Świat

Siła silnych

Romski Holokaust pozostaje na marginesie czeskiej świadomości.

1 września Andrej Babiš, jeden z najbogatszych Czechów, minister finansów i właściciel wpływowego domu medialnego w jednej osobie, podał w wątpliwość grozę romskiego Holokaustu.

Był rok 2011, północ czeskiej republiki stała się świadkiem niepokojów i zamieszek. Społecznie wykluczony zakątek Czech już od dłuższego czasu stawiał czoło problemom – wysokie bezrobocie, pogłębiająca się frustracja obywateli, ignorowane przez lata zaniedbania wewnątrz regionu doprowadziły do serii demonstracji o podłożu rasistowskim. „Cyganie do pracy” – krzyczeli pod oknami domów zamieszkałych przez Romów ludzie, których sytuacja była niewiele lepsza od sytuacji tych, na których wyładowywali swój gniew. Zarzewiem kolejnych demonstracji stał się atak maczetami w punkcie z automatami do gier w Novym Borze i awantura na dyskotece w Rumburku. Areną rasistowskich demonstracji był wówczas także Varndsdorf. Niegdyś bogate miasto przemysłowe, ofiara prywatyzacji z lat 90., w apogeum kryzysu finansowego stało się wrzącym kotłem ludzkiej nienawiści.

Bieda jako dochodowy biznes

Latem i jesienią 2011 roku setki ludzi gromadziły się pod oknami, za którymi mieszkały romskie rodziny, winne już chociażby tego, gdzie żyją. W tłumie wykrzykującym pełne nienawiści hasła niektóre dzieci mogły rozpoznać swoich nauczycieli ze szkoły, sąsiadów czy sprzedawców z pobliskiego supermarketu. Było to już kolejne takie gorące lato. Potwierdzało ono między innymi to, że wahadło w kwestiach rasowej nienawiści definitywnie przesunęło się od małych grupek ekstremalnej prawicy do rozgoryczonych obywateli miast i wsi. Romów w Varndsdorfie ta sytuacja mocno traumatyzowała, w zespole antyrasistów regularnie pojawiali się psychologowie, aby pomagać poszkodowanym. Demonstracje różniły się między sobą. Czasem „tylko” skandowano rasistowskie hasła, czasami wściekły tłum próbował przebić się przez policyjne kordony i wtargnąć do romskich domów.

„Puśćcie nas na nich!” – brzmiał jeden z głównych okrzyków niosących się wtedy ulicami.

Demonstracje najczęściej odbywały się przed domami noclegowymi (ubytovny), czeskim symbolem wykluczenia społecznego i handlu biedą w jednym. Zarabianie na dodatkach socjalnych na mieszkanie stało się powszechną praktyką, folklorem biznesowym. Biednym wynajmowano pokoje w rozpadających się domach za bardzo wysokie ceny, które w żadnym przypadku nie odpowiadały oferowanym warunkom. Region ustecki, gdzie dochodziło do zamieszek, miał w 2010 najwyższy poziom bezrobocia (12%), co w połączeniu z pogłębiającym się ubożeniem tego obszaru i narastającą frustracją jego mieszkańców było potężną siłą napędową dla rosnącej nienawiści.

Napięcie społeczne, które w niektórych momentach było niezwykle wysokie, po pewnym czasie zniknęło. Rasizm pozostał.

Ugrać punkty polityczne

Pierwszego września odwiedził ten region czeski minister finansów i wicepremier Andrej Babiš. Oligarcha, który w ciągu ostatnich kilku lat zgromadził w swoich rękach niespotykaną władzę, udał się na północ, aby uroczyście powitać nowy rok szkolny. Według portalu aktualne.cz podczas debaty z miejscowymi etnicznymi Czechami powiedział: „Był czas, kiedy wszyscy Romowie pracowali. To, co piszą w gazetach ci idioci, że obóz Lety był obozem koncentracyjnym, to kłamstwo, to był obóz pracy. Trafiali tam ci, którzy nie chcieli pracować”. Minister finansów nawiązał w ten sposób do obozu Lety koło Písku, obozu z czasów II wojny światowej, gdzie trafiło wielu Romów.

Jeszcze tego samego dnia jego słowa spotkały się z wieloma negatywnymi reakcjami. Premier Bohuslav Sobotka wezwał Andreja Babiša do publicznych przeprosin i odwiedzin Let. „Pomiędzy populizmem a faszyzmem jest cienka granica. Andrej Babiš tę granicę przekroczył” – powiedział premier.

Paradoksem całej tej sytuacji jest fakt, że to właśnie Andrej Babiš z pozycji ministra finansów blokuje długo przygotowywaną ustawę o mieszkaniach socjalnych, która za cel stawia sobie poprawę sytuacji w obszarze mieszkań dla najbiedniejszych. Tzw. handel biedą i warunki oscylujące na granicy bezdomności to główne problemy czeskich obszarów wykluczenia społecznego. Romów wciąż postrzega się jako obywateli drugiej kategorii, a próby ich integracji po 1989 roku – najczęściej prowadzone czysto paternalistycznymi metodami – nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. W Czechach nadal istnieją segregowane klasy, szkoły i oczywiście obszary miejskie, nazywane gettami.

Politycy traktują „nieprzystosowanych” (ten termin de facto zastąpił w Czechach słowo Rom) jako łatwy sposób na zyskanie punktów politycznych. Kampanie oparte na postulacie karania tych, którzy rzekomo odmawiają pracy, nie chcą się przystosować, przyjąć czeskiej kultury i nie zamierzają przestać pasożytować, są częścią retoryki całego spektrum politycznego. Im gorsza sytuacja w danym regionie, tym ostrzejszy staje się język, realnych rozwiązań natomiast brak.

Wicepremier nawiązał do tej wieloletniej czeskiej tradycji w najlepszym stylu. Chcąc pozyskać kilka punktów na walce pomiędzy biednymi i biedniejszymi, wypowiedział w rozmowie z miejscowymi swoje słowa o obozie Lety. Zupełnie niewyobrażalna jest podobna wypowiedź o Terezinie czy nazistowskiej masakrze w Lidicach. Tymczasem romski Holokaust, który pochłonął ponad dziewięćdziesiąt procent ówczesnej romskiej populacji, pozostaje na marginesie czeskiej świadomości.

Gorsze niż piekło Dantego

Były nazistowski obóz koncentracyjny Lety to być może najbardziej znany obóz na terenie byłej Czechosłowacji. Nawet dzisiaj, ponad siedemdziesiąt lat po zakończeniu wojny, Czesi nie potrafią sobie poradzić z koszmarem, który przeżywali tutaj Romowie. Nie udało się również godnie upamiętnić pamięci ofiar. Co więcej, ciągle pojawiają się populistyczne, pełne nienawiści wypowiedzi w duchu ideologii nazistowskiej, które społeczeństwo traktuje dość obojętnie. Nikt nie protestował, gdy w miejscu, gdzie stał obóz, w 2006 roku maszerowała skrajnie prawicowa Partia Narodowa. Rodzi się pytanie, czy przyczyną obojętności opinii publicznej nie jest fakt, że sprawa dotyczy „tylko” Cyganów, czyli ludzi, którzy nie są postrzegani jako część czeskiego społeczeństwa. Nikomu poza samymi Romami i kilkoma aktywistami wydaje się nie przeszkadzać, że na miejscu obozu koncentracyjnego stoi dzisiaj przemysłowa chlewnia.

Obóz Lety wywołuje kontrowersje już przy samych próbach jego opisu. Wielu, przede wszystkim polityków, twierdzi, że Lety były obozem pracy, nie obozem koncentracyjnym. To stwierdzenie wsparł również były prezydent Václav Klaus, a w kolejnych latach kolejni politycy, którzy mówili, że właściwie chodziło o obóz dla ludzi odmawiających pracy, a Romowie zginęli w nim na skutek epidemii tyfusu plamistego, a nie jako ofiary nazizmu.

Wszyscy oni pomijają fakty historyczne, które jasną mówią, że w obozie umieszczano Romów na podstawie pochodzenia etnicznego, a następnie ich eksterminowano. Obóz Lety był obozem pracy w początkach swojego istnienia, od 8 sierpnia 1940 do 1 stycznia 1942 roku. Do obozu kierowano wtedy więźniów, których pobyt w obozie miał nauczyć pracować. W 1941 roku z przywiezionych 537 więźniów tylko 45 było romskiego pochodzenia. Przełom miał miejsce w lecie 1942 roku, kiedy wydano rozporządzenie o zwalczaniu tzw. cygańskiej niemoralności, na podstawie którego prowadzono spisy „Cyganów, cygańskich mieszańców i osób żyjących po cygańsku”. To rozporządzenie zmieniło życie i sytuację czeskich Romów. Do obozu byli zwożeni Romowie dozorowani przez żandarmerię, niektórzy przybywali z całymi rodzinami na wozach ciągniętych przez konie. Napływ był tak duży, że w sierpniu 1942 roku w obozowej ewidencji było już 1145 osób. Katastrofalne warunki higieniczne oraz kiepska kondycja fizyczna wielu Romów doprowadziły do wybuchu epidemii duru brzusznego, później również tyfusu plamistego.

Czołowy czeski lekarz František Patočka (brat filozofa Jana Patočki) odwiedził obóz w trakcie epidemii tyfusu: „Pamiętam, że tylko zdrowe i zdolne poruszać się dzieci dopełzły do brzegu wspólnego legowiska, aby dostać posiłek. Dzieci chore i słabe nie miały praktycznie szansy na jedzenie. Przy karmieniu dzieci cygańskich, które było raczej podobne do źle prowadzonego karmienia zwierząt w zoo, zorientowałem się, że wiele z nich ma na sobie rozpadające się koszulki, niektóre były zupełnie nagie. Jedynym okryciem tego dziecięcego stada była wielka brezentowa płachta, której oczywiście nie starczało dla wszystkich, ściągały ją więc z siebie nawzajem, walcząc o odrobinę osłony. Walczyły o nią nie tylko rękami, ale i zębami… Aby sprawdzić stan dzieci pod płachtą, odrzuciłem ją zupełnie. Pierwszym, co ze zgrozą zauważyłem, były dziecięce trupy, leżące pomiędzy żywymi. Jeszcze bardziej przerażający był widok dzieci w agonii, inne leżały z wysoką gorączką, z gangreną obejmującą dolne kończyny, czarne aż po uda. Do dziś pamiętam ten straszny obraz, który ujrzałem, swą grozą przekraczający opisy piekła Dantego”.

Okrucieństwo było na porządku dziennym

Obóz Lety jest znany także z brutalności i nieludzkiego zachowania czeskich żandarmów, na czele z dowódcą Josefem Janovskim. Fizyczne i psychiczne znęcanie się było na porządku dziennym. Jedna z ocalonych, wtedy dziesięcioletnia dziewczynka, wspomina: „Miałam pilnować jakichś chłopców, ale oni mi uciekli, za karę dostałam dwadzieścia pięć razów przez plecy i pośladki – na oczach wszystkich, na oczach mamy. Czeski żandarm mnie bił. Potem wrzucił mnie do wozu cygańskiego pełnego trupów, gdzie leżałam trzy dni bez jedzenia. Płakałam, krzyczałam, wołałam: Mamusiu, mamusiu, tutaj są trupy, ja się boję. Byłam dzieckiem”. Żadne dziecko urodzone w obozie nie przeżyło.

Po czterech miesiącach funkcjonowania obozu cygańskiego 93 więźniów ze znaczkiem ASO, czyli aspołecznych (asoziale), zostało wywiezionych na śmierć do Auschwitz. Nawet epidemia tyfusu, przez którą zaczęto grzebać martwych w dołach w lesie,a nie na cmentarzu, nie zatrzymała transportów Romów do obozu śmierci. Do Auschwitz-Birkenau wywieziono z obozu Lety 420 Romów.

Pomnik czeskiej niechęci do Romów

Dla wielu Romów obóz Lety jest obozem koncentracyjnym, gdzie przeżyli niewypowiedziany koszmar. W miejscu, gdzie Romowie ginęli z powodu rasistowskiej ideologii, wspieranej przez czeskich żandarmów, stoi dzisiaj chlewnia. Świnie cisną się obok siebie, czekając na ubój. Wszyscy są świadomi, że ta bijąca w oczy paralela i ze wszech miar haniebna sytuacja ilustruje stosunek czeskiego państwa nie tylko do ofiar nazizmu, ale również do żyjących obecnie w Czechach Romów.

W miejscu, gdzie cierpiały setki Romów, stoi dzisiaj pomnik czeskiej niechęci do Romów.

Za swoje słowa minister finansów starał się przeprosić jeszcze tego samego dnia. Jednak próba odkręcenia wszystkiego tylko spotęgowała niestosowność jego wypowiedzi. W ostatnich wystąpieniach Andrej Babiš zapewniał, że postara się zdobyć pieniądze na usunięcie chlewni z terenu dawnego obozu i godne upamiętnienie romskich ofiar. Gdyby faktycznie udało się usunąć stamtąd chlewnię, byłaby to wspaniała nowina. Ironią losu byłby jednak fakt, że do upamiętnienia ofiar romskiego holokaustu przez czeskie społeczeństwo doprowadziły rasistowskie wypowiedzi wicepremiera czeskiego rządu.

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie politicalcritiqe.org

Przeł. Vendula Czabak

***

Renata Berkyová – dziennikarka i romska aktywistka.

Apolena Rychlíková – redaktorka magazynu A2LARM i dokumentalistka.

EBOOKI-KRYTYKA-POLITYCZNA

**Dziennik Opinii nr 256/2016 (1456)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.