Świat

Trump z dupą na zbyt wielu weselach

trump-baldwin-saturday-night-live

Trump, Ryan, CIA: trzygłowa hydra idzie do lekarza.

1.

Ile można o Trumpie? Dziennikarze i satyrycy mają nowy problem – za dużo materiału.  Doszło do tego, że jeden skandal tygodniowo to mało. Przyzwyczailiśmy się do żywszego tempa. Nawet kiedy pozornie zrelaksowany Donald uprawia politykę międzynarodową między krewetkami na białym obrusie stolika w Mar-a-Lago – prywatnej rezydencji na Florydzie, którą Trump nazywa swoim „Zimowym Białym Domem” – rozglądamy się nerwowo w oczekiwaniu na kolejną katastrofę.

Najgorsze, że czasami trudno powiedzieć, co jest komedią, a co nią nie jest, bo różnica jest niewielka. Trudno sparodiować chodzącą parodię. Tradycyjne chwyty i instrumenty nie działają. Trumpcast, podcast magazynu Slate, odkrył, że wystarczy odczytać odpowiednim tonem prawdziwe wpisy Trumpa na Twitterze, żeby wywołać salwy śmiechu. Nie ma się z czego cieszyć. To właśnie tweety są mięsistym centrum całego zamieszania. Mieszając z błotem nieżyczliwe mu media, Trump zbudował konkurencyjne medium – megafon intymny, bo trafiający bezpośrednio do smartfonu odbiorcy. Nie wiadomo, co jest bardziej niebezpieczne w przypadku Donalda: dostęp do broni nuklearnej czy dostęp do mediów społecznościowych.

Z drugiej strony, napiętnowana prasa przeżywa renesans. Wszystkie ważniejsze magazyny odnotowały wzrost sprzedaży. Mnożą się podcasty – cała ta rzesza liberalnych ekspertów, która szykowała się, żeby pracować dla Clinton, nie ma się teraz gdzie podziać. Moim faworytem jest Pod Save America zrzeszający byłych doradców prezydenta Obamy (Jon Favreau, Jon Lovett, Dan Pfeiffer i Tommy Vietor). Ikona amerykańskiej satyry, Saturday Night Live, weszła w okres gotyku płomienistego.

Ale ja w sumie nie o nich. I nie o trędowatych Trumpa – tym iście średniowiecznym ruchu odnowy Make America Great Again – bo ta barwna kolumnada szaleńców także zastygła w bezruchu. Pozostaje im czekać na posunięcia Trumpa i Steve’a Bannona – głównego stratega i doradcy politycznego w Białym Domu, do niedawna szefa populistycznego prawicowego portalu Breitbart.com – ich patrona, ich świętego Franciszka w tym amerykańskim Watykanie dyszącym od nieprawości i politycznej rozpusty.

2.

Chciałabym pomówić o tych ludziach, którzy szaleńcami Trumpa nie są, ale którzy uczestniczą – jako że kontrolują obie Izby Kongresu – w sprawowaniu władzy w Waszyngtonie. A tak konkretnie to chciałam pogadać o facecie, który nazywa się Paul Ryan.

Paul Ryan to ten przystojny chłopak, który w wyborach prezydenckich 2012 startował jako wicek Mitta Romneya. Obecnie jest spikerem w Izbie Reprezentantów i – moim zdaniem – najważniejszą osobą w Partii Republikańskiej. Mam go na radarze od dawna, bo – chociaż zaklina się, że jest inaczej – ma niesamowite ambicje. Upiera się, że nie prezydenckie, ale zobaczymy. Paul Ryan zdaje sobie sprawę, że Trump jest idiotą, głównie dlatego, że Ryan idiotą nie jest. Jego misją numer jeden jest to kill bill – chodzi oczywiście o Obamacare.

Trudno wytłumaczyć typ mentalności Ryana, bo nie za bardzo się przekłada na Europę. Amerykański konserwatyzm opiera się na przeświadczeniu, że kwintesencją wolności jest prywatna własność i w związku z tym każda rządowa regulacja jest naruszeniem swobody obywatelskiej. Paul Ryan chce zmienić Amerykę w wielką elektrownię – najbardziej ze wszystkiego bolą go regulacje na węgiel – i tym samym wkroczyć w nową erę świetności i bogactwa. Zmiana klimatyczna? Zapomnijcie. Paul Ryan ma niebieskie oczy. Jest ojcem, mężem, katolikiem i fanem sportu. Jest również wielbicielem Ayn Rand, choć ostatnio trochę mniej oficjalnie, bo Ayn Rand była przecież ateistką.

Nie pamiętacie? Postać i filozofia Ayn Rand jest kluczem do zrozumienia współczesnego amerykańskiego konserwatyzmu. Stanowi ona właściwie jedyne świeckie – filozoficzne i etyczne – oparcie republikanów. Jak wiadomo nie ma w Ameryce czegoś takiego jak prawicowy intelektualista, przynajmniej od czasu kiedy William Buckley Jr. wyciągnął kopyta. Republikanie są więc skazani na… kobietę, w dodatku Rosjankę, w dodatku Żydówkę. Ayn Rand to oczywiście autorka Atlasa zbuntowanego, powieści, w której zawarła całą swoją filozofię: że wolny człowiek jest indywidualistą, że dąży do realizacji egoistycznych celów, że nie powinien współpracować czy solidaryzować się z innymi, powinien zaś odrzucać wszelkie zniewalające doktryny. Poglądy Rand, szumnie zwane obiektywizmem, są dość obrzydliwe: zeświecczony kapitalizm z ducha protestantyzmu z elementami nietzscheanizmu w wersji dla idiotów. Chodzi o to, żeby usprawiedliwić jednostkę w każdej sytuacji – to przecież ona popycha ten nędzny padół do przodu. Oczywiście Teoria skapywania jest tutaj pierwszym prawem gospodarki. Działa jak grawitacja.

Przeszukując różne granty i stypendia odkryłam ostatnio, że najlukratywniejsze z nich pochodzi z Ayn Rand Institute. Można dostać aż 20 tysięcy dolarów na studia…  Przez chwilę rozważałam coś podobnego do tego, nad czym musiał głowić się Paul Ryan w późnym listopadzie/wczesnym grudniu 2016 – a może zaprzedać duszę diabłu?

Ryan próbuje grać na kilka frontów na raz… Z jednej strony Ayn Rand, z drugiej bogobojni republikanie (Ryan jest co niedzielę w kościele w rodzinnym Wisconsin), z trzeciej Trump ze swoimi socjalistycznymi pomysłami typu: „nie będziemy ciąć Medicare ani Social Security”, „będziemy inwestować w infrastrukturę”. Ryan zajął też niebezpieczną pozycję popierając reformę podatkową, którą rzekomo planuje administracja Trumpa – totalna rewolucja w podatkach eksport/import, która jest na rękę amerykańskim producentom, ale nie wielkim importerom jak Koch Industry. Notabene, wygrana Trumpa jest wielką porażką braci Koch, a ta reforma podatkowa to tylko sól na ich ranę. Bracia Koch dotychczas kontrolowali prawicę – budując Tea Party od postaw i finansując każdą prezydencką kampanię. A Trump to Sanders prawicy – sam sobie skołował hajs i Kochowie mogą się wypchać.

Jakby tego było mało – na tapecie jest budżet. Trump zamierza zwiększyć wydatki na wojsko, nie ruszając – że się powtórzę – popularnych wśród jego fanów programów społecznych. Obamacare nadal rujnuje Amerykę (zdaniem Ryana) i nikt na razie nie ma pomysłu, jak to ruszyć. Nawet Trump – rozbrajający w swojej naiwności czterolatka – przyznał, że „nikt nie przypuszczał, że to będzie takie skomplikowane”. Uff, będzie ciężko, bo Ryan uważa takie programy za zbrodnię na amerykańskim narodzie. Chce deregulacji i wielkich cięć podatkowych dla biznesu, co niewiele ma wspólnego z populizmem, który wyniósł Trumpa do Białego Domu.

Mamy więc konflikt interesów lub przynajmniej priorytetów.

3.

A teraz trzecie centrum władzy, które trzęsie Waszyngtonem. CIA.

Trump swoje, Ryan swoje, a CIA – według niesławnego Glenna Greewalda – zaciera rączki… Jedną z prawd szeptanych stolicy jest to, że nie da się wygrać z wywiadem. CIA, DIA, NSA – nie udało się Kennedy’emu, nie udało się Obamie i Trumpowi też się nie uda. Ta wielka maszyna do produkcji amerykańskiej paranoi ma podwójną przewagę nad innymi graczami. Ma przewagę nad Trumpem i ma przewagę nad Ryanem. Po pierwsze ma nie trzy, a tysiąc głów – jak pieprzony Legion, jak Anonymous na sterydach. Po drugie – nikt jej nie wybrał, haha!, nie odpowiada więc przed nikim i jest ponad prawem. Poza tym ma magiczne zdolności tworzenia rzeczywistości, a to jest nawet bardziej cool niż postprawda i alternatywne fakty! Broń masowego rażenia? Proszę bardzo, oto i ona! Ruszamy na Irak!

Całe to zamieszanie w kwestii Rosji, jej roli w prezydenckich wyborach oraz moskiewskich przygód Donalda Trumpa to w zasadzie taka cicha, powolna wojna, którą wywiad prowadzi z Trumpem.

Donald Trump i złoty deszcz postprawdy

Może coś na ciebie mamy, a może nie mamy… Lewica chichoce po kątach, a CIA śni swój własny sen. Make America Great Again. Po kompletnej kompromitacji urzędu prezydenta, wojskowa junta nie brzmiałaby tak zupełnie najgorzej, no nie? Wszystko, byle ratować ojczyznę.

Waszyngton cierpi na schizofrenię. Trump jest z dupą na zbyt wielu weselach… Więc co? Dogadać się z tajniakami? A może jednak upiec koszyk minimuffinów dla braci Koch? Ostatecznie jak długo można jechać na samym szaleństwie? Zwłaszcza, że praca w fabrykach i tak do Ameryki nie wróci, niewolnictwo też nie wróci, a cipki nie wrócą do garów.

Cipka kontratakuje, czyli Marsz Kobiet na Waszyngton

Bio

Agata Popęda

| Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Grzegorz Staniak

Żadna wojskowa junta nie jest potrzebna, jeśli służby idą ręka w rękę z oligarchią, a prezydenci firmują i robią PR. Wystarczy, że tym razem urząd obejmie "właściwa" osoba: ktoś, kto nie będzie próbował zastępować czerwono-niebieskiego establishmentu swoim własnym i zapewni kontynuację jedynie słusznej polityki pod każdym względem. Demokracie wybaczy się przykładowe Obamacare, republikaninowi przykładowy demontaż praw kobiet (aborcja), publika będzie miała wrażenie, że ma wybór, a politycy prowadzą jakąś politykę, a cały mechanizm i jego cele pozostaną bez zmian.

I nie, Trump nie jest idiotą. Jest wulgarnym narcyzem (bardzo w amerykańskim stylu), ale całkiem sprytnym kombinatorem. Już np. wie, że musi zacząć ustępować w kwestii obsady personalnej Białego Domu i już to robi, podobnie ze wspieraniem kompleksu militarno-przemysłowego. Nadzieje na to, że przynajmniej nie będzie panią Clinton, więc może USA będą zabijały mniej brązowych ludzi gdzieś na pustyniach okazują się niestety płonne.

"Oczywiście Teoria skapywania jest tutaj pierwszym prawem gospodarki." lecz się

jeszcze jedno słonko:) zeświedczony to jest twój ukochany socjalizm słonko, ponieważ jest elementem chrześcijaństwa. kapitalizm nigdy nim nie był a to że w jego stronę idzie wszystko to korekta rzeczywistosci