Świat

Reporter i radioaktywny artysta, czyli wolność słowa w społeczeństwie wielokulturowym

Niklas Orrenius , fot Magnus Bergström

Niklas Orrenius, dziennikarz jednoznacznie kojarzony z antyrasizmem i walką o prawa mniejszości, jako pierwszy w Szwecji napisał książkę mówiącą jednocześnie o nacjonalistycznym ekstremizmie prawicowym i islamizmie. Fragment książki Katarzyny Tubylewicz „Moraliści”.

„To miała być zupełnie inna książka. Może niekoniecznie tak słodko-propagandowa jak lajfstajlowe przypowieści o duńskim szczęściu oraz hygge, ale na pewno prezentująca Szwecję jako wyjątkowo udany projekt społeczny. Którym Szwecja na wiele sposobów jest. Zamiast tego wyszła mi opowieść o wielkiej zmianie i związanym z nią chaosie. A także o kilku wartościach, które wydają mi się trwałe” – pisze Katarzyna Tubylewicz w rozdziale zamykającym jej najnowszą książkę: Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie. To zbiór rozmów i reportaży o współczesnej Szwecji i wyzwaniach stojących przed społeczeństwem wielokulturowym. Publikujemy fragment książki, która ukaże się nakładem wydawnictwa Wielka Litera.

*
Pamiętacie Larsa Vilksa? Szwedzkiego artystę nie największego formatu, o którym nagle usłyszał cały świat, bo narysował karykaturę proroka Mahometa jako psa? Pewnie nie, więc wam przypomnę.

Rysunku Vilksa nigdy nie pokazano na wystawie, na którą został przygotowany, ale kiedy w roku 2007 zaczęła o nim pisać szwedzka prasa i wieść rozniosła się po świecie, zawrzało wokół Vilksa i wokół Szwecji. W Pakistanie demonstrujący przeciw obrażaniu proroka palili szwedzkie flagi i kukłę ówczesnego premiera Fredrika Reinfeldta. Na głowę Vilksa sypały się słowa gniewu, jego skrzynka mailowa puchła od pogróżek. Premier Reinfeldt łagodził sytuację, przepraszając ambasadorów kolejnych arabskich krajów, ale sam artysta zamiast schować się w mysią dziurę, prowadził wykłady o sztuce krytycznej względem religii. Ostatecznie został wpisany na listę „wrogów islamu” prowadzoną przez Al-Kaidę, do podcięcia mu gardła zobowiązała się na YouTube somalijska organizacja terrorystyczna Asz-Szabab, dyrektor centrum islamskiego w Malmö porównał Vilksa do Hitlera, a jeden z najważniejszych ideologów Al-Kaidy Anwar al-Awlaki uznał rysunek Szweda za najstraszliwsze bluźnierstwo i ogłosił, że należy go zabić.

Nie trzeba było długo czekać i doszło do pierwszej próby zamachu, po której Vilks otrzymał stałą ochronę policji (kosztowną dla podatników: sześć milionów koron rocznie). Prób zamachów było potem więcej, więc Vilks nigdy już nie będzie wolnym człowiekiem. Każdy jego krok uzgadniany jest z ochroniarzami, każde wyjście w przestrzeń publiczną to skomplikowany i ryzykowny proces. Nie ma już domu, który podobno kochał, jedynie regularnie zmieniane tajne adresy.

Wydawałoby się, że osoba, której życie zostało zniszczone przez religijnych fanatyków i to w najbardziej zsekularyzowanym kraju świata, jakim jest Szwecja, powinna budzić współczucie. Jest inaczej. Od Vilksa odwrócili się prawie wszyscy. Budzi zniecierpliwienie. Niechęć. Częściowo dlatego, że popierają go Szwedzcy Demokraci i różne skrajnie prawicowe organizacje, a on sam przyjmuje zaproszenia na międzynarodowe konferencje organizowane przez rasistowskie ugrupowania. Częściowo z powodu konfuzji dotyczącej tego, czym jest wolność słowa w wielokulturowym społeczeństwie. Czy można jej nadużyć? Czy Vilks przesadził? Czy miał do tego prawo?

Szwecja – polityka migracyjna bez tabu

Przyznam, że długo czekałam na moment, w którym jego sprawa zostanie opisana w sposób wystarczająco głęboki, by wychwycić jej niejednoznaczność i nieustanną aktualność. Być może Vilks jest zabiegającym o widoczność narcyzem, ale czy zmienia to coś w fakcie, że wolna krytyka religii stanowi fundament demokracji zbudowanej na wartościach oświeceniowych? Sama się nad tym ciągle zastanawiam i nie zawsze dochodzę do tych samych wniosków.

Wydawałoby się, że osoba, której życie zostało zniszczone przez religijnych fanatyków i to w najbardziej zsekularyzowanym kraju świata, jakim jest Szwecja, powinna budzić współczucie. Jest inaczej.

Czekałam, czekałam i… w końcu się doczekałam. Książkę czołowego szwedzkiego reportera Niklasa Orreniusa Skotten i Köpenhamn (Strzały w Kopenhadze) przeczytałam w dwa wieczory i natychmiast napisałam do autora. Spotkaliśmy się po dwóch miesiącach, kiedy reportaż Orreniusa otrzymał już nominację do Augustpriset (najważniejszej szwedzkiej nagrody literackiej), a sam autor został uhonorowany Wielką Nagrodą Dziennikarską.

Niklas Orrenius od wielu lat pisze na temat ekstremizmów. Wszelkich. Politycznych i religijnych. Można powiedzieć, że ciągle igra z ogniem, ale dopiero jesienią 2015 roku, kiedy ujawnił w reportażu prawdziwe nazwisko Julii Caesar, kultowej w kręgach skrajnie prawicowych rasistowskiej blogerki, fala nienawiści względem niego przebrała. Musiał na pewien czas opuścić z rodziną kraj, a potem zmienić numer telefonu i zastrzec adres. Wcześniej zdjęcia zrobione na jego klatce schodowej krążyły po Twitterze opatrzone pogróżkami Kamila Ryby, lidera nazistowskiej Swedish Defence League. Kamil obiecywał, że będzie wracał pod drzwi Orreniusa. Dniem i nocą.

– Zazwyczaj umiem rozpracowywać takie osoby. Rozmawiam z nimi. Gdybym na niego wpadł, wziąłbym go na kawę. Ale co by się stało, gdyby spotkał któreś z trójki moich dzieci? – zastanawia się Niklas, gryząc powoli kanapkę.

Nie wygląda już na poruszonego, minęło trochę czasu, przyszły nowe sprawy, a on nie należy do osób lękliwych. Postanawiam nie rozwijać wątku Kamila Ryby, który za sprawą przykrej koincydencji jest moim rodakiem (a przy tym szwedzkim nacjonalistą; ciekawy efekt wielokulturowości, której sam Ryba głęboko się sprzeciwia).

Jemy śniadanie w Café Rival przy Mariatorget. Jest wcześnie rano, Niklas przyjechał do Sztokholmu nocnym pociągiem z Malmö, co widać na jego twarzy. Dużo podróżuje, ale jeśli może uniknąć latania, wybiera wagon sypialny. Przychodzi mi do głowy, że wszystkich dobrych reporterów cechuje rodzaj dziecięcej otwartości. Chętnie okazywane zdziwienie światem. Są ciepli i trochę ciekawscy. Taki był Kapuściński, tacy są Szczygieł i Kopińska, i taki jest Orrenius, któremu natychmiast udaje się wciągnąć mnie w rozmowę na temat jogi.

Pytam, dlaczego zdecydował się napisać książkę o Larsie Vilksie, artyście, który, jak trafnie to sformułował, stał się w Szwecji radioaktywny. To najbardziej unikany człowiek w kraju.

– Kiedy w styczniu 2015 roku doszło do ataku terrorystycznego na „Charlie Hebdo”, zostałem wysłany przez moją gazetę, „Dagens Nyheter” do Paryża – zaczyna Orrenius. – Gdy doleciałem na miejsce, trwał już kolejny zamach. Pojechałem do dzielnicy Porte de Vincennes, gdzie znajdował się koszerny sklep, w którym napastnicy przetrzymywali zakładników. Uderzyło mnie, że wokół toczyło się zwyczajne życie, wszędzie biegały dzieci, ludzie rozmawiali, zupełnie jak w mojej dzielnicy w Malmö. A potem… Potem usłyszeliśmy wybuchy granatów i serie z karabinów. Nigdy wcześniej terror nie wydał mi się tak namacalnie bliski. Kilka tygodni później doszło do zamachu w Kopenhadze, o którym opowiada moja książka. Jego ofiarą miał paść Lars Vilks, ale zginęli inni ludzie. Po kolejnych miesiącach mój dobry znajomy odwiedził jakąś galerię w Malmö, gdzie zobaczył Vilksa, i zaraz napisał o tym na Facebooku. Rozpoczęła się dyskusja, czy Vilks ma prawo pojawiać się w przestrzeni publicznej. Przecież stanowi zagrożenie dla innych.

Majmurek: Obraz wolny, wolność ubezpieczający

W tamtej polemice na facebookowym wallu reportera uderzyło słowo „niewinni”. Pisano, że obecność artysty Vilksa na wernisażach stanowi zagrożenie dla niewinnych ludzi. Tak jakby sam Vilks był winny (czy naprawdę musiał narysować tę karykaturę?), artysta winny sam sobie, że trzykrotnie próbowano go zabić. W maju 2010 roku, kiedy dwóch braci z Landskrony podpaliło jego dom, a potem czekało na niego z nożami w ogrodzie (Vilks miał szczęście, bo tego dnia nocował gdzie indziej). We wrześniu 2011 roku, kiedy zamach na niego zaplanowało trzech innych obywateli Szwecji zainspirowanych naukami terrorysty Anwara al-Awlaki. Mieli dopaść Vilksa na wernisażu w Göteborgu, ale zamach został udaremniony, a mężczyznom niczego nie udowodniono (może prokuratura nie traktowała gróźb względem Vilksa poważnie?). Jeden z uniewinnionych walczy dziś w Syrii po stronie Państwa Islamskiego, drugi rekrutuje terrorystów. Vilks według części opinii publicznej był sam sobie winien także za trzecim razem, w lutym 2015 roku, kiedy chciał go zamordować Omar El-Hussein. Wszystko rozegrało się w Kopenhadze podczas seminarium na temat wolności słowa. Vilksa uratowali pilnujący go dzień i noc policjanci, ale Omar El-Hussein zamordował tego dnia dwie inne osoby. Są tacy, którzy uważają, że to także w pewnym sensie z winy Vilksa. Po co prowokował?

– Opowieść o Vilksie traktuję jak soczewkę – mówi Orrenius – przez którą można dobrze przyjrzeć się naszej współczesności. Oczywiście, że Lars Vilks wielu ludzi irytuje. Rzecz w tym, że pytania, które pojawiają się w związku z jego historią, są dziś bardzo ważne.

Pierwsza część mojej książki traktuje o islamskich ekstremistach, którzy chcą zabić artystę. To są ludzie, którzy mieszkają na zwykłych szwedzkich osiedlach. Druga część opowiada o skrajnej prawicy. Która też jest wśród nas. Nie chcę za wszelką cenę robić z Vilksa bohatera, choć gdzieś tam biorę jego stronę. Wystarczy mi jednak, że ktoś mający go nawet za idiotę będzie bronił jego prawa do wolności wypowiedzi. Ten typ reakcji jest dobry, bo wcześniej w Szwecji popieranie Vilksa było uznawane za dość problematyczne. Uważano, że ma trudną osobowość i że znalazł sobie popleczników wśród prawicowych ekstremistów. Wśród rasistów. W porządku, można go nie lubić, ale obrona jego prawa do wolności wypowiedzi artystycznej to przecież kwestia demokracji.

Słuchając słów Orreniusa, przypominam sobie, jak moi szwedzcy studenci na kursie poświęconym kulturze polskiej oburzali się sprawą Doroty Nieznalskiej. Jak państwo miało czelność podjąć próbę ograniczenia wolność artystki krytykującej religię katolicką? W tej samej zsekularyzowanej Szwecji wielu ludzi z niezrozumiałą dla mnie łatwością zaakceptowało myśl, że Vilks sam sobie nawarzył piwa, bo obraził muzułmanów.

– Myślę, że nie chodzi tu o nasz stosunek do islamu – tłumaczy Orrenius. – Chodzi raczej o szwedzkie przekonanie, że niedobrze jest się wyróżniać. Ludzie odbierają Vilksa jako kogoś, kto zabiega o widoczność za wszelką cenę, i to ich drażni. Poza tym wielu Szwedów nie traktuje religii dostatecznie poważnie. Trudno im pojąć, że na przykład muzułmanie naprawdę wierzą w to, co wierzą. Nie podchodzą do tego serio, widzą jedynie wymiar społeczny problemów, to znaczy, że mamy w Szwecji grupę ludzi, którzy są zmarginalizowani i których często dotyka nienawiść. Dlaczego oni też mieliby ich atakować? W każdym człowieku tkwi tęsknota za tym, żeby wszystko było proste i czarno-białe. Dlatego ci, którzy są zwolennikami otwartości i tolerancji, niechętnie dostrzegają, że wśród znajdujących się w trudnej sytuacji muzułmanów istnieje także mała grupa ekstremistów. I że są oni naprawdę niebezpieczni dla społeczeństwa. Warto przy tym pamiętać, że najgroźniejsi są dla samych muzułmanów, tych o przekonaniach demokratycznych.

Ważnym czynnikiem utrudniającym zrozumienie tego, co się dzieje na przedmieściach, jest fakt, że szwedzcy dziennikarze i politycy tam nie mieszkają. Segregacja mieszkaniowa w naszym kraju bardzo wpływa na to, z czym i z kim masz w życiu do czynienia i jakie problemy dostrzegasz. Moja książka jest próbą odejścia od czarno-białego obrazu świata i od dziwnych haseł, że nie wolno krytykować islamu. W końcu w demokracji musi być dozwolona krytyka, a nawet nienawiść do Kościoła, do religii. Jest to tak samo istotne, jak fakt, że jednym z praw człowieka jest prawo do wolności wyznaniowej.

Prawda jest taka, że Niklas Orrenius, dziennikarz jednoznacznie kojarzony z antyrasizmem i walką o prawa mniejszości, jako pierwszy w Szwecji napisał książkę mówiącą jednocześnie o nacjonalistycznym ekstremizmie prawicowym i islamizmie. Pokazał, że te dwie radykalne ideologie są równorzędnym zagrożeniem dla liberalnej demokracji.

– Powiem więcej: one wzajemnie się sobą karmią i nakręcają. To jedno z ważnych przesłań mojej książki – podkreśla Niklas.

W demokracji musi być dozwolona krytyka, a nawet nienawiść do Kościoła, do religii. Jest to tak samo istotne, jak fakt, że jednym z praw człowieka jest prawo do wolności wyznaniowej.

Brzmi to tak logicznie i zdroworozsądkowo, że zastanawiam się, dlaczego nikt tak o tym w Szwecji wcześniej nie napisał. Dlaczego tak trudno przyznać, że zdolność do skrajnych poglądów jest uniwersalną cechą ludzką i podobnie jak rasizm może drążyć mózgi wszystkich ludzi, niezależnie od ich etnicznego pochodzenia czy klasy społecznej. Jest to taka sama prawda jak ta, że niezależnie od pochodzenia etnicznego czy klasy społecznej większość ludzi chce żyć w spokoju. Większość ludzi boi się ekstremistów. Muzułmanie też się ich boją.

– Myślę, że wielu szwedzkich publicystów i opiniotwórców jest w gruncie rzeczy niezainteresowanych tym, co dzieje się w świecie szwedzkich muzułmanów – mówi Orrenius. – Kiedy człowiek zaczyna się tym interesować, to szybko widzi, że na przykład istnieje dużo różnych interpretacji Koranu i że świat islamu jest pełen wewnętrznych napięć. Parę miesięcy temu doszło do podpalenia szyickiego meczetu w Malmö i przyznało się do tego Państwo Islamskie. To wiele mówi, prawda? Kiedy w Szwecji toczyła się debata, czy da się zaakceptować, że szwedzki polityk ze względów religijnych nie podaje kobietom ręki, jeden imam w Malmö powiedział mi, że według niego niepodawanie ręki kobietom jest dla nich poniżające. Niestety ludzie mają tak małą wiedzę na temat islamu, że wielu uważa, że po prostu wszyscy muzułmanie nie podają kobietom ręki. Że wszyscy muzułmanie są tacy sami. W ten sposób chcą ich też przedstawiać Szwedzcy Demokraci, jako ekstremistów. Ja chcę pokazać, że radykałowie nie są bardziej reprezentacyjnymi wyznawcami islamu od muzułmanów umiarkowanych. Co więcej, pomiędzy tymi grupami jest wiele konfliktów, co także wpływa na życie w Szwecji.

Według Orreniusa innym tematem niedostatecznie nagłaśnianym przez tutejszą prasę jest to, że przeszło trzystu młodych ludzi, głównie mężczyzn, opuściło kraj, żeby dołączyć do dżihadystów w Syrii.

– Uparcie powtarzamy, że jeszcze nie mieliśmy w Szwecji islamistycznego ataku terrorystycznego, w którym zginęliby ludzie. Ale tak szczerze: jakie to ma znaczenie, że nie mieliśmy ataku islamistów u nas w Szwecji? [Niestety kilka miesięcy po naszej rozmowie, 7 kwietnia 2017 r., doszło do islamistycznego zamachu terrorystycznego w Sztokholmie, zginęły w nim cztery osoby – przyp. KT]. To bardzo nacjonalistyczny sposób widzenia problemu, nie uważasz? Przecież ci młodzi, zradykalizowani Szwedzi mordują teraz ludzi w Syrii.

Orrenius mieszka w Malmö, najbardziej wielokulturowym mieście w Szwecji, w którym dzielnice etniczne niekoniecznie znajdują się na obrzeżach miasta. To zmniejsza segregację. Ludzie są skazani na kontakt z innymi, chociażby przez szkołę ich dzieci. Jednocześnie o Malmö pisze się w światowej prasie jako o mieście płonących samochodów i no-go zones.

– Wiesz, ja akurat biegam co rano po dzielnicy, której przyprawiono łatkę no-go zone – mówi reporter. – Często robię też wywiady w takich okolicach. To nie są niebezpieczne dzielnice, natomiast rzeczywiście zdarza się, że tamtejsi chuligani obrzucają kamieniami policję i to jest duży problem, o którym trzeba rozmawiać. Niedawno spędziłem trochę czasu z dziennikarzem „The Guardian”, który odwiedził dzielnicę Rosengård w moim mieście. Czytał o niej w brytyjskiej prasie, że to no-go zone, i uważał, że musi być tam strasznie. No i był w szoku, bo zobaczył pełne zieleni osiedle i kobiety w chustach na rowerach.

– You call this a ghetto?! You should go to Birmingham! To nazywasz gettem? Powinieneś wybrać się do Birmingham! – Orrenius idealnie naśladuje brytyjski akcent, oboje wybuchamy śmiechem. – Oczywiście taki obraz rzeczywistości też jest powierzchowny – dodaje. – Bo w Rosengård naprawdę jest mnóstwo problemów, ale używanie określenia no-go zones nie jest dobrym początkiem dyskusji, bo zamyka to miejsce, oznacza je jako strefę, do której nie da się wejść, a ja bywam tam z moimi dziećmi.

Niklas Orrenius jest optymistą. Uważa, że zwycięstwo Trumpa i rosnące wsparcie dla polityków w rodzaju Szwedzkich Demokratów i Marine Le Pen to tylko tymczasowy backlash – negatywna reakcja na globalizację. Według niego w przyszłości świat będzie jeszcze bardziej zglobalizowany, liberalny, szanujący prawa kobiet, mniejszości i osób LGBT.

W V Republice coś się skończyło

– Czyli uważasz, że powstanie idealne społeczeństwo wielokulturowe? – pytam, chyba bez należytego entuzjazmu w głosie, bo ostatnio mam pesymistyczną wizję świata, w którym kraje i narody zamykają się w swoich skorupach jak przestraszone żółwie.

– O nie, nie jestem utopistą – zaprzecza. – W społeczeństwie wielokulturowym zawsze będą napięcia. Na razie w Europie trzeba spróbować znaleźć nową definicję obywatelstwa, podobną do tej amerykańskiej. Myślę, że w takich krajach jak na przykład Szwecja czy Polska silna jest niekoniecznie wypowiadana na głos idea, że aby stać się Szwedem czy Polakiem, trzeba przynależeć do określonej grupy etnicznej. To zupełnie bez sensu. Przecież gdybym miał dzieci z kobietą z Iranu, to ich prawa do tego kraju byłyby takie same, jak prawa dzieci, które mam ze Szwedką.

W takich krajach jak na przykład Szwecja czy Polska silna jest niekoniecznie wypowiadana na głos idea, że aby stać się Szwedem czy Polakiem, trzeba przynależeć do określonej grupy etnicznej. To zupełnie bez sensu.

Takie rzeczy także mnie wydają się oczywiste. Uważam, że każdy człowiek ma prawo do kraju, który wybrał i w którym płaci podatki. Nie jesteśmy na wieczność przywiązani do miejsca urodzenia, a nasza tożsamość, także ta kulturowa, to dość plastyczna materia, z której można lepić nowe kształty. Nie jest za to oczywiste, jak reagować na piętrzące się sytuacje, gdy w mozaikowym społeczeństwie dochodzi do konfliktów równorzędnych wartości, na przykład gdy prawo do wolności religijnej zagraża prawom kobiet albo kłóci się z prawem do wolności słowa.

Tubylewicz: Mam problem z hipokryzją [rozmowa]

Jak to się stało w Szwecji w roku 2006, gdy rząd zamknął internetowe pismo, które zaczęło publikować karykatury proroka Mahometa. Cenzura? Zdecydowanie tak. Naganna? Jak w Rosji? Trudno powiedzieć.

Do zamknięcia strony doszło z inicjatywy minister spraw zagranicznych Laili Freivalds, w sprawę zamieszane były służby specjalne. Ministra działała w dobrej wierze, chciała za wszelką cenę zapobiec zamachom na obywateli Szwecji. Był luty 2006 roku, tuż po międzynarodowej awanturze wywołanej przez publikację karykatur proroka Mahometa w duńskim „Jyllands-Posten”. Gazeta internetowa „SD-Kuriren” prowadzona przez Szwedzkich Demokratów miała jednoznacznie antyislamski charakter, publikacja karykatur była prowokacją i spowodowała podpalenie szwedzkiej ambasady w Damaszku. Szwecji groziły kolejne zamachy. Wolność słowa kontra bezpieczeństwo? Co wybrać w takiej sytuacji? Laila Freivalds wybrała cenzurę. Fala następującej po tym krytyki spowodowała, że zrezygnowała ze stanowiska.

tubylewicz-moralisciPytam Orreniusa, co o tym wszystkim sądzi, bo opisał ten nieco zapomniany skandal w Strzałach w Kopenhadze. Czy w wielokulturowym społeczeństwie wszystkie słowa trzeba ważyć z wyjątkową ostrożnością? Delikatność jest ważniejsza od wolności? Reporter przytacza opinię profesora Hansa-Gunnara Axbergera, specjalisty w dziedzinie mediów i wolności słowa, który powiedział mu, że jako prawnik musi stwierdzić, że ministra Freivalds ograniczyła wolność mediów. Za to jako obywatel szwedzki nie jest w stanie odnieść się do tej decyzji do końca krytycznie, bo karykatury w „SD-Kuriren” zagrażały życiu obywateli i szwedzkim interesom.

– Axberger twierdzi, że w wielokulturowym społeczeństwie konieczne są pewne ograniczenia wolności słowa. Ja jako dziennikarz uważam, że to tragiczne i trudne do zaakceptowania. Lars Vilks jest tego idealnym przykładem. Tworzył sztukę, która według wielu ludzi jest bluźniercza, więc z tego powodu próbowano go trzykrotnie zamordować. Czysty surrealizm.

Do sytuacji tej doszło dlatego, że żyjemy w społeczeństwie wielokulturowym. Ma ono bardzo wiele zalet, ale to jest akurat jego wada.

październik 2016

Bio

Katarzyna Tubylewicz

| Pisarka, publicystka
Pisarka, kulturoznawczyni i tłumaczka z języka szwedzkiego (przełożyła m.in. cztery powieści Majgull Axelsson i trylogię Jonasa Gardella o AIDS w Szwecji). Autorka powieści „Własne miejsca”, „Rówieśniczki” i „Ostatnia powieść Marcela”, współautorka głośnej antologii na temat czytelnictwa „Szwecja czyta. Polska czyta”. W latach 2006–2012 była dyrektorką Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Była też dyrektorką programową pierwszej edycji festiwalu Odnalezione w Tłumaczeniu, Gdańskie Spotkania Tłumaczy i prowadziła zajęcia na temat kultury polskiej na Uniwersytecie Sztokholmskim. Jako publicystka współpracuje z „Krytyką Polityczną" i „Gazetą Wyborczą”. Mieszka w Sztokholmie i w Warszawie. Od lat praktykuje jogę i jest jej nauczycielką. 

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Pięknie. Już teraz w imię wielokulturowości idioci godzą się na cenzurę, żeby przypadkiem nie obrazić muzułmanów. W krajach zachodnich przymyka się również oko na istniejące przypadki wielożeństwa czy obrzezania dziewczynek i kobiet. A burka to nie współczesny odpowiednik średniowiecznego pasa cnoty lecz sposób wyrażania odrębności kulturowej przez muzułmanki.
Lewicowy obłęd doprowadzi do zguby zachodniej cywilizacji. Za 20-30 lat, kiedy populacja muzułmanśka wzrośnie, możemy zobaczyć powtórkę z wojen religijnych XVI i XVII wieku.

To jest interesujący artykuł. Jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że "społeczeństwo wielokulturowe" jest oksymoronem. Bo oznacza zbiór grup które zajmują jedno terytorium a jedyną więzią między nimi jest władza państwowa i korzyści które można dzięki niej uzyskać na potrzeby własnej grupy.
Państwo z zasady jest czymś bardzo odległym dla zwyczajnych ludzi, ma zawsze posmak sztuczności i ostatecznie zawsze opiera się na sprawnym przymusie, jeżeli wogóle chce istnieć. Jeśli do tego nie identyfikuje się ono z historią i kulturą dominującej grupy, to jest po prostu abstrakcją: poborcą podatkowym, policjantem i panią z opieki społecznej w jednym - żadnemu z tych wcieleń nie zawierzymy ani na jotę, bo skończy się to domiarem, mandatem i zabranym zasiłkiem. Nie ma na obszarze takiego państwa jednego społeczeństwa, ale zbiór różnych lepiej lub gorzej zorganizowanych społeczności, które ze sobą rywalizują o udział we władzy. Im gorsza sytuacja gospodarcza i mniej środków do podziału tym ostrzejsza się staje ta rywalizacja. Zamiast spokoju i prosperity mamy wtedy stan ciągłego napięcia, starania o pozyskanie większych koncesji dla siebie kosztem innych, próby siłowego uspokajania sytuacji, a ostatecznie rozpad. Współczesne europejskie państwo multikulturowe to także wymyślony w zaciszu gabinetów twór, sztuczny tak samo jak dawne feudalne państwa wielonarodowe albo niedawne totalitaryzmy które ostatecznie spajały tylko aparat władzy, odgórnie narzucana ideologia oraz realna siła polityczna i militarna. Żeby nie było, że najeżdżam tutaj na "zgniły Zachód": myśmy to już także ćwiczyli podczas I i II Rzeczpospolitej - obie upadły w wyniku kombinacji separatyzmów, zastoju gospodarczego i działań silniejszych, bo bardziej spójnych wewnętrznie sąsiadów.

Szerze to je..ć Szwecję i jej problemy związane z wielokulturowością! Im po prostu się nudzi, bo od 200 lat wojny nie mieli. Z nudów stosowali przymusową sterylizację w latach 1934-1975. I z nudów spraszają sobie niewykształconych i porywczych ludzi z MENA.

Krzyżyk (a może półksiężyc?) na drogę, i niech bawią się dalej.