„Obrzydliwa, brązowa, śliska podłoga, na niej resztki zwierząt. Przez tę pracę przestałam jeść mięso”

Reportaż Sašy Uhlovej z pracy na fermie drobiu.

– Naprawdę ohydne. I kiedy do tej brudnej wody spadnie mięso, to podnosi się je i daje z powrotem na tackę. Praca w fabryce drobiu była pod każdym względem moim najgorszym doświadczeniem – mówiła w wywiadzie dla Krytyki Politycznej Saša Uhlová. Tym razem reporterka zabiera nas na fermę drobiu należącą do... Andreja Babiša, prawdopodobnie przyszłego premiera Czech. Ze zmienioną tożsamością i ukrytą kamerą udało jej się opisać wyzysk ludzi i dramat zwierząt.

Przez pół roku Saša, pod zmienioną tożsamością, pracowała w różnych miejscach jako niewykwalifikowana pracownica: w pralni szpitalu Motol w Pradze, w fabryce drobiu w Vodňanach, w supermarkecie Albert w Pradze, w fabryce maszynek do golenia na północy Czech i w Ostrawie przy segregacji śmieci. W ten sposób chciała dowiedzieć się czegoś więcej o warunkach, w jakich zarabia na życie spora część ludzi wykonujących najprostsze, ale i najpotrzebniejsze prace.

Uhlova: Wykorzystywali mnie ludzie, których lubiłam

**
Postanowiłam, że wytrzymam do piątku, który był jednocześnie ostatnim dniem miesiąca. W czwartek rano jednak zrozumiałam, że już nie jestem w stanie tam pójść. Siedziałam w fotelu na korytarzu przed drzwiami działu kadr i czułam, jak coś ściska mnie w brzuchu. Czekałam długo, w środku był jakiś mężczyzna. Kiedy wreszcie wyszedł, zobaczył mnie i obrócił się do kobiet w pokoju, oznajmiając:

– Jest tu jakaś pani, chyba przyszła się zgłosić do pracy.

Niepewnie wstałam i sprostowałam:

– Dokładnie odwrotnie, przyszłam złożyć wypowiedzenie.

Zadbana blondynka zaczęła nerwowo biegać po biurze, powtarzając zmartwiona:
– Oczywiście ma pani do tego prawo.

Potem zaczęła mnie wypytywać. Słuchała moich odpowiedzi tak uważnie, że się otworzyłam. Na początku mówiłam drżącym głosem, ale stopniowo się uspokajałam. Czułam ulgę, że wreszcie mogę to komuś powiedzieć. Wydawało się, że już słyszała o podobnych doświadczeniach. Ostatecznie umówiłyśmy się, że pójdę tam jeszcze raz, ale w piątek już nie muszę. Kiedy zrozumiałam, że dzisiaj w nocy wszystko się definitywnie skończy, odetchnęłam. Po trzech tygodniach miałam skończyć pracę w fabryce drobiu w Vodňanach…

– Fajnie sobie porozmawiałyśmy. Mogłaby pani coś dla mnie teraz zrobić? – Personalna rzeczowo zakończyła naszą rozmowę. – Tutaj jest kwestionariusz. Mogłaby pani to wszystko napisać? Bardzo by mi to pomogło, żebym mogła się starać coś zmienić. Może pani napisać więcej, nawet kilka stron. Im więcej, tym lepiej!

Obiecałam, że napiszę.

 

Zmiana się kończy, kiedy wszystko jest zrobione

Z tego samego ciepłego biura wychodziłam trzy tygodnie temu na swoją pierwszą zmianę. Po tygodniu starań dostałam pracę w fabryce drobiu. W ogłoszeniu oferowali trzynaście i pół tysiąca koron brutto [ok. 2210 zł – przyp. tłum.], a w umowie, którą właśnie podpisałam, było 65,5 na godzinę [ok. 10,7 zł]. Personalna ostrzegła mnie, że pracuje się na dwie zmiany, a ta poranna zaczyna się bardzo wcześnie. Z niedzieli na poniedziałek o północy, we wtorek dopiero o czwartej rano, a w pozostałe dni już normalnie o szóstej. Wraz z umową podpisałam zobowiązanie do pracy w godzinach nadliczbowych, co dotyczy niemal wszystkich popołudniowych zmian. Kończą się one dopiero wtedy, kiedy wszystko jest zrobione.

Do pracy potrzebne mi było zaświadczenie od lekarza. Dostałam je w jednym z gabinetów, do którego wysłali mnie z fabryki. Już w poczekalni wydało mi się dziwne, że mniej więcej trzy razy na minutę słychać: „Następny!”. Przyszła moja kolej. Lekarz rozmawiał przez telefon, pielęgniarka poprosiła mnie o zapłacenie pięciuset koron. Nie przerywając rozmowy, lekarz oddał mi podpisane papiery, niecałe dwadzieścia sekund później wychodziłam z gabinetu, a siostra wołała: „Następny!”. Dopiero po powrocie do hotelu pracowniczego zauważyłam, że oprócz zaświadczenia o dobrym stanie zdrowia dał mi też nową książeczkę zdrowia. Nie zmierzył mi ciśnienia, nie pobrał nawet krwi, właściwie w ogóle na mnie porządnie nie spojrzał. Mogłabym zacząć pracować, nawet gdybym cierpiała na jakąś chorobę zakaźną.

Do działu kadr przyszła po mnie majstrowa. Zaprowadziła mnie do punktu wydawania odzieży roboczej, gdzie przedstawiła mnie słowami: „Ta pani jest Czeszką”. Dostałam dwie pary cienkich białych spodni, zielony fartuch i dwa białe. Na ręce gumowe rękawiczki, na głowę czepek, a na nogi białe gumiaki. Jeśli wytrzymam ponad trzy miesiące, dostanę prawdziwe buty robocze. Przebrałam się w szatni, a następnie poszłyśmy na dół do hali rozbioru mięsa. Zbliżając się do budynku, czułam coraz większy chłód i straszny smród, od którego przewracało mi się w żołądku. Weszłyśmy do wielkiej, źle oświetlonej hali bez okien. Moje zmysły sparaliżował hałas, zimno, smród i ogromna liczba ludzi. Niektórzy stali przy taśmach, inni biegali tam i z powrotem. Nad głowami przejeżdżały im zawieszone na przenośnikach oskubane kurczaki. W hali były taśmy i mnóstwo metalowych termosów gastronomicznych pełnych rozporcjowanych kurczaków.

Przeszłam z majstrową do drugiej hali. Przy jednej z taśm stały trzy mniej więcej dwudziestoletnie kobiety. Patrzyły na monitor przymocowany do taśmy. Jedna z nich wyglądała na szefową. Była zadbana, miała perfekcyjny makijaż, pofarbowane, starannie wyregulowane brwi i przyklejone długie sztuczne rzęsy. Prezentowała się wręcz niestosownie pośród znajdujących się w hali ludzi, z których większość zdawała się bardzo sterana. Powiedziano mi, że to Pamela, która będzie mi zlecać zadania. Spojrzała na mnie tylko raz, obróciła się i wybuchła śmiechem. Nawet się ze mną nie przywitała. Kiedy zapytałam, co mam robić, zachowywała się tak, jakby mnie tam w ogóle nie było.

Robisz to źle!

Musiałam prosić dwie pozostałe dziewczyny, żeby zleciły mi jakieś zadanie. Obie pochodziły z Rumunii. W końcu Lorena, która w przeciwieństwie do drugiej Rumunki, Oany, prawie nie mówiła po czesku, wytłumaczyła mi jakoś, co mam robić. Kiedy trochę później wkładałam na tacki kotlety z udka kurczaka, Pamela odezwała się do mnie po raz pierwszy. Okazało się, że jest Czeszką. Przechodziła koło mnie i nagle krzyknęła:

– Robisz to źle!

Kotlety z udka kurczaka trzeba bowiem układać tak, żeby nie było widać dziur, chrząstek i ścięgien.

Zapakowane w atmosferze ochronnej tacki wysyłano z naszej taśmy zgodnie ze złożonymi zamówieniami. Sklepy składają dokładne zamówienia, ile czego chcą, i właśnie to należy dostarczyć. Dlatego na przykład do Tesco wysyłało się udka, karkówkę do Lidla, a kotlety z udka kurczaka jeszcze gdzie indziej. Moja praca ciągle się zmieniała, zależnie od tego, co trzeba było robić. Tym gorsze było to, że Pamela nie chciała rozmawiać i nie potrafiła wytłumaczyć, czego ode mnie właściwie chce. Wysłała mnie na przykład po kotlety z udka kurczaka, ale już nie wytłumaczyła, gdzie je znaleźć. Błądziłam po halach i próbowałam się dopytać, a i tak wiedziałam, że mi nawymyśla za to, że trwało to tak długo.

fabryka-drobiu-1
Fot. A2larm.cz, Česká televize.

Po dwóch godzinach była piętnastominutowa przerwa. Oana wzięła mnie na dwór na papierosa. Kiedy wróciłam, Pamela rzuciła mi materiałowe rękawice, które zakłada się pod gumowe. Nałożyłam je i od razu ręce przestały mi tak marznąć. Ale ciągle było mi zimno, mimo że ostrzegano mnie, żebym się ciepło ubrała, i tak też zrobiłam. To jednak nie wystarczyło. Do tego, kiedy biegałam tam i z powrotem, spociły mi się nogi w gumowych kaloszach, a potem marzły, kiedy już stałam. W miejscu pracy było dziewięć stopni. Wykonywałam najróżniejsze prace, łącznie z wyskubywaniem resztek piór czy odrywaniem tłustych części mięsa ręką. Za piętnaście pierwsza była kolejna przerwa, a potem pracowało się już non stop do siódmej. My cztery z naszej taśmy kończyłyśmy niemal ostatnie.

„Możesz zdechnąć, najważniejsze żebyś przyszła dziś do pracy”

Nie wiedziałam, jak długo będzie trwała popołudniowa zmiana, więc odczułam ogromną ulgę, kiedy po jedenastu godzinach mogłam wrócić do hotelu pracowniczego. Wychodząc uświadomiłam sobie, że niemal nie mogę chodzić. W drodze do domu znalazłam w torebce czekoladowego batonika. Powoli rozpuszczał mi się w ustach i dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo byłam głodna. I jak bardzo chciało mi się pić. Spędziłam sześć godzin bez jedzenia i picia. Do hali rozbioru mięsa nie można wziąć nie tylko jedzenia, ale nawet wody; nie można też z niej wyjść. Znajduje się tam dość obrzydliwa toaleta, ale z kranu leci tylko ciepła woda.

Ilona z Rosą i kotlety z piersi z kurczaka

Następnego dnia na początku zmiany Pamela powiedziała mi, że nie mogę nikomu, ale naprawdę nikomu dawać skrzynek. Wkładamy do nich plastikowe tacki z mięsem, zanim położymy je na taśmę, po której jadą do maszyny pakującej je w atmosferze ochronnej. Obok nas pracowały dwie Ukrainki, które – sądząc po wyglądzie – powinny być już dawno na emeryturze. Też potrzebowały skrzynek, ale ja chciałam się przypodobać Pameli, mając naiwną nadzieję, że zacznie mnie lepiej traktować. Twardo broniłam więc skrzynek i żadnej im nie dałam. Pamela obserwowała to ze swojego miejsca i, zadowolona, z aprobatą kiwała głową.

Dopiero po jakimś czasie, kiedy już wiedziałam, że te dwie kobiety to Ilona i Rosa, zrozumiałam, że pracują z nami i przygotowują mięso na naszą taśmę. Były niższe ode mnie i nie potrafiły dosięgnąć przenośnika, z którego ściąga się skrzynki. A ponieważ między liniami produkcyjnymi było mało miejsca, nie mogły przedarzeć się po nie gdzie indziej. Później było mi wstyd, że zachowałam się wobec nich z taką pogardą. Do dziś nie rozumiem, dlaczego nie mogłam podać im czegoś, co było im potrzebne w pracy, a czego same nie mogły zdobyć. Później podawałam im skrzynki potajemnie, upewniając się, że Pamela tego nie widzi.

Ilona z Rosą miały układać kotlety z piersi kurczaka na tacki. Tylko że wzięły tacki o pięć milimetrów wyższe od tych, których powinny użyć. Pamela się wściekła, wrzeszczała na nie, że to spaprały. A one za pomocą gestów pytały, na które tacki mają układać kotlety. Nie odpowiedziała im, tylko odwróciła się rozwścieczona i zaczęła układać kotlety sama. Stały tam bezradnie, czekając, aż zdradzi, co mają robić. Poszłam do Pameli i poprosiłam, żeby im to powiedziała. Wycedziła, że mają wziąć „sześćdziesiątki piątki”. Skoczyłam po nie do magazynu i przyniosłam je Rosie i Ilonie. Wzięły je z wdzięcznością i zaczęły ładować do nich kotlety.

Oana, Pamela i Lorena nie wiedziały, jak Rosa z Iloną mają na imię. Zwracały się do nich per „panie”. Tymczasem ja najbardziej lubiłam właśnie je dwie. Jedna miała ciemne włosy, druga jasne; stały tam i z uśmiechem ładowały mięso na plastikowe tacki. Nigdy nie były niemiłe, nawet kiedy wszyscy wylewali na nie swoją wściekłość. W tym tygodniu pracowały codziennie od czwartej rano do czwartej po południu. Robiłyśmy razem udka z kurczaka. Kiedy skończyło się mięso, spojrzałam na zegarek – były za dwie czwarta. Powiedziałam, żeby już szły do domu. Odpowiedziały jednak, że jeszcze pójdą mi po nowe udka, i po chwili wróciły z ciężką skrzynką pełną mięsa. Dwie babcie po dwunastu godzinach pracy, ślizgając się w gumiakach, przyniosły ją mnie, silnej kobiecie, i nawet wtedy potrafiły wciąż być miłe. Ogarnęło mnie uczucie wdzięczności, ponieważ byłam wyczerpana, ale też żalu, że już idą do domu.

System kar, mało miejsca i brak szacunku do pracy

Większość pracowników w hali rozbioru mięsa stanowiły starsze kobiety, ale było tu też sporo młodych osób, a wśród nich również mężczyźni, przeważnie obcokrajowcy. Właściwie najmniej było starszych mężczyzn. Wszyscy pracownicy zatrudniani przez agencję byli obcokrajowcami i stanowili mniej więcej połowę wszystkich zatrudnionych. Ukraińcy, Rumuni, rumuńscy Romowie, osoby z różnych regionów Azji. Niektórzy pracowali tu ewidentnie długo, znali trochę czeski, ale większość nie mówiła w tym języku.

Kiedy pewnego razu oparłam się na kilka chwil o blat, Oana ostrzegła mnie, że grozi za to kara. Nigdzie nie było żadnego krzesła, więc nawet jeśli akurat przez chwilę się na coś czekało, nie można było sobie usiąść. Potem wymieniła inne wykroczenia, za które grozi kara: zostawienie czepka na głowie, kiedy idzie się na dwór, wystające kolczyki czy ubranie… Później jeszcze wiele razy słyszałam od innych osób o karach, ale ani razu nie widziałam, żeby ktoś jakąś dostał.

Kiedy było nas więcej przy linii produkcyjnej, często dostawałam zadanie, na wykonanie którego nie miałam miejsca. Schylałam się do małego stolika na kółkach albo do skrzynek i za każdym razem, kiedy ktoś przechodził, musiałam przesuwać się z całą swoją pracą. Hala była pełna linii produkcyjnych i taśm, a brak miejsca doskwierał wszystkim.

Nie wypruwaj sobie żył w pracy – i tak nic z tego nie będzie

Nie przestawał mnie fascynować widoczny tutaj brak szacunku do pracy. Nie chodzi tylko o to, że często dostawałam zadanie, które później okazywało się zbędne; również moi koledzy i przełożeni wielokrotnie wykonywali pracę, którą później sami niszczyli. Ciągle musieliśmy się strasznie spieszyć, napełnialiśmy plastikowe tacki, a potem, kiedy były już zapakowane w atmosferze ochronnej, często się okazywało, że jest ich zbyt wiele, więc musieliśmy je zniszczyć.

Wysypywaliśmy też na taśmę skrzynki pełne kotletów z piersi z kurczaka. Kawałki mięsa spadały na brudną podłogę, musieliśmy wrzucać je z powrotem. Szybko napełnialiśmy plastikowe tacki, a na taśmie ciągle miała być góra mięsa – dopóki nie zostało powiedziane, że to wystarczy. Następnie z mozołem przekładaliśmy mięso z powrotem do skrzynek, a niepotrzebne już paczki rozpakowywaliśmy. I tak w kółko.

Wszyscy rezygnują

Oanę, prawą rękę Pameli, zatrudniała bezpośrednio fabryka drobiu. Potrafiła dość przyzwoicie mówić po czesku, pracowała tu już półtora roku. Pod koniec tygodnia usłyszałam, jak sprzecza się z majstrową. Okazało się, że musi pojechać z powrotem do Rumunii i nie wie, kiedy wróci. Czasami Pamela zachowywała się wobec Oany okropnie. Kiedy coś nie wychodziło, krzyczała, kiedyś rzuciła przed nią skrzynkę wypełnioną opakowaniami mięsa, które nie nadmuchały się odpowiednio podczas pakowania w atmosferze ochronnej. Ale zazwyczaj przyjaźnie z nią rozmawiała i wyglądało na to, że ją szczerze lubi. Kiedy się dowiedziała, że Oana wyjeżdża, była przygnębiona. Wieczorem, gdy wszyscy już wychodzili i hala się opróżniała, Pamela stała przy blacie i kończyła jakieś zamówienie. Podeszłam do niej i zapytałam, czy jej pomóc. Nie można było nie zauważyć, że jest smutna. Odmówiła i dość normalnym tonem kazała mi iść do domu. Chciała zostać z Oaną, którą tego wieczoru widziała po raz ostatni. Oana zrozumiała – kiedy wychodziłam, stały obok siebie i pracowały.

Następnego dnia Oana już nie przyszła, a Pamela była zamyślona. Kiedy zapytałam, dlaczego tam pracuje, odpowiedziała, że z zawodu jest kucharką-kelnerką, ale nie podobało jej się to. W fabryce jej się podoba. Jest tu od czterech lat, to znaczy odkąd skończyła siedemnastkę.

– Od tego czasu przeszło tędy strasznie dużo ludzi, tak dużo, że nie mogę ich sobie wszystkich nawet przypomnieć. Ciągle się to zmienia, ciągle przychodzą nowi ludzie – mówiła zrezygnowana.

Po raz pierwszy zrobiło mi się jej żal.

Tak samo jak inne młode kobiety szybko została szefową linii produkcyjnej. Są obsadzane na tych stanowiskach pewnie dlatego, że „znają się na komputerze”. Przy liniach produkcyjnych znajduje się bowiem komputer z kilkoma funkcjami, który kontroluje wagę i liczbę wysłanych paczek. Myślałam, że błąd leży po stronie Pameli, ale stopniowo uświadomiłam sobie, że po prostu w młodym wieku znalazła się w środowisku, gdzie takie zachowanie jak jej jest czymś normalnym.

Zawsze kiedy zbliżała się noc, robiło się bardziej nerwowo. Nawet dość mili ludzie zaczynali się chamsko zachowywać, wściekali się, byli impulsywni. Później ktoś mówił: „Już tylko cztery zamówienia!”, a atmosfera trochę się rozluźniała i ludzie zaczynali się częściej uśmiechać.

Wyczerpani pracownicy z agencji

Pewnego wieczoru podczas przerwy widziałam wypłaty niektórych pracowników zatrudnionych przez agencję. Jeden mężczyzna rozdawał pieniądze pozostałym, którzy stali w niedługiej kolejce. Ale nie widziałam, żeby dawał im też paski wynagrodzeń.

W hali nie pracowało mało osób, wręcz przeciwnie – było ich wiele i często nie wiedziały, co mają robić, otrzymywały sprzeczne polecenia, tworzyły różne grupki, nie mogły się zmieścić tam, gdzie miały wykonywać swoje zadania, z godziny na godzinę były coraz bardziej zmęczone. Coraz częściej słychać było krzyk.

Lorena, z którą lubiłam pracować, ponieważ była miła, pracowała po dwanaście godzin, w poniedziałki trzynaście, a w piątki miała czternastogodzinną zmianę i już koło jedenastej wieczorem była wyraźnie zmęczona. Ja też, ale wiedziałam, że za chwilę wrócę do hotelu pracowniczego. Trzynastogodzinne zmiany były nawet wypisane na tablicy obok centrali. W niedzielę od północy do pierwszej po południu w poniedziałek. Lorena mówiła, że na rękę dostaje osiemdziesiąt koron za godzinę [ok. 13,15 zł], wcześniej siedemdziesiąt [ok. 11,50 zł].

Seksizm po czesku

W pracy poznałam też swoich sąsiadów z hotelu, małżeństwo z Rumunii. Skarżyli się, że w Czechach są straszne mafie. Przyjechali, bo w Rumunii nie mogli zarobić na utrzymanie dzieci. Dzieci zostały więc z babcią, a rodzice przesyłają im pieniądze. Nie widzieli ich już od roku. Niedługo po przyjeździe, kiedy nie mieli jeszcze podpisanej umowy o pracę, pewien Siergej obiecał im za pracę w fabryce drobiu siedemnaście tysięcy netto miesięcznie [niecałe 2800 zł]. Po sześćdziesięciotrzygodzinnym tygodniu pracy byli wykończeni. Poza tym mieli problemy zdrowotne, poszli do lekarza i musieli zapłacić cztery tysiące [ok. 655 zł], bo nie byli ubezpieczeni. Zastanawiali się nad znalezieniem innej pracy, ale bardzo podoba im się w hotelu pracowniczym, podobno gdzie indziej jest dużo gorzej. Nie mogłam się nie śmiać z pochwał hotelu, reszta strasznie przeklinała pluskwy i pleśń.

Opowieści innych kolegów zatrudnionych przez agencje były różne, ale wszyscy zgodnie podawali, że pracują albo w każdy dzień roboczy po dwanaście godzin, albo tak samo jak Lorena. Co do wynagrodzenia, podawali zazwyczaj siedemdziesiąt lub osiemdziesiąt koron [ok. 11,50 lub 13,10 zł] za godzinę. Zrozumiałam, że zależy to nie tylko od tego, która agencja ich zatrudnia, lecz także od tego, jak długo tu pracują.

Samo spojrzenie na strasznie wyczerpanych pracowników z agencji wystarczyło, żeby się zorientować, że pracują więcej niż dozwolona prawnie norma. Ich warunki pracy i wynagrodzenie różniły się nie tylko od tych, jakie mieli pracownicy zatrudnieni przez fabrykę, ale też od tych oferowanych zatrudnionym przez agencję w innych miejscach. Według kodeksu pracy zależy to nie tylko od pracodawcy [w tym przypadku agencji – przyp. tłum.], lecz również od tzw. pracodawcy użytkownika, czyli w tym przypadku firmy Vodňanské kuře należącej do Agrofertu.

Fiala: Praca zabija nasze życie i związki

Równocześnie pracodawca użytkownik nie ma obowiązku podawać do wiadomości publicznej, z kim ma podpisaną umowę i jak ona wygląda. Jedynym podmiotem, który może interweniować, jest Inspektorat Pracy. W większych firmach interweniuje on zazwyczaj we współpracy z Urzędem do Spraw Cudzoziemców, a pierwszą namacalną konsekwencją jego działań bywa zwolnienie pracowników, którzy nie mają zezwolenia na pracę w Czechach.

Każda praca ma jakieś minusy

Zmiana od północy do ósmej piętnaście była straszna. Nie udało mi się przed nią wyspać, do tego bolał mnie brzuch, myślałam, że nie dojdę do fabryki. Do teraz nie wiem, czy byłam chora, czy bałam się tego, co mnie czeka. Kryzys przyszedł koło piątej rano. Oddałabym wtedy wszystko za minutę czy dwie siedzenia. Następnego dnia zmiana zaczynała się o czwartej rano, więc wstałam o trzeciej. Mieszkałam wprawdzie blisko, ale trzeba było przyjść wcześniej, żeby się przebrać i przygotować.

Na początku tygodnia kilka razy wysłano mnie na taśmę obok, gdzie robiły się tylko udka z kurczaka. Pracowałam obok miłej starszej pani, Vlaďki. Raz nakrzyczała na mnie, kiedy pod koniec jedenastogodzinnej zmiany zmęczona zostawiłam na ziemi folię ze skrzynki – i tak się poznałyśmy. Przeprosiłam i później już zawsze wyrzucałam folie. Na drugi dzień uśmiechnięta przywitała się ze mną i od tej pory miałyśmy już dobre stosunki. W fabryce pracowała od dziewięciu lat. W tym czasie była dwa razy chora, teraz zamierzała iść na zwolnienie lekarskie z powodu zapalenia stawu biodrowego. Ledwo stała, a każdy ruch wywoływał ból. Powinna też pójść na operację cieśni nadgarstka, ale odkładała ją. Podobno problemy z nadgarstkiem mają w fabryce prawie wszyscy, którzy pracują dłużej. Vlaďka przekonywała jednak, że mają je też ludzie, którzy pracują na komputerze, a do tego bolą ich jeszcze plecy.

– Każda praca ma jakieś minusy – tłumaczyła, pogodzona z tym faktem.

Saša Uhlová. Fot. A2larm.cz, Česká televize.
Saša Uhlová. Fot. A2larm.cz, Česká televize.

Kiedy przypomniałam sobie swoją pracę – jak siedzę w ciepłym pomieszczeniu przed komputerem i mogę w każdej chwili zrobić sobie przerwę, napić się kawy – na końcu języka miałam odpowiedź, że ludzie przy komputerze właściwie nie pracują.

Przy tej taśmie czułam się dobrze, ponieważ Vlaďka wszystko mi tłumaczyła. Tylko jedna pani nakrzyczała na mnie, kiedy pomyliłam udko z ćwiercią kurczaka. Później krzyczała jeszcze raz, kiedy wzięłam udko, które znajdowało się bardziej po jej stronie taśmy. Na szczęście znajdowała się po drugiej stronie, a obok mnie stała życzliwa Vlaďka i nie było nikogo, kogo bym się bała.

W porannych zmianach piękne jest też to, że mają swój jasny koniec. Jak tylko nastanie godzina, kiedy zmieniają nas kolejni pracownicy, po prostu idziemy do domu. Wystarczy spojrzeć na zegar i wiadomo, że za dwie godziny będzie się to miało za sobą. Tempo jest też wolniejsze, ale wydaje mi się, że jest zarazem mniej przestojów i zbędnych zadań. Nie pocę się więc tak bardzo i później tak bardzo nie marznę, bo nie jestem zbyt mokra.

Cudowny dzień ze skrzydełkami

Potem przenieśli mnie na skrzydełka z kurczaka. Podeszłam do króciutkiej taśmy, przy której mogły stać najwyżej trzy osoby. Kilka razy już przy niej byłam, kiedy musiałam przynieść Pameli skrzydełka. Szefową taśmy była blondynka przy kości. Nie przedstawiła mi się i nie zapytała, jak ja się nazywam. Znałam ją, ponieważ kilka dni wcześniej śmiała się ze mnie, że za wolno układam skrzydełka. Zobaczyłam tam jeszcze inną kobietę, więc stanęłam za nią, żeby być dalej od szefowej. Powiedziała mi:

– Ja Rumun, nie mówię po czesku.

Później się dowiedziałam, że nazywa się Nikoletta i ma 38 lat. Pracowała przez agencję i ciągle miała dwunastogodzinne zmiany, od poniedziałku do piątku, przez cały miesiąc.

Pokazała mi, jak się to robi. Szefowa obok prychała z dezaprobatą. Stopniowo szło mi coraz lepiej. Blondynka przychodziła sprawdzać, jak wyglądają moje tacki; przewracała oczami, ale nic nie mówiła. Nikoletta powiedziała mi:

– Dobrze!

Po raz pierwszy ktoś mnie tu za coś pochwalił. Tylko że potem przyszła szefowa:

– Dlaczego nie wybierasz z taśmy zniszczonych skrzydełek?!

Zaczęła na mnie tak wrzeszczeć, że aż się wzdrygnęłam.

Zaczęłam więc wybierać zniszczone skrzydełka i wrzucać do pudła. Wcześniej wyrzucałam je tylko wtedy, kiedy na nie natrafiłam. Nie wiedziałam, że wszystkie powinnam przebierać.

Później obie poszły gdzieś na chwilę, odwoziły na wózku pełne skrzynki. Szefowa krzyknęła:

– Pilnuj!

Myślałam, że oznacza to, że powinnam wybierać zepsute skrzydełka z taśmy. Niecałą minutę później wróciły. W międzyczasie zaczęła przeciekać skrzynka, do której wrzucałyśmy skrzydełka. Tylko że ze swojego miejsca nie mogłam tego widzieć. Szefowa nawrzeszczała na mnie, że miałam wymienić skrzynkę. Kiedy wychodziła, musiała wiedzieć, że pojemnik jest już pełny, oddaliła się tylko na chwilę. Zrobiła to specjalnie.

Przyszły władca Czechii? Poznajcie Andreja Babiša

Następnego tygodnia ze skrzydełkami przyszła do mnie szefowa i powiedziała, że układam je zbyt powoli. Starałam się być szybsza, ale byłam tak zestresowana, że wysypała mi się zawartość jednej tacki. Po jakiejś godzinie przyszedł przełom. Zupełnie normalnym głosem wytłumaczyła mi, że mam przychodzić do pracy rano o dziesięć minut wcześniej, żeby pomóc przygotować skrzynki. Od tej pory już na mnie nie krzyknęła. To był wspaniały dzień.

Przez cały tydzień, kiedy chodziłam na przedpołudnie, spotykałam Lorenę. Mijałyśmy się tylko. Ona zaczynała swoje dwunastogodzinne zmiany, kiedy ja wychodziłam do domu. Wyglądała na wycieńczoną.

Gdzie indziej nie jest lepiej

Ponad dwa tygodnie po szkoleniu BHP przez pomyłkę przyszłam do pracy o godzinę wcześniej. Rozmawiałam z Karlem, który już kilka razy pomógł mi z ciężkim wózkiem, kiedy ślizgały mi się kalosze zastępujące obuwie robocze. Zawsze był uśmiechnięty i skory do pomocy. W fabryce pracował od dziewięciu miesięcy. Był wyuczonym dekarzem. Przez całe życie utrzymywał się z tego, wiele lat pracował w firmie w Strakonicach. Kiedy zmarł jej właściciel, Karel postanowił założyć własną działalność gospodarczą, ale nie poradził sobie. Nie spłacał kredytu hipotecznego, przestał też płacić składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne, ponieważ koledzy powiedzieli mu, że nie są obowiązkowe. Nie dawał sobie rady z papierkową robotą, „latasz po urzędach, poświęcisz na to mnóstwo czasu, a niczego się nie dowiesz”. Dostał egzekucję komorniczą, stracił dom i miał miesiąc na wyprowadzenie się z niego. Psychicznie był na dnie, ale ciągle powtarzał, jak się cieszy, że w fabryce drobiu płacą mu składki na ubezpieczenia. Powtarzał też, że wszystko to jego błąd. Nie udało mu się zdobyć innej pracy, a musiał zostać natychmiast zatrudniony. Podobno gdzie indziej nie jest lepiej.

Na szkoleniu BHP powiedziano nam, że dzięki związkom zawodowym dostajemy dodatek za pracę w warunkach narażonych na hałas, mimo że nie przekracza on limitu. Kiedy jednak pytałam wcześniej kolegów, czy są w związku, większość nie wiedziała, czy jakiś tam w ogóle istnieje.

Kolejna seria poniżeń

W ostatni poniedziałek spędziłam w pracy dziesięć i pół godziny. Ciągle na skrzydełkach, ale nie było tam już pani, do której się przyzwyczaiłam – a ona do mnie. Zamiast niej była młoda kobieta, która tydzień temu wyrwała mi tackę i dokończyła skrzydełka za mnie, bo robiłam to zbyt wolno. Zaczęła się kolejna seria poniżania: beształa mnie za rzeczy, których nikt mi nie wyjaśnił. Do dwunastej pracowała z nami Thea, Rumunka, która nie ukrywała rozczarowania, kiedy się dowiedziała, że jestem Czeszką, ale dość cierpliwie tłumaczyła mi wszystko. Potem gdzieś poszła, a ja zostałam sama z szefową. Już wcześniej się tego bałam.

Szefowa zostawiła mnie przez większość czasu samą. Po raz pierwszy nie radziłam sobie ze zleconym zadaniem. Na taśmie jechały uszkodzone skrzydełka, poszarpane przez maszynę, która ucinała je kurczakom przejeżdżającym nad nami. Trzeba było je segregować i nieuszkodzone układać starannie na tackach. To, czego nie zdąży się ułożyć, spada z taśmy do pudła, które trzeba wymieniać. Przeciekało mi to pudło, nie nadążałam z segregowaniem, z szukaniem nowego pojemnika, z wykładaniem go folią. Praca posuwała się powoli, bo jedna osoba naprawdę nie może sobie z tym wszystkim poradzić.

Wspólna opieka rodziców nad dzieckiem to ideał, na który zasługuje każda rodzina

Szefowa albo na mnie wrzeszczała, albo była gdzie indziej. Raz nie było jej nawet przez dwie godziny. Kiedy krzyczała na mnie już któryś raz z kolei, chciałam zrezygnować. Po prostu zrzucić ciuchy i wyjść, ale zabrakło mi odwagi. Chciało się mi sikać, ale nie mogłam zatrzymać taśmy, bo z drugiej strony pracowało kilka osób i zatrzymałabym taśmę też im. Poza tym nikt mi nawet nie pokazał, jak ją zatrzymać.

Wszystko było źle. Przyszła i wzięła z taśmy skrzydełko, którego połowa była tak żółta, że raziła w oczy.

– Takie też wyrzucaj – krzyknęła.

W pewnym momencie wrzeszczała, że jestem debilką, bo kiedy na moje pytanie, czy mam odwieźć pudła, zaczęła przewracać oczami, zrozumiałam, że nie mam. Wymamrotałam, że to ona jest debilką, bo nie potrafi niczego wytłumaczyć. Kiedy taszczyłam później pudła z wadliwymi skrzydełkami, zapytałam, czy mam też wziąć jej. Nie odpowiedziała, więc ich nie wzięłam. Szła za mną wkurzona, a ja zapytałam, dlaczego nie odpowiada na pytania.

– Nie mam czasu – zahuczała – bo nie pracujesz wystarczająco szybko!

Też by mnie irytowało, gdyby do pomocy w tym chaosie przysłali mi kogoś, kto pracuje dopiero od dwóch tygodni. Ale poniżała mnie, zachowywała się tak podle, że nie potrafiłam jej współczuć. Było to w nocy z środy na czwartek, a ja zrozumiałam, że dalej już nie mogę. Następnego dnia musiałam pójść do działu kadr i powiedzieć, że rezygnuję.

Wcześniej ludzie sobie pomagali

Ostatniego dnia rozmawiałam z panią, która w fabryce drobiu pracuje od młodości.

– Nie wiem, jak przeżyłam pracę na trzy zmiany, kiedy miałam małe dzieci, ale wtedy panowały przynajmniej przyjazne stosunki – wspominała. – Kiedy nie mogłaś przyjść na swoją zmianę i chciałaś się z kimś wymienić, ludzie ci pomagali, wyglądało to zupełnie inaczej. Pamiętam, jak trzydzieści lat temu przyjechali pierwsi Wietnamczycy. Szkoliłam ich, nie mogę złego słowa na nich powiedzieć, świetnie nam szło. Miałam zajmować się trzema Wietnamkami, pokazywałam im wszystko.

Według niej można było wtedy poświęcić czas nowym osobom, dzisiaj czasu nie ma. „Kiedy przyjdzie ktoś nowy, nikt mu nic nie mówi, wszyscy tylko na niego krzyczą”.

W piątek znowu poszłam do działu kadr, żeby podpisać jakieś papiery. W drodze z fabryki spotkałam dwie panie z hali rozbioru mięsa. Nigdy wcześniej z nimi nie rozmawiałam. Świeciło słońce, była wspaniała letnia pogoda. Na dworze „po cywilnemu” wyglądały zupełnie inaczej niż w ubraniu roboczym. Uśmiechały się. Zapytały, dlaczego idę w przeciwnym kierunku.

– Nie idzie pani dzisiaj do pracy?
– Nie, właśnie zrezygnowałam.
– A ma pani inną pracę? Nie podobało się pani tutaj?
– Coś już mam. No, nie podobało…
– Tutaj nikt nie wytrzymuje, tylko osoby silne psychicznie…
– A wy tu wytrzymacie?
– My musimy.

**
Seria tekstów A2larm.cz powstała przy wsparciu czeskiego Funduszu Niezależnego Dziennikarstwa. Z czeskiego przełożyła Olga Słowik. Zdjęcie wiodące: Otwarte Klatki, Flickr.com.

Rabat na książkę za share na FB!

Udostępnij ten artykuł na Facebooku i wklej link w komentarzach na stronie lub na naszym fanpage’u.

Za każde udostępnienie wysyłamy kod rabatowy do naszej księgarni, z którym Zjadanie zwierzątJonathana Safrana Foera oraz „Moment niedźwiedzia” Olgi Tokarczuk kupisz aż o 30% taniej!

Ważną wiadomością dla czytelników Wydawnictwa Krytyki Politycznej jest też to, że nad książką o mięsie, weganizmie w tym m.in o warunkach pracy w polskich fermach drobiu pracuje teraz Jaś Kapela. Książka nosi roboczy tytuł Polskie mięso czyli jak zostałem weganinem i przestałem się bać. Będziemy was informować o premierze.

**
Czytaj wywiad z Sašą Uhlovą

Uhlova: Wykorzystywali mnie ludzie, których lubiłam

Reportaż ze szpitalnej pralni

„Możesz zdechnąć, najważniejsze żebyś przyszła dziś do pracy”

Bio

Saša Uhlová

| Reportażystka A2larm.cz
Dziennikarka radiowa i reportażystka dziennika internetowego A2larm.cz.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.