostatnim prezydentem USA, który nie był profesjonalnym politykiem, był Dwight Eisenhower, generał najwyższej rangi i bohater wojenny. Przy nim Trump wygląda jak klaun. Po tym jednak, jak z Republikańskiego wyścigu wycofali się inni kandydaci, nowojorski magnat rynku nieruchomości ma szansę zostać amerykańskim prezydentem. I ta wizja przeraża nie tylko Demokratów, ale też wielu Republikanów.

 Pęknięcie w partii

 Przekonanie, że Trump jest tylko krótkim zauroczeniem, obecne zwłaszcza wśród Republikanów, wzmacniało to, że w prawyborach startowali doświadczeni, uznani politycy. Konserwatywni komentatorzy z dumą ogłaszali „najmocniejszą obsadę od dekad”. Nie było to bezpodstawne. Obok nieco kuriozalnych kandydatów jak Ben Carson (neurochirurg, który nie wierzy w ewolucję) czy Rick Santorum (konserwatywny ewangelik z obsesją na punkcie homoseksualizmu – obarcza pary jednopłciowe odpowiedzialnością za wszystko, łącznie z problemami gospodarczymi USA) o nominację ubiegali się senator Marco Rubio (wróżono, że jako konserwatysta i Latynos dotrze nie tylko do elektoratu Republikanów ale też do mniejszości – jego Demokraci bali się najbardziej) czy były gubernator Florydy Jeb Bush (z imponującymi koneksjami i wśród sponsorów, i wśród partyjnych elit). Wszyscy ci rzekomo poważni kandydaci odpadli jednak dość wcześnie. Najdłużej utrzymali się znienawidzony przez partyjny establishment, niemal fanatycznie religijny i wolnorynkowy senator Ted Cruz i umiarkowany gubernator Ohio John Kasich. Po sromotnej porażce podczas prawyborów w Indianie Cruz i Kasich wycofali się z wyścigu.  Teraz Republikanie muszą zmierzyć się z faktem, że jedynie cud może sprawić, by Trump nie wystartował w wyborach prezydenckich pod szyldem ich partii.

 Teraz Republikanie muszą zmierzyć się z faktem, że jedynie cud może sprawić, by Trump nie wystartował w wyborach prezydenckich pod szyldem ich partii.

Proces godzenia się Republikanów z rzeczywistością idzie raczej opornie. W słowach nie przebierał Lindsey Graham, senator z Południowej Karoliny, który zaćwierkał „Jeśli nominujemy Trumpa, zostaniemy zniszczeni… I na to zasłużymy”. Trzech Bushów – George, George W., i Jeb – zapowiedziało, że nie poprą Trumpa. Nieco bardziej dyplomatyczny w formie, choć już nie w treści, był Spiker Izby Reprezentantów (de facto druga najpotężniejsza osoba w amerykańskim systemie politycznym), który powiedział, że „nie jest gotów” poprzeć Trumpa. Ci, którzy wyrazili swoje poparcie, zrobili to dość niechętnie. Powody, dla których politycy, tacy jak Ryan czy trzej Bushowie, nie chcą poprzeć Trumpa, są dość jasne. Od lat 60. XX wieku i czasów tzw. southern realignment (czyli zasilenia szeregów Republikanów przez konserwatywnych Demokratów z Południa sprzeciwiających się desegregacji rasowej) Partia Republikańska walczy z łatką partii rasistów. Dodatkowo, biała niższa klasa średnia i tzw. klasa pracująca (w USA określenie dość obszerne, uwzględniające pracowników usług, a czasami nawet małych przedsiębiorców wykonujących pracę fizyczną) z wyborów na wybory stają się coraz mniej znaczącą częścią elektoratu. Dziś walczy się o głosy mniejszości, zwłaszcza Latynosów. Liderzy Partii Republikańskiej obawiają się, że nominacja Trumpa może pogrzebać wieloletnie wysiłki otwarcia partii na mniejszości, przyczynić się do przegranej wielu konserwatywnych kandydatów w wyborach do Kongresu i zaowocować marginalizacją partii na lata.

Problem w tym, że wizje Republikańskich wyborców i partyjnych elit się rozminęły. Co się stało, że kandydatem „partii Lincolna” (jak z dumą mówił o GOP Ryan) będzie osoba niestroniąca od rasistowskich uwag, wyprowadzająca seksistowskie ataki pod adresem swoich konkurentek (vide uwagi Trumpa o Hillary Clinton), czy najzwyczajniej zmyślająca rzeczy na poczekaniu?

 You don’t hate Mondays, you hate capitalism

Sukces Trumpa ma związek z całkowitym oderwaniem Republikańskich elit partyjnych od bazy wyborczej. W latach 70. i 80. XX wieku Partia Republikańska przechwyciła wielu białych wyborców z klasy średniej, niższej średniej, i spośród tzw. klasy robotniczej. Sukces ten zawdzięczali stworzeniu sojuszu kapitału i ołtarza. Strukturalne zmiany w gospodarce i świadoma polityka nowej prawicy pod wodzą Ronalda Reagana doprowadziły do zniszczenia związków zawodowych jako reprezentacji interesów pracowniczych. W tym kontekście Republikanie umiejętnie zogniskowali gniew społeczny na kwestiach światopoglądowych, takich jak aborcja czy (przegrana, jak się dzisiaj okazuje) wojna z narkotykami. Jednocześnie hasło Reagana – rząd jest nie częścią rozwiązania, tylko problemem – przekuto w dogmat konserwatywnej polityki gospodarczej, którą można streścić w dwóch punktach: obniżki podatków dla najbogatszych i cięcie wydatków publicznych, wszystko to w imię teorii, że bogactwo w końcu skapuje, a przypływ podnosi wszystkie łódki.

Lata 70. to również początek rosnącej niepewności ekonomicznej, zwłaszcza wśród białej klasy średniej, średniej niższej i tzw. klasy robotniczej. Wbrew obietnicom fundamentalistów rynkowych zwijanie się państwa dobrobytu nie oznaczało uwolnienia „kreatywnych energii” stłamszonych rzekomo przez interwencje biurokracji tylko rosnące nierówności dochodowe, stagnacje płac realnych i rosnące zadłużenie średnich i dolnych warstw społecznych, zmuszonych nadążyć za rosnącymi kosztami życia, przede wszystkim opieki zdrowotnej i edukacji. O ile wielkomiejska klasa średnia nie została przez skutki dezindustrializacji i deregulacji aż tak dotknięta, to mieszkańcy małych i średnich miast odczuli je wyjątkowo boleśnie. American dream, jeśli kiedykolwiek był rzeczywistością, to rzeczywistością minioną. Bogactwo nie spłynęło. Niewidzialna ręka rynku zawiodła, a jak mocno potrafi kopnąć w dupę noga rynku, pokazała Wielka Recesja z 2008 roku, gdy miliony Amerykanów straciły domy i pracę (wraz z pracą ubezpieczenia zdrowotne i emerytalne) a odpowiedzialni za kryzys bankierzy pozostali właściwie bezkarni. Pełzającą epidemię uzależnień naukowcy wiążą zespowodowaną niepewnością desperacją. To właśnie w miejscach naznaczonych takim doświadczeniem wygrywa Trump.

Niedawne badania pokazały, że prawie połowa Republikańskich wyborców popiera podniesienie podatków dla najbogatszych. Ponadto, więcej wyborców partii konserwatywnej popiera podniesienie wydatków na programy społeczne, edukację i infrastrukturę niż domaga się ich zmniejszenia. Najlepszym przykładem rozdźwięku między pro-biznesową orientacją elit partyjnych a realną sytuacją sporej części Republikańskiego elektoratu był Mitt Romney, który podczas kampanii w 2012 roku pogardliwie zarzucił 47 proc. amerykańskiego społeczeństwa roszczeniowość i stwierdził, że i tak nie ma co walczyć o ich głosy.

To właśnie do części tych „roszczeniowców” – małych przedsiębiorców zmagających się z konkurencją wielkich korporacji, obawiającej się deklasacji klasy średniej i białych robotników – trafiły gospodarcze pomysły Trumpa. Wbrew Republikańskiej ortodoksji nie zamierza on mieszać w programach społecznych jak Social Security czy Medicare (o czym publicznie zapewniał), domaga się podniesienia podatków dla menadżerów funduszy hedginowych i zapowiada walkę z outsourcingiem produkcji do innych krajów oraz renegocjację umów handlowych na zasadach bardziej korzystnych dla USA. Rasistowskie uwagi o imigrantach z Meksyku czy rojenia o zakazie wjazdu dla muzułmanów odpowiadają na lęki spowodowane zmianami demograficznymi i zagrożeniem (bardziej wyimaginowanym niż realnym) atakami terrorystycznymi. Dodatkowo, jego hasło „uczynić Amerykę znowu wielką” trąca sentymentalną strunę tęsknoty za czasami, gdy białe middle i working class były centralnymi siłami politycznymi (albo tak im się wydawało).

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę

Jak zauważyła Agata Popęda, część komentatorów uważa, że powodem sukcesu Trumpa było przecenienie inteligencji Republikańskich wyborców. Zgodnie z tą tezą ograniczone masy zatańczyły do populistycznej, rasistowskiej i seksistowskiej melodii, którą zagrał im cyniczny Trump.

 To wyjaśnienie jest jednak zbyt proste i podszyte klasową pogardą (obecną i wśród Demokratów i wśród zamożnych Republikanów). Partia Republikańska i związane z nią organizacje od jakiegoś czasu bezwiednie przygotowywały grunt pod taki rozwój wydarzeń. Kilka przykładów? W 2000 roku, podczas prawyborów w Karolinie Południowej, rzekomo związana z Georgem W. Bushem organizacja rozpuściła plotkę, że konkurujący z nim o nominację senator John McCain jest ojcem nieślubnego czarnego dziecka. Te podszyte rasizmem insynuacje były jednak tylko preludium do tego, jak Republikanie atakowali Baracka Obamę w 2008 i 2012 roku, insynuując, że tak naprawdę nie urodził się w USA (co Trump błyskawicznie podchwycił), że jest muzułmaninem (co w tak religijnym kraju jak Stany ma znaczenie), czy w mniej lub bardziej zawoalowany sposób oskarżając go o zdradę podczas negocjacji z Iranem. Straszenie islamskim terroryzmem czy imigrantami głównie z Ameryki Łacińskiej, odbierającymi pracę „prawdziwym Amerykanom”, też nie należały do rzadkości.

 Elity partyjne przywołujące teraz dziedzictwo Abrahama Lincolna, bezdyskusyjnie jednego z największych prezydentów Ameryki, nie uczyniły zbyt wiele, by tę eskalację retoryki powstrzymać. I, krótkowzrocznie, miały ku temu powody. Badania pokazują, że partyjna polaryzacja w USA systematycznie rośnie od kilku dekad i jest najsilniejsza od niemal wieku.  Pytanie o to, czy najpierw doszło do polaryzacji elektoratu czy do polaryzacji elit partyjnych jest pytaniem o to, co było pierwsze, kura czy jajko. Pewne jest jednak, że obydwa procesy wzajemnie się wzmacniały.

 Pytanie o to, czy najpierw doszło do polaryzacji elektoratu czy do polaryzacji elit partyjnych jest pytaniem o to, co było pierwsze, kura czy jajko. Pewne jest jednak, że obydwa procesy wzajemnie się wzmacniały.

 W takim kontekście, negatywne kampanie są doskonałym narzędziem mobilizowania wyborców. Retoryka Trumpa, łącząca niechęć wobec inności, brak skrupułów i przekonanie, że można „uczynić Amerykę znowu wielką”, trafiła na żyzną glebę: Republikańscy wyborcy byli po prostu przyzwyczajeni do takiego języka. Dla nich Trump to gość bez zahamowań mówiący rzeczy, które inni z powodu swej hipokryzji boją się powiedzieć.

 Środkowy palec dla establishmentu

 Historia sukcesu Trumpa jest zarazem bardzo złożona i żałośnie prosta. Jest złożona, bo składają się na nią długofalowe procesy strukturalnych przekształceń gospodarczych i demograficznych, krótkofalowe błędy konkurentów Trumpa i celowa instytucjonalizacja skoncentrowanej władzy elit w amerykańskim systemie politycznym. Wiadomo, że wszystkie te czynniki wpłynęły na dzisiejszą sytuację, ale trudno powiedzieć, który był decydujący.

 Jest żałośnie prosta, bo jest wariacją tego, co znamy z własnego podwórka: sukces kandydata, który zwrócił się do części elektoratu spisanego przez „racjonalny mainstream” na straty.

 Mimo niechęci sporej części partyjnych elit do Trumpa, prawda jest taka, że jest on w dużej mierze produktem Partii Republikańskiej, bo to ona – przynajmniej od czasów Reagana – kontrolowała jej elektorat. Niezależnie od tego, czy polityka gospodarcza Republikanów jest wynikiem odporności na fakty, czy cynicznego acz świadomego faworyzowania interesów najbogatszych kosztem klasy średniej i niższych warstw społecznych (w końcu skądś trzeba mieć pieniądze na kampanie), to właśnie społeczne efekty neoliberalnych zmian rozpoczętych za czasów Reagana i kontynuowanych przez następnych prezydentów stworzyły frustrację, która teraz wybucha. Amerykańscy wyborcy generalnie i Republikańscy wyborcy w szczególności mają poczucie, że waszyngtońskie elity ich nie reprezentują i nie realizują ich interesów. Głosowanie na Trumpa to środkowy palec pokazany przerażonemu establishmentowi.

Donald Trump raczej nie będzie trybunem ludowym. Wystarczy przyjrzeć się jego retoryce: o ile wyborcy Trumpa są w dużej mierze zdefiniowani klasowo, to problem klasowości zupełnie nie pojawia się w jego wypowiedziach. Jak trafnie zauważył George Packer, Trump uprawia politykę tożsamości białej zdeklasowanej klasy średniej i niższej. Zamiast poruszać wątki klasowe (jak czyni to Bernie Sanders), Trump mobilizuje strach przed innością i tęsknotę za good ol’ days, i nie przebiera przy tym w słowach.

 Dotychczasowy sukces Trumpa jest dla wielu jego wyborców znakiem, że jeszcze się liczą. Jeśli jednak Trump zawiedzie ich oczekiwania (co raczej jest nieuniknione ze względu na wielkie nadzieje z nim związane), to najważniejszym pytaniem jest, do kogo następnego jego wyborcy się zwrócą. Odpowiedź może być dość przerażająca biorąc pod uwagę ponowny rozkwit prymitywnego rasizmu w Ameryce i to, w którą stronę ideologicznie pchnął ich Trump.

**Dziennik Opinii nr 133/2016 (1283)

 

Bio

Jan Smoleński

| Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.