Świat

Preobrażenski: Nie zazdroszczę sąsiadom Rosji

Kreml, anektując Krym, anulował nienaruszalność granic na obszarze postradzieckim.

Paweł Pieniążek: 2 kwietnia w Górskim Karabachu wybuchły czterodniowe starcia zbrojne między wojska Armenii i Azerbejdżanu. Siły azerskie przypuściły atak na terytoria zajmowane przez samozwańczą republikę Górskiego Karabachu. O co dokładnie toczy się ten spór?

Iwan Preobrażenski: Podporządkowana Armenii i nieuznawana poza nią republika Górskiego Karabachu kontroluje siedem regionów, które w czasach Związku Radzieckiego były kontrolowane przez Azerbejdżan. Ci ostatni chcą odzyskać te terytoria, które uważają za okupowane od czasu przegranej wojny w 1994 roku, a do tego żądają jak najszybszego rozpisania referendum decydującego o przyszłości republiki.

Problem w tym, że Azerbejdżan chce, aby wzięli w nim udział wszyscy ci, których uważa za uchodźców z Karabachu. W czasach sowieckich mieszkało tam około stu siedemdziesięciu tysięcy ludzi, większość pochodzenia ormiańskiego, tymczasem strona azerbejdżańska mówi o milionie azerskich uchodźców. Wiadomo, że takie referendum niczego nie wyjaśni i nie zostanie przez nikogo uznane.

Skąd taka eskalacja konfliktu w ostatnich dniach? Co się tak nie spodobało azerbejdżańskim władzom?

Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow od jakiegoś czasu spotykał się z przedstawicielami Armenii i Azerbejdżanu. W negocjacjach brały też udział Stany Zjednoczone. Prawdopodobnie przedstawiono ten sam plan, co wcześniej, czyli oddanie Azerbejdżanowi pięciu tak zwanych okupowanych azerbejdżańskich regionów Górskiego Karabachu. Natomiast dwa, które łączą Górski Karabach z Armenią, miały pozostać pod jej kontrolą.

Do tego – o czym mówią Amerykanie – miało zostać przeprowadzone referendum w sprawie przyszłości regionu. Z tego, co rozumiem Rosja, USA i Francja chcą, aby do tego czasu udało się stworzyć listę uchodźców, którzy uciekli z Górskiego Karabachu.

Dlaczego doszło więc do konfliktu, skoro Azerbejdżan mógł liczyć na tak duże ustępstwa?

Widocznie ktoś naciskał na prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa i starał się wymóc na nim podpisanie jakiegoś porozumienia w bardzo krótkim terminie. Trudna sytuacja ekonomiczno-polityczna w Azerbejdżanie w połączeniu z niekorzystnym wynikiem negocjacji w sprawie Górskiego Karabachu mogłaby być niebezpieczna dla jego reżimu. Musiał więc doprowadzić do resetu w negocjacjach. Dzięki wznowieniu działań zbrojnych udało się ten cel osiągnąć, choć w nie najlepszym stylu. Teraz Azerbejdżan może znowu postulować na poziomie międzynarodowym to, co wydawało się, że już nie wyjdzie poza wewnętrzną propagandę: aby oddać mu wszystko i natychmiast.

Jest w ogóle możliwe, aby Armenia zachowała status quo?

To mało prawdopodobne. Na pewno nie może się na to zgodzić Azerbejdżan. Prezydent tego kraju, który przystanie na coś takiego, bardzo szybko przestanie być prezydentem.

Od dwudziestu dwóch lat, czyli od momentu, gdy podpisano ostatnie zawieszenie broni między Armenią a Azerbejdżanem, Azerbejdżan wykorzystując propagandę, przekonywał z ogromną konsekwencją społeczeństwo do rewanżu. Uczył je nienawiści do strony przeciwnej i teraz jest ono znacznie bardziej radykalne od samych władz. Przekonanie własnych obywateli, nie mówiąc o uchodźcach z Górskiego Karabachu, aby ustąpili i zostawili region pod kontrolą Armenii, wydaje się niemożliwe. To prawdopodobnie doprowadziłoby do obalenia reżimu.

Rosja od dawna angażuje się na Kaukazie Południowym. Czy miała wpływ na wybuch tego ostatniego konfliktu?

Operacja militarna, która miała być wsparciem dla Baszara al-Asada, była przygotowywana w tym samym czasie, co działania dyplomatyczne Rosji w Karabachu. Rzekomo Rosja starała się o to, aby poza bazą wojskową w armeńskim Giumri stworzyć jeszcze jedną zapasową w Azerbejdżanie do przerzutu wojsk – to na wypadek, gdyby sytuacja w Syrii miała się zaostrzyć i operacja miała potrwać dłużej niż się spodziewano.

To, co proponowała Rosja, ewidentnie nie spodobało się Azerbejdżanowi. Do tego nałożył się jeszcze konflikt Rosji z Turcją. Ta ostatnia wsparła Azerbejdżan, który dzięki temu mógł pokazać, jak bardzo jest niezadowolony z tego, co się dzieje.

Ośrodek Studiów Wschodnich w swojej niedawnej analizie przekonuje, że dzięki temu konfliktowi pozycja Rosji umocni się, bo pokazała ona, że bez niej pokoju tam nie będzie.

To nie jest prawda – bo po pierwsze – choć Rosja miała wpływ na rozpalenie konfliktu, to wcale nie takie były jej intencje. Ma inne interesy, więc wątpliwe, aby dla takiego iluzyjnego poczucia kontroli zdecydowała się na sprowokowanie konfliktu zbrojnego, który nie wiadomo, czym może się skończyć. Co innego, gdyby Rosja wprowadziła tam swój kontyngent wojsk pokojowych i zmusiła siłą obie strony do pokoju – wówczas zademonstrowałaby absolutną siłę w tym regionie. Rosja jednak nic takiego nie robi.

OSW zakłada, że to może być część szerszego planu, którego celem ma być właśnie wprowadzenie sił pokojowych i zmiana sytuacji w Karabachu.

Przypuszczenie, że taki plan w ogóle istnieje, bierze się z tego, że na wprowadzenie sił pokojowych może się zgodzić słabsza strona, czyli Armenia. Ona jednak – w przeciwieństwie do Azerbejdżanu – akurat zawsze kategorycznie występowała przeciwko wprowadzeniu sił pokojowych. Robiła to od samego początku walk między oddziałami ormiańskimi i azerskimi, jeszcze za czasów Związku Radzieckiego.

Skąd się bierze takie stanowisko Armenii?

Jest przekonana, że jej siły są wystarczające, aby obronić zajmowane terytorium. Poza tym wprowadzenie sił pokojowych jest tam postrzegane jako osłabienie pozycji Armenii w stosunku do Rosji. Według armeńskich władz Rosja nie powinna się tam angażować w roli rozjemcy, tylko sojusznika. Chodzi mniej więcej o to, aby rosyjskie samoloty z bazy w Giumri po prostu zbombardowały wojska azerbejdżańskie. To nie jest jednak pomysł, który podoba się Moskwie.

Wprowadzanie wojsk pokojowych w sytuacji, gdy żadna ze stron tego nie chce, jest szaleństwem. Skończyłoby sie to, jak interwencja amerykańska w Somalii i Rosjanie musieliby uciekać ze wstydem.

Jakie są interesy Rosji poza stworzeniem bazy wojskowej?

Jest ich dosyć wiele. Po pierwsze, Azerbejdżan, który do niedawna balansował między Rosją a Turcją, zaczął dryfować w stronę Turcji, co nie jest w smak Rosji mającej z Turcją na pieńku.

Po drugie, Azerbejdżan jest ważnym odbiorcą rosyjskiej broni. Oficjalnie nazywa się to polityką utrzymywania w regionie militarnego balansu. Armenia ma bazę wojskową, a Azerbejdżan dostawy broni. Ale oczywiście to przede wszystkim świetny biznes.

Po trzecie, Azerbejdżan jest dużym dostarczycielem energii, między innymi do Unii Europejskiej. Potencjał jest tu jeszcze większy, bo istnieje szansa, że przez to państwo będzie odbywał się tranzyt ropy – z jednej strony z Iranu, a z drugiej z Turkmenistanu i Kazachstanu przez Morze Kaspijskie. Rosja chce mieć na to wpływ.

Po czwarte, Iran jest niemal sojusznikiem Rosji na Bliskim Wschodzie i wspiera reżim Asada w Syrii, ale po zdjęciu sankcji jego pozycja w basenie Morza Kaspijskiego będzie trudna do przewidzenia. W tym regionie to największa siła militarna po Rosji, z którą nie może się równać, ale znacznie przewyższa siłę pozostałych trzech państw: Kazachstanu, Turkmenistanu i Azerbejdżanu. Moskwa powinna prognozować działania Iranu nie na rok czy dwa, tylko na dziesięciolecia. Wpływając na Armenię i Azerbejdżan, dysponuje pośrednim instrumentem oddziaływania na Iran.

Po piąte, Rosja bardzo nie chce, aby Azerbejdżan dryfował w stronę Unii Europejskiej. Jest jasne, że to państwo nie odpowiada żadnym z jej standardów. Nie wystarczy, że uwolni pozostałych dziesięciu więźniów politycznych. Jest jednak jasne, że Azerbejdżan próbuje balansować między Rosją, Unią Europejską i Turcją. Rosja – podobnie jak w przypadku Armenii – chciałaby, żeby takiej możliwości nie było. Zagrożenie konfliktem zbrojnym nie pozwala zbudować długoterminowych relacji z żadnym z partnerów, a już na pewno nie z Unią Europejską.

Czy można ten konflikt rozwiązać tak, aby wszystkie strony były zadowolone?

Jak mówiła Golda Meir: „Oni chcą żebyśmy umarli, a my chcemy żyć”. Gdzie tu można znaleźć przestrzeń dla kompromisu? Kryterium ludności obecnie zamieszkującej te terytoria czy historii nie rozwiązuje konfliktu, tylko rodzi kolejne. Pochopne decyzje mogą doprowadzić do kolejnego zaostrzenia konfliktu, działań zbrojnych i śmierci ludzi. Jest tylko perspektywa długiego poszukiwania niewygodnych dla wszystkich kompromisów.

Napisałeś, że konflikt w Karabachu jest między innymi rezultatem aneksji Krymu. Jak to rozumieć?

Azerbejdżan i Armenia wyciągnęły z tego wydarzenia zupełnie różne wnioski. Armenia uznała, że Karabach to terytorium, na którym mieszkają jej ludzie, więc powinno do niej należeć. Z kolei Azerbejdżan stwierdził, że to jego historyczne terytorium, gdzie sprawował władzę, więc można je sobie odebrać.

Aneksja Krymu to był sygnał dla wszystkich, że można zmieniać granice na terytorium postradzieckim, że status quo przestało istnieć.

Przez wiele lata Rosja się temu ostro sprzeciwiała, a w 2014 roku na Ukrainie dała przykład, że już wolno. To bardzo ważny moment, bo Rosja praktycznie przestała prowadzić negocjacje. Jej dyplomacja upadła.

Wydaje mi się, że percepcja na Zachodzie czy też w Polsce jest dokładnie odwrotna: rosyjska dyplomacja jest bardzo silna i w zasadzie rozgrywa nią wszystkich, jak chce.

Rosyjska polityka zagraniczna niemal całkowicie została podporządkowana polityce wewnętrznej. Polityka zagraniczna działa jeszcze w przypadku stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, ale to tylko dlatego, że dialog tam jest prowadzony przez kluczowe postaci w państwie – prezydenta, premiera, ministra spraw zagranicznych i tak dalej. Za każdym razem, gdy dyplomacją zajmują się urzędnicy niższego szczebla, zaczyna się bałagan. Wówczas jedynym działaniem jest próba kupienia drugiej strony w kuluarach.

A polityką zagraniczną zajmuje się w Rosji każdy, komu się chce. Dla przykładu: w latach 2014–2015 w mołdawskim Naddniestrzu doszło do zaostrzenia sytuacji, bo zajmował się nią wicepremier Dmitrij Rogozin, który niezależnie od tego, ile czasu nie spędziłby w NATO, nie jest żadnym dyplomatą. To prowokator, który odpowiada za przemysł zbrojeniowy. To jasne, że jego interesuje, aby dochodziło do konfliktów, bo na tym zarabia.

Co się stało, że rosyjska polityka zagraniczna tak się zmieniła?

Przede wszystkim Rosja zaczęła się interesować niemal wyłącznie sama sobą. Społeczeństwo bardziej zwraca uwagę na sytuację w kraju niż za jego granicami. Do tego Putin chce utrzymać władzę, więc podporządkowuje temu celowi wszystko, włącznie z polityką zagraniczną. Władza nie słucha ekspertów, a oni nie mają na nią żadnego wpływu. Dobrym przykładem tego był Krym. Zebrano wówczas ekspertów już po podjęciu decyzji, aby wymyślili tylko, jak to wszystko zrobić w najmniej bolesny sposób.

Zresztą, gdyby władza interesowała się tym, co się dzieje na Ukrainie, a dyplomacja i ciała eksperckie działałyby profesjonalnie, to Rosja nie wszczynałaby tego konfliktu. Wówczas jej wpływ na Ukrainę byłby pewnie znacznie większy niż po tym, jak użyto przeciwko niej wojsk.

Z Górskim Karabachem było to samo: Ławrow prowadzi negocjacje, których celem ma być osiągnięcie bardzo konkretnych punktów. Azerbejdżan czuje, że przegrywa, i wszczyna konflikt. Czy to jest profesjonalna dyplomacja?

Z dyplomatycznego punktu widzenia niezrozumiałe jest też poparcie przez Rosję reżimu Asada w Syrii. Zrobiono to tylko po to, aby zapomniano o Ukrainie. To wszystko są działania krótkoterminowe wykorzystywane dla celów wewnętrznych.

Ta koncentracja na sobie wywołuje nieoczekiwane kryzysy. Czy właśnie tego trzeba się spodziewać w przyszłości na całym obszarze postradzieckim?

Po wydarzeniach na Krymie można powiedzieć, że obszar postradziecki definitywnie przestał istnieć jako przestrzeń, w której żyje się mniej więcej według tych samych zasad. Turkmenistan jest takim samym autorytarnym państwem jak niektóre monarchie Zatoki Perskiej. Gruzja w Europie jest jeszcze odbierana jako państwo postradzieckie, ale coraz rzadziej, a w Rosji tym bardziej ją za taką nie uważają. Ukraina przestała być nim w takim sensie, że jest w bezpośrednim konflikcie zbrojnym – niezależnie od tego, czy obie strony to uznają – z Rosją. Państwa Bałtyckie pojawiają się w tym kontekście już jedynie w dyskusjach jako potencjalne ofiary militarnego zagrożenia ze strony Rosji. Najbardziej to pojęcie broni się w przypadku Białorusi.

Te państwa są ze sobą coraz gorzej zintegrowane, coraz częściej zdarzają się między nimi napięcia, a Rosji jako pośrednikowi już niemal nikt nie ufa. Co więcej, ona sama coraz częściej zaostrza sytuację, zamiast ją uspokajać. Nawet tak bliski sojusznik Rosji jak Kazachstan nie wie, czyich interesów ona broni – również jego czy wyłącznie swoich.

Spadające zaufanie oznacza więcej konfliktów. Całkiem realna jest wojna między Uzbekistanem a Kirgistanem. O przyczynach tego napisano już sporo doktoratów. Powodem konfliktu będzie dostęp do zbiorników wodnych, o które wcześniej czy później będą zabiegać cztery państwa: Tadżykistan, Kirgistan, Uzbekistan, Turkmenistan.

Iwan Preobrażenski – politolog, komentator agencji informacyjnej Rosbałt.

 

**Dziennik Opinii nr 104/2016 (1254)

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.