Świat

Pocztówki z Iranu II: Persja robi czary

Po śmierci Chomeiniego, który deklarował pogardę dla staroperskiego dziedzictwa, nawiązania do zorastrianizmu pojawiają się tu częściej.

Kobierzec barwnie winem skrop, jak nakazuje ci mistrz magów.
Posłuszny bądź, bo drogę zna i zna postoje pątnik stary.

***

Perscy patrioci mają bardzo specyficzny problem: nie podoba im się ich własny język, a ściślej przemożny wpływ na niego arabszczyzny – wpływ, który objął nawet gramatykę. Przejawia on się m.in. w konstrukcji sporej części czasowników, które tworzy się z rzeczownika (tu wchodzi najczęściej arabizm) i czasownika posiłkowego. Tym ostatnim jest często indoeuropejski karden, który po persku znaczy po prostu „robić”, jak w np. molaqat karden, czyli „spotykać”, a dosłownie „robić spotkanie”. Co ciekawe, karden pochodzi od tego samego rdzenia co nasze czar, czarować.

Jakby coś, co dla nas było nadzwyczajną magią, tu robiło się ot, tak normalnie.

***

Hafizowi magowie to zaratusztranie (poetę interesowało w nich głównie to, że jako niemuzułmanie mogli handlować winem). Ta dawna narodowa religia Persji dziś wyznawania przez nieistotny promil mieszkańców kraju, cieszy się wciąż pewnymi przywilejami. Teoretycznie. Np. społeczność ta ma konstytucyjnie zagwarantowanego jednego posła w parlamencie. Na cóż on się przydał, kiedy trzeba było zaprotestować przeciw ohydnym wypowiedziom jednego z ajatollahów skierowanych przeciw mniejszościom religijnym? Otóż na to, żeby go po takim proteście wezwać przed Trybunał Rewolucyjny i tam zagrozić mu karą śmierci.

A jednak po śmierci Chomeiniego, który otwarcie deklarował pogardę dla staroperskiego dziedzictwa –  dla niego świat zaczął się wraz z objawieniem Mahometa – coś się jakby zmienia. Nawiązania do imperialnej przeszłości – i, co za tym automatycznie idzie, zorastrianizmu – pojawiają się coraz częściej. Farawachar, charakterystyczny symbol uskrzydlonego łucznika, bywa wykorzystywany przez oficjalną propagandę, noszą go też niektórzy Irańczycy i to wcale nie zoroastrianie.

***

Sanktuarium w Pir-e Naraki położone jest w miejscu, które oszałamia malowniczością. Równinna pustynia styka się tu niemal pod kątem prostym z kilometrowej wysokości pionową ścianą wysuniętego ramienia gór Zagroz. Na tym styku w malutkiej oazie przycupnęło kilkadziesiąt chatek i świątynia ognia. Na stałe mieszka tu jednak tylko jeden kapłan. – Wierzymy, że jedna z córek ostatniego sassanidzkiego szacha, uciekając przed hordami Arabów, modliła się tu o ocalenie. Ahura-Mazda wysłuchał jej i zamknął ją w skalnej szczelinie. Źródło to jej łzy – mówi stary kapłan.

Domki zapełniają się na kilka dni w roku, kiedy zoroastrianie zjeżdżają się na religijne święto. – Szkoda, że poza nim prawie nikt tu nie zagląda, czasem ktoś zajedzie samochodem albo – jak wy – rowerami. Droga jest bardzo zła, żaden autokar tu nie przejedzie, a  asfaltu rząd nie może nam doprowadzić… – ubolewa.

Nie może, czy nie chce? Ciekawie wygląda oddalona o jakieś dwa kilometry państwowa farma. Pokrywa ją pajęczyna asfaltowych ulic, które w dużej mierze przekraczają jej granicę i tworzą absurdalną pajęczynę w środku pustyni. Drogi znikąd donikąd. Jedna biegnie nawet równolegle do zniszczonej szutrówki prowadzącej w stronę sanktuarium. Jakby reżim chciał pokazać – patrzcie, jeśli tylko chcemy, to możemy…

***

Burza od Zagrozu, która goniła nas potem, zatoczyła wokół nas pełny okrąg, ale w magiczny sposób ciągle jechaliśmy pod jasnym niebem.

***

Iran robi czary. Te dobre i te złe.

Bio

Tomasz Larczyński

| Doktor nauk historycznych

Doktor nauk historycznych oraz analityk rynku kolejowego. Publikuję m.in. w „Kurierze Kolejowym” i „Transporcie Publicznym”. Pracownik PAN Biblioteki Gdańskiej. Tworzy zespół Krytyki Politycznej w Trójmieście. Członek partii Razem.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.