Świat

Polska aż się prosi, żeby ją ukarać

Obchody Święta Narodowego 3 Maja

Jak długo, Polsko, będziesz nadużywała naszej cierpliwości? Tak właśnie, parafrazując oskarżenie Cycerona wobec Katyliny, Berlin zwraca się dziś do Warszawy.

To samo zdanie w języku urzędników Federalnego Ministerstwa Gospodarki brzmi następująco: „Zbadana powinna być ewentualność, czy otrzymywanie środków w ramach unijnego Funduszu Spójności może być powiązane z przestrzeganiem fundamentalnych zasad praworządności”. Pada ono w siedmiostronicowym dokumencie zawierającym zarys stanowiska Niemiec w sprawie negocjacji siedmioletniego unijnego budżetu po 2020 roku. Nie trzeba być wielkim znawcą polityki europejskiej, by domyślić się, że fragment ten dedykowany jest Polsce i Węgrom – enfants terribles polityki europejskiej i jednocześnie jednym z największych beneficjentów unijnej polityki spójności.

W zasadzie taka deklaracja nie powinna nikogo dziwić. Polska pod rządami Jarosława Kaczyńskiego aż prosi się, aby wezwać do nałożenia na nią sankcji albo obcięcia jej funduszy unijnych. Wielu polityków europejskich chętnie z tego zaproszenia korzystało. Uczynił to w trakcie swej kampanii wyborczej świeżo upieczony prezydent Francji Emmanuel Macron. Sygnał płynący z Berlina jest jednak wyjątkowy i wraz z innymi wiadomościami z ostatnich tygodni sugeruje kierunek, w którym rozwijać się będzie Unia.

Polska pod rządami Kaczyńskiego aż prosi się, aby wezwać do nałożenia na nią sankcji albo obcięcia jej funduszy unijnych.

Niemieckie władze dotychczas konsekwentnie odmawiały sobie przyjemności krytykowania polskiego rządu. Berlin cierpliwie przyglądał się nowej władzy w Polsce, czekał i w milczeniu znosił kolejne antyniemieckie wybryki polskich decydentów. Nawet w czasie kryzysu uchodźczego przedstawiciele rządu stanowczo oddzielali kwestię przyjęcia uchodźców od warunków dostępu do funduszy strukturalnych.

Rzecz jasna, takie zachowanie Berlina nie wynikało ze szczególnej sympatii dla Jarosława Kaczyńskiego ani z obojętności wobec łamania przez PiS zasad praworządności, ale z prostej kalkulacji politycznej. Niemcy, mimo swojej pozycji (pół)hegemona Europy, niczego nie boją się tak bardzo, jak politycznej izolacji. W układance europejskiej polityki Polska była dla Berlina elementem równoważącym Francję oraz państwa południa Europy i – wbrew zapowiedziom Kaczyńskiego o wszczęciu w Unii rewolucji, która miałaby przynieść kres niemieckiej dominacji – sojusznikiem w utrzymywaniu status quo zapewniającego naszym zachodnim sąsiadom uprzywilejowaną pozycję w ramach wspólnoty. Jednocześnie wstrzemięźliwa postawa Niemiec wobec głębszych instytucjonalnych reform UE była dla Warszawy gwarancją bezkarności za ekscesy „dobrej zmiany” i trwania względnie blisko europejskiego centrum.

Ten równie osobliwy, co sielski układ mógłby zapewne trwać dalej, gdyby nie Brexit i wybór Donalda Trumpa. Zwłaszcza zmiana lokatora w Białym Domu postawiła Niemcy przed potężnymi wyzwaniami: Czy nowy prezydent, w ramach „przywracania Ameryce wielkości”, zechce pójść na wojną handlową z Niemcami? I co z amerykańskimi gwarancjami bezpieczeństwa, które pozwalały Republice Federalnej konserwować swoją rolę „mocarstwa cywilnego” lub, jak kto woli, jechać na gapę w kwestiach bezpieczeństwa? Chcąc stawić czoła tym problemom Niemcy zwróciły się ku Europie, nadając nowe tempo dyskusjom o przyszłości UE.

Dzięki temu co kilka tygodni możemy obserwować, jak pękają kolejne – choć na razie oczywiście tylko werbalne – tamy niemieckiej polityki europejskiej. W marcu w Wersalu wraz z prezydentem Francji Hollandem oraz premierami Hiszpanii Rajoyem i Włoch Gentilonim kanclerz Merkel opowiedziała się za „Unią wielu prędkości”, choć wcześniej konsekwentnie się tej koncepcji sprzeciwiała. Choć była zdecydowaną przeciwniczką zmian unijnych traktatów, to po wizycie Emmanuela Macrona w Berlinie ogłosiła, że aby nadać procesowi odnowy Unii Europejskiej nową dynamikę, konieczna może być ich rewizja. Nawet nieugięty, słynący z bezkompromisowej obrony niemieckiej sakiewki i jeszcze niedawno gotowy wyrzucać Grecję ze strefy euro minister finansów Wolfgang Schäuble przyznał, że niemiecka nadwyżka handlowa jest zbyt wysoka, a w dobrze funkcjonującej wspólnocie składającej się z państw o różnych potencjałach muszą istnieć mechanizmy wyrównawcze.

Nawet pomimo tych zmian Berlin nie tracił do końca nadziei, że Warszawę jakoś uda się włączyć w proces europejskich reform. Jeszcze w lutym Angela Merkel sondowała u Jarosława Kaczyńskiego gotowość Polski do wzięcia udziału w procesie reform Unii, a jeszcze trzy tygodnie temu Schäuble w wywiadzie prasowym zalecał „odrobinę cierpliwości i zrozumienia” względem Polski.

Wygląda na to, że uśpiło to naszą dyplomację, która tak mocno wierzyła w rozciągnięty nad Polską parasol ochronny, że nie dostrzegła (a może wcale nie chciała dostrzec) oczywistych sygnałów ostrzegawczych. Minister ds. europejskich Konrad Szymański na kilka dni przed zaprzysiężeniem Macrona i jego wizytą w Berlinie w trakcie debaty w londyńskim think-tanku Chatham House beztrosko twierdził, że podoba mu się niemieckie „nein” dla pomysłów nowego lokatora Pałacu Elizejskiego. Tymczasem, Emmanuel Macron już drugiego dnia swojej prezydentury uzyskał od Merkel to, co przez rok bezskutecznie zapowiadał Kaczyński, a więc wstępną zgodę na zmianę traktatów. Z kolei były rzecznik prezydenta Andrzeja Dudy, a obecny wiceminister spraw zagranicznych, Marek Magierowski bagatelizował deklarację wersalską słowami: „«Unia wielu prędkości» to świecidełko, którym macha się przed oczyma wyborców. Mówi się, że do tej pory wiele rzeczy się nie udawało, ale kiedy już stworzymy «Unię wielu prędkości», wszystko się ułoży”.

Którędy na (silny) Berlin?

Przeciekiem z ministerstwa gospodarki Berlin uruchamia kolejny dzwonek alarmowy, licząc, że opamiętamy się zanim negocjacje w sprawie reform UE ruszą po wrześniowych wyborach do Bundestagu na dobre. Trudno zresztą o silniejszy sygnał: płynie on z ostatniej względnie przychylnej Warszawie stolicy zachodnioeuropejskiej, a do tego nie przybrał formy listu otwartego skierowanego do wszystkich państw członkowskich, ale poleconego pisma wysłanego tylko do konkretnych adresatów. Zapewne też nie przypadkiem agencja Reutera i portal Politico, które jako pierwsze doniosły o przecieku, skupiły się właśnie na aspekcie powiązania dostępu do funduszy z przestrzeganiem zasad praworządności, a nie na innych informacjach zawartych w dokumencie, jak choćby na propozycji silniejszego uzależnienia funduszy od wypełniania zaleceń Komisji Europejskiej w temacie reform strukturalnych.

Jeśli PiS-owi rzeczywiście nie zależy na wyprowadzeniu Polski w Unii Europejskiej, to nadszedł czas, aby przestał testować niemiecką cierpliwość. Tym bardziej, że w Brukseli scenariusz „UE dwóch prędkości” mało kogo już martwi, zwłaszcza że będąca dla państw centrum coraz większym – pardon my French – wrzodem na dupie Polska, znalazłaby się wówczas na peryferiach integracji. – Nie możemy pozwolić na strefę euro dwóch prędkości – stwierdził w trakcie prezentacji raportu na temat możliwych scenariuszy reform Unii gospodarczej i walutowej komisarz Pierre Moscovici wskazując, gdzie dziś leżą priorytety. Ważniejsze zatem będzie nie zasypywanie różnic między państwami całej Unii, ale między członkami eurolandu. Kluczowym do tego narzędziem najprawdopodobniej będzie oddzielny budżet dla strefy euro, w ramach którego można będzie wygospodarować środki na ubezpieczenia od bezrobocia, inwestycje, czy reagowanie kryzysowe. Do tego celu na pewno przydadzą się – szczególnie w obliczu uszczuplenia unijnego budżetu po Brexicie – miliardy, które będzie można zaoszczędzić na Polsce.

Bio

Adam Traczyk

| Współzalożyciel i prezes think tanku Global.Lab
Prezes think-tanku Global.Lab. Absolwent Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Studiował także nauki polityczne na Uniwersytecie w Bonn oraz studia latynoamerykańskie i północnoamerykańskie na Freie Universität w Berlinie. Doktorant na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Technicznego w Chemnitz. Uczestniczył w projektach badawczych w Peru i Boliwii, jest także autorem publikacji naukowych z zakresu relacji sportu i polityki oraz pomocy humanitarnej. Pracował m.in. jako asystent naukowy w Fundacji im. Friedricha Eberta oraz w Ambasadzie RP w Berlinie, współpracował także z Helsińską Fundacją Praw Człowieka oraz Polską Akcją Humanitarną.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Niech nakładają kary ważne żeby w Polsce nie było muzułmanów i na naszych ulicach nie wybuchały bomby. U nas przynajmniej nie oglądamy żołnierzy z karabinami i wozów opancerzonych na ulicach jak w Brukseli.

Ale żeby aż tak bezczelnie afiszować się z umiejętnościami bycia agenturą wpływu? Fiu, fiu.

Piszę to na podstawie faktów, po namyśle i z pełną odpowiedzialnością: wolę żeby moje prawnuki żebrały pod kościołem, niż żyły dostatnio w kalifacie.

Ja tam nie widzę różnicy miedzy polskim kościołem, a teoretycznym kalifatem. Różnice między nimi to subtelności.

Nie widzisz? To idź do lekarza od oczów 🙂
Oczywiście w ramach polskiego katolicyzmu codziennie krzyżuje się niewiernych, pali wiedźmy, a za sodomię zrzuca z wysokich budynków. no i ma się rozumieć kobiety mają - pod karą chłosty - siedzieć w domach.

Przez kilka stuleci tak było, stare dobre czasy mogą szybko wrócić. I różnice całkiem znikną.

Nie ma na świecie kraju z przewagą muzułmanów, gdzie kobiety i LGBT mieliby tak dobrze jak w Polsce. Wiadomo, kobiety i LGBT nie mają w Polsce najlepiej, ale lepiej niż w jakimkolwiek kraju z przewagą muzułmanów.

Nic? Żadnej różnicy?

Są różnice, bo hamuje nas tak naprawdę Unia. Ale wpływ kapłanów na kształtowanie prawa w Polsce jest podobny do tego w wielu krajach muzułmańskich. Różnice są, ale tak naprawdę nie ma w tym nic pocieszającego.

Dlatego napisałem, że jest daleko od ideału. Nic nie szkodzi na przeszkodzie wybrać partię, która będzie dla kobiet i LGBT lepsza niż PiS.

Gdybym był kobietą lub LGBT nie życzyłbym sobie wpływu muzułmanów (gdziekolwiek na świecie) na prawodawstwo. Bo lepiej dla nich, niż w Polsce 2017 na pewno by nie było.

Akurat wiele przepisów dyskryminujących homoseksualistów była wprowadzana w krajach muzułmańskich w czasach kolonialnych i była kopią przepisów z krajów europejskich. Więc to nie całkiem muzułmanie wprowadzali.

Dekady po dekolonizacji, to nie biała głowa ustanawia i stosuje prawa w krajach z przewagą muzułmanów.

Prawo szariatu to nie wymysł białego heteroseksualnego mężczyzny.

Przepisy dobrze się trzymają, i są dziełem jak to mówisz białego heteroseksualnego mężczyzny i tu ręka w rękę idzie w wielu miejscach z prawem szariatu.

To co przydało by się Polsce i wielu krają muzułmańskim to porządny zastrzyk lewicowości.

"porządny zastrzyk lewicowości"

Jeżeli chodzi o prawa kobiet i prawa LGBT, to tak, zgodzę się.

Ale tożsamościowa lewica europejska propagująca przyjmowanie imigrantów z krajów MENA, sprzedała prawa europejskich kobiet i LGBT za garść "czucia się dobrym".

Polecam: "Is Multiculturalism Bad for Women?" - Susan Moller Okin

Tu nie chodzi o przyjmowanie lub nie, bo ci ludzie są już w Europie, tylko rozlokowanie. Bo to co się marzy wielu w Polsce, czyli odsyłanie jest praktycznie niemożliwe, w Syrii wciąż jest wojna, a nawet jeśli się skończy to wiele miast jest tak zrujnowanych, nie nadaje się za bardzo do życia, uciekinierzy z Erytrei wybrali bilet w jedną stronę, bo ich państwo to dziwaczny twór, zamknięty na innych, niemal państwo obóz wojskowy. Co zrobić z takimi ludźmi? To nie jest kwestia samopoczucia, to realny kłopot. I bez jak się patrzy dobrego rozwiązania.

Przy wzroście demograficznym Afryki i Bliskiego Wschodu, Europa musi uczczelnić ganice.

I UE nie powinna dotować rolników, co niewątpliwie pomogłoby Afryce.

Gdyby główną przyczyną była demografia, to mielibyśmy mnóstwo Egipcjan, Nigeryjczyków w pontonach, a tak nie jest. To co decyduje to nieznośna sytuacja tam gdzie są ci ludzie, np. bieda i wojna jak np. w Sudanie. Do tego Sudan to kraj tak biedny, z cyklicznymi suszami, ludnością która rozlała się na inne kraje afrykańskie.

"bieda i wojna"

Sorry, ale nie kupuję tego. Podobnie jak nie kupuję "czynników socjo-ekonomicznych" jako przyczyn zamachów terrorystycznych dokonywanych przez ludność muzułmańską w Europie. Wiele grup żyje w biedzie (Cyganie), ale oni "tylko" kradną i żebrzą.

Gdyby "bieda i wojna" były w Afryce tak częste, to populacja Afryki by malała. Jest odwrotnie, ludności w Afryce dramatycznie przybywa.

Przyjęcie Polski do UE będzie w przyszłości uznawane za jedną z największych głupot Europy po upadku komunizmu. Ogromne miliardy władowane w kraj zupełnie nie nadający się do UE, z ciemnym społeczeństwem , którego 50 proc. ma wszystko w dupie i nie chodzi na wybory, a 30 proc. jest gotowe wybrać nawiedzonych kato-talibańskich zjebów snujących wielkościowe rojenia w swoich chorych łbach. Tak oto liberalni mieszkańcy Zachodu, oczadzeni bzdurami o "pragnących wolności Polakach", stworzyli swoimi funduszowymi euro materialne podstawy dla drugiej Białorusi w kato-nacjonalistyczno-kołtuńskim wydaniu.. Teraz przez lata będą się zastanawiać, deliberować, co z tym gównem zrobić: a to, a tamto, a sramto.. A pieniążki nadal będą płynąć do polskiego rządu, który już się postara, żeby odpowiednia część przeszla do Rydzyka, Ordo Iuris, klubów Gazety Polskiej i innych mózgojebców, żeby dalej ogłupiali ten biedny ciemny narodek. Tak to właśnie jest z takimi radosno-głupkowatymi pomysłami jak rozszerzenie UE. A pomyśleć, że niektórzy durnie już nawet myśleli o rozszerzaniu na Ukrainę!

Euzebiusz Korfanty

Kurczę, problem masz.. spierdalaj na Zachód i po sprawie.

A gówno, będę tu siedział i pluł na wszystko, co polskie i katolickie. Nie podoba się? To może spróbuj mnie wyrzucić, śmieciu.. 😀

Derduch, to ty?

Juzek - potomek ocaleńca z '68.

Używając Twojego języka: jesteś zwykłym zaczadzonym lewackim zjebem. "Wartości europejskie" to mżonki ułamka promila lewackich idiotów - w rzeczywistości we wszystkim chodzi o biznes i kasę.

Mrzonki pisze się przez "rz", prawacki półgłówku. Naucz się najpierw pisać po polsku, kretynie, a potem bierz się do dyskusji

Juzku, jesteś zwykłym bucem mającym się za inteligenta.

Prezes think tanku? Kim jescze jesteś CEO start up -u?