Świat

Śmierć rewolucjonisty

Ameryka Łacińska przeszła wielką transformację, której nie uda się odwrócić bez względu na to, co stanie się w samej Wenezueli. Hugo Chávez odegrał w niej historyczną rolę.

„Śmierć Cháveza to niepowetowana strata dla Ameryki Łacińskiej. Straciliśmy rewolucjonistę, ale będzie on nadal inspirował miliony”, oświadczył prezydent Ekwadoru Rafael Correa. Kondolencje w podobnym tonie składali przywódcy pozostałych krajów regionu, od Kuby po Kolumbię i Urugwaj. Na tym tle oszczędnie wypadło oświadczenie Białego Domu, mówiące o „trudnym momencie odejścia Hugo Cháveza”, w którym „Wenezuela rozpoczyna nowy rozdział swojej historii, a Stany Zjednoczone podtrzymują swoją politykę promowania zasad demokratycznych”.

Chávez jako symbol

Hugo Chávez czternaście lat temu zmienił bieg historii Wenezueli, wygrywając pierwsze z czterech wyborów prezydenckich. Ostatniej kadencji nie zdołał formalnie rozpocząć. W złożeniu wymaganej przez konstytucję przysięgi prezydenckiej przeszkodziła mu trzecia z kolei operacja nowotworu na Kubie. Zmarł w szpitalu wojskowym w Caracas.

Chávez radykalnie odmienił politykę i społeczeństwo swojego kraju, a także stał się punktem odniesienia dla innych przywódców regionu, którzy bądź powoływali się na jego przykład, bądź odżegnywali się od niego. Po śmierci ma szansę zająć miejsce obok takich postaci, jak José Marti, Ernesto Guevara czy Salvador Allende. Ci bohaterowie latynoamerykańskiej wyobraźni zyskali rozgłos dzięki swojej działalności, ale dopiero śmierć „na polu walki” zapewniła im status postaci symbolicznych.

W przypadku Cháveza mogliśmy to zaobserwować już w ostatnich tygodniach, gdy Wenezuelczycy w masowych i emocjonalnych manifestacjach solidaryzowali się z chorym przywódcą, a od 5 marca oddawali mu hołd. Wbrew wyrażonej delikatnie w kondolencjach Baracka Obamy nadziei, Wenezuela nie otworzy nagle „nowego rozdziału swojej historii”. Wizerunek i charyzma Cháveza skutecznie spajały stworzony przez niego system polityczny i wciąż wywierają wpływ wystarczająco silny, by móc określić najbardziej prawdopodobny rozwój najbliższych wydarzeń.

Obecnie władza pozostaje w ręku wiceprezydenta Nicolasa Maduro, który będzie również kandydatem Zjednoczonej Partii Socjalistycznej Wenezueli (PSUV) w rozpisanych w ciągu trzydziestu dni wyborach prezydenckich. Ponieważ na następcę wybrał go sam zmarły prezydent przed odlotem na Kubę, Maduro będzie mógł liczyć na głosy tych samych 55 procent wyborców, którzy sześć miesięcy wcześniej zapewnili zwycięstwo Chávezowi. W atmosferze żałoby, mobilizującej dodatkowo wyborców PSUV, opozycja nie będzie miała specjalnego pola manewru i raczej nie poprawi ostatniego wyniku Henrique Caprilesa Radonskiego (44 procent).

Rewolucja na peryferiach

Natomiast pytanie o dalszą przyszłość pozostaje otwarte. Chávez pozostawia Wenezuelę jako jedną z największych gospodarek regionu, z zabezpieczonymi dochodami z eksportu ropy, zredukowanymi nierównościami i ubóstwem oraz szerokim dostępem do edukacji, ochrony zdrowia i pomocy społecznej. Jednak jego rewolucyjne pod wieloma względami rządy przyczyniły się w istocie do utrwalenia peryferyjnego statusu Wenezueli jako światowego dostarczyciela ropy, przysparzającego bogactwa bardziej rozwiniętym krajom. W rezultacie kraj jest uzależniony od importu towarów i kapitału, a jego rozwój hamuje przestępczość i korupcja, niewydolna biurokracja i przestarzała infrastruktura.

Prezydent Maduro – pozbawiony charyzmy poprzednika – będzie miał poważne trudności ze skłonieniem społeczeństwa, by dalej cierpliwie znosiło te trudności. Rosnąca inflacja coraz mocniej uderza zwłaszcza w najbiedniejszych obywateli, stanowiących bazę polityczna PSUV. To im „rewolucja boliwariańska” nadała podmiotowość polityczną, proponując udział w samorządowych „kołach boliwariańskich” i socjalnych „misjach boliwariańskich”, milicjach ludowych i kooperatywach gospodarczych. Stanowią oni wielką siłę, która może wyjść na ulice, gdy uzna, że ideały Cháveza i jego socjalizmu XXI wieku zostały zdradzone przez nową ekipę. Takie tendencje mogą też pojawić się wśród elit rządzących, stanowiących skomplikowaną mozaikę działaczy PSUV i innych ugrupowań lewicowych, wyższych urzędników i wojskowych.

Maduro, wieloletni działacz związkowy, reprezentuje skrzydło radykalne, ale może nie zapanować nad bardziej pragmatyczna frakcją, reprezentowaną przez przewodniczącego parlamentu Diosdado Cabello. To właśnie jemu – a nie wiceprezydentowi – zgodnie z konstytucją powinna była przypaść funkcja tymczasowej głowy państwa.

Jeśli nowy rząd będzie się musiał skonfrontować z narastającym niezadowoleniem społecznym, może mieć trudności z utrzymaniem dotychczasowego stylu sprawowania pełni władzy przy jednoczesnym utrzymywaniu wolnych mediów i legalnej opozycji. Z kolei sama opozycja nie będzie w stanie poszerzyć swoich wpływów poza obecnych zdeklarowanych przeciwników rządu tak długo, dopóki wyraźnie i wiarygodnie nie zaaprobuje dokonanych przez Cháveza przemian społecznych. Do tego czasu nie będzie mogła stanowić w oczach większości Wenezuelczyków akceptowalnej alternatywy dla rządów PSUV.

Sześc dekad Ameryki Łacińskiej

Pytanie o znaczenie śmierci Cháveza dla dalszych przemian w Wenezueli i regionie jest w istocie trudnym pytaniem o rolę jednostki w wielkich procesach historycznych. Jego biografia splatała się z trudnymi dziejami Ameryki Łacińskiej. Na kilka dni przed jego narodzinami gwatemalska prawica krwawo obaliła z pomocą CIA lewicowy rząd Jacobo Árbenza. Cztery lata później na Kubie rozpoczęła się wojna partyzancka braci Castro, a w Wenezueli dwie główne partie zawarły w Punto Fijo pakt polityczny mający nie dopuścić do władzy sił „rewolucyjnych” i zabezpieczyć istniejący ustrój społeczny. Siedemnastoletni Chávez jako kadet Akademii Nauk Wojskowych dowiedział się o szturmie armii chilijskiej na pałac prezydencki Salvadora Allende, by obronić kraj przed „komunizmem”. Wkrótce potem sam został wcielony do specjalnej jednostki walczącej z radykalną partyzantką „Partia Czerwonej Flagi”.

Jednak jako członek delegacji wojskowej w Peru zetknął się z zupełnie innym modelem udziału sił zbrojnych w życiu politycznym. Tamtejszy przywódca, generał Juan Velasco, który używał swojej autorytarnej władzy do przeprowadzenia nacjonalizacji przemysłu i reformy rolnej, został jednym z głównych autorytetów politycznych Cháveza – obok „wyzwoliciela Ameryka” Simona Bolivara i XIX-wiecznego wenezuelskiego przywódcy ludowego Ezequiela Zamory. Od tego czasu jego oficjalnej karierze wojskowej towarzyszyło tworzenie konspiracyjnych struktur w wojsku, które miały przejąć władzę i uzdrowić sytuację w kraju. Organizacja, która z czasem przyjęła nazwę Boliwariański Ruch Rewolucyjny, podjęła próbę przewrotu w 1992 roku. Nieudany pucz i więzienie uczyniły z nieznanego pułkownika symbol powszechnego protestu przeciw systemowi, co dało mu zwycięstwo w wyborach 1998 roku, ostatecznie grzebiąc układ z Punto Fijo.

Dojście Cháveza do władzy było zwieńczeniem wielkich procesów narastających w regionie: wyzwolenia się spod dominacji amerykańskiej po zakończeniu zimnej wojny, kryzysu i zanegowania neoliberalnego modelu gospodarczego, masowego dochodzenia do głosu ubogich mieszkańców slumsów, bezrolnych chłopów i wspólnot indiańskich. Dziś, po czternastu latach jego prezydentury, w Ameryce Łacińskiej normą są demokratycznie wybrane rządy walczące z wykluczeniem i nierównościami społecznymi oraz integrujące się bez udziału USA. Po czwartym zwycięstwie w wyborach prezydenckich Chávez ogłosił, że w Wenezueli „nie będzie już odwrotu od demokratycznego, boliwariańskiego socjalizmu” do neoliberalizmu i amerykańskiej hegemonii.

Wydaje się, że ten emocjonalny i pompatyczny mówca tym razem użył zbyt małych słów. To nie jeden kraj, lecz cała Ameryka Łacińska przeszła wielką transformację, której nie uda się odwrócić bez względu na to, co stanie się w samej Wenezueli. Zmarły prezydent Hugo Chávez odegrał w tej przemianie zasadniczą, historyczną rolę.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.