Świat

Pocztówki z Iranu (4): Irańska gościnność

J. postanowił pokazać mi, jak wśród Azerów wita się nieznajomych. – Pojedziemy do naszego coffee shopu – powiedział, puszczając oko.

Qom, 16 sierpnia / 25 mordad

 

To prawda, wszyscy chcemy stad wyjechac – stwierdzil J., wydmuchując dymek w strone pierwszych wschodzacych na niebie gwiazd.

Robi sie to tak: do puszki (chyba starego tlumika samochodowego) wrzuca sie opał i podpala. Z boku, przez wycięty otwór, wklada sie czarne prymki na drucikach. Kiedy prymka sie rozgrzeje, bierze sie ją w jedną rękę, a w drugą drugi drucik, rozżarzony wcześniej do czerwoności. Do tego trzeba jeszcze jakoś złapać tutkę, wykonaną ze skręconego papierka – łatwiej jest, gdy trzyma ją druga osoba, dodatkowo pojawa się wtedy aspekt socjalizujący. Przez tutkę wciąga się dym z prymki, miejscowo rozgrzanej przytkniętym do niej rozżarzonym drucikiem. Smak początkowo nie jest najprzyjemniejszy, dlatego po każdym buchnięciu zapija się sokiem. Dym wydmuchuje się właśnie w stronę gwiazd.

W porządku – palenie opium w ramach ceremonii powitalnej jest pewnym dowodem na poparcie tezy o dzikości i lekkim odjechaniu Iranu. Z drugiej strony – pomyślalem sobie, słysząc rzuconą w moją stronę propozycję – na najgłębszej polskiej prowincji na powitanie dostałbym szklankę miejscowego wariantu plynu Borygo, po którym u jednej czwartej witających mnie osób włączyłby sie tzw. tryb agresora i w efekcie biłbym rekordy Lance’a Armstronga w ucieczkowej jeździe na czas, do tego zygzakiem. Czyż nie lepiej zatem wciągnąć coś, po czym czlowiek staje sie rozluźniony, zrelaksowany i uśmiechnięty?

Jednak nawet tutaj legalne toto nie jest, stad ponownie muszę kręcić z tożsamością miejsc. Do wioski, nazwijmy ją X, wpadlem znikąd niczym postać z egzystencjalnego dramatu, z pytaniem o „otoq” (pokój, ale nie ten na świecie, tylko ten z kibelkiem) na ustach. W krótkim czasie wokół mnie zgromadziło się około dwudziestu osób, którym zapewne dałem materiał do gawęd na najbliższych 5 lat. Wśród nich znalazl się J., biegle mówiący po angielsku student anglojęzycznego kursu na uniwersytecie w Teheranie. To zreszta najczęstszy sposób nauki tego języka w Iranie, bo przecież do Wielkiej Brytanii nie pojadą. Nawet Karim, mówiący po angielsku niczym rodowity Anglik, nigdy nie był w Europie.

X leży już w azerskim obszarze etnicznym (tureckim – poprawil mnie znajomy Husejna w Ardebilu – jesteśmy Turkami, azerski to tylko dialekt), zatem J. postanowił pokazać mi, jak wśród Azerów wita się nieznajomych. – Pojedziemy do naszego coffee shopu – powiedział, puszczając do mnie oko. Najpierw kupiliśmy soczki, potem pozbieraliśmy ogórki z samochodu, a wreszcie J. wyciągnął ukryty pod korzeniem tłumik i zaczęliśmy się „witać”.

Irańska gościnność… Można o tym książkę napisać. Owszem, czasem przejawia się ona w nieco dziwaczny sposob – niemal każdy kierowca trąbi na rowerzystę, wielu macha, na „Hey, mister” przestałem już reagować. Początkowo mnie to denerwowało, zwłaszcza że często jestem fotografowany i filmowany niczym miś na Krupówkach, ale szybko nauczyłem się, że przez szybę samochodu zamiast aparatu fotograficznego wysuwa się a to butelka z wodą, a to placek, a to trzy ogórki, a to puszka zimnego napoju… Momentami czuję się jak na jakimś cholernym Tour de Pologne, gdyby tylko nie ten odwłok ciągnięty za rowerem. 

A potem znalezienie noclegu. W X miałem mieszkać u J., ale kiedy wracaliśmy do jego domu, przed chatą spotkaliśmy starego Azera, ojca J., który warknął do niego, że tej nocy gdzieś jadą. Na te słowa J. dosłownie się załamał, mówiąc, że stereotyp o Irańczykach jest prawdziwy: są dzicy. I żebym mu wybaczył. No nie ma problemu, przecież mam namiot. J. zaprowadzil mnie na stosowne miejsce – fakt, niezbyt przyjemne, bo zaśmiecone – gdzie się zabiwakowałem i położyłem spać. A raczej próbowałem, bo kiedy się kładłem, pojawił się motocykl innego mieszkańca X, który przepraszając za całą sytuację, zaprosił mnie do swojego domu. W porządku, pojechałem z nim i poszedłem spać – a nie, znowu tylko zacząłem się kłaść, bo wkrótce zadzwonił wciąż załamany J., który w ramach przeprosin znalazł mi cały dom. Dom jest trochę niewykończony w środku – powedział – ale żebym mu wybaczył, bo jest elektryczność i inne wygody. W tym właśnie, czwartym z kolei miejscu nareszcie się położyłem, zaliczywszy przedtem jeszcze kolejkę czaju z połową wioski w lokalnym coffe shopie (tym razem bez podtekstów).

Następnego dnia J. przywiózł mi śniadanie – placek, daktyle i butelkę mleka prosto od krowy. Potem gonił mnie jeszcze samochodem, żeby dać mi siatkę jabłek na drogę. A kiedy pojechałem, przez wiele dni esemesował, żeby sprawdzić, czy ze mną na pewno wszystko w porządku. Tak, zupełnie w porządku. Jak to w Iranie.

A najśmieszniejsze, że opium prawie wcale na nas nie podziałało, na mnie w ogóle. Słaby towar Afgańczycy w tym roku wyprodukowali – skwitowal niezadowolony J.

Czytaj także:

Pocztówki z Iranu (1): Pociąg, rower, samolot, rower

Pocztówki z Iranu (2): Ryby w sieci

Pocztówki z Iranu (3): Tu mężczyźni lepiej tańczą

Bio

Tomasz Larczyński

| Doktor nauk historycznych
Doktor nauk historycznych oraz analityk rynku kolejowego. Publikuję m.in. w „Kurierze Kolejowym” i „Transporcie Publicznym”. Pracownik PAN Biblioteki Gdańskiej. Tworzy zespół Krytyki Politycznej w Trójmieście. Członek partii Razem.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.